Narodowy Fundusz Zdrowia planuje zmienić sposób finansowania kluczowych badań diagnostycznych, takich jak tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny, gastroskopia czy kolonoskopia. W praktyce może to oznaczać wydłużenie czasu oczekiwania na diagnozę.

Zgodnie z propozycją, jeśli placówka wykona więcej badań niż przewiduje kontrakt z NFZ, otrzyma za nie jedynie 40% zapłaty – i to dopiero po zakończeniu roku. Obecnie nadwykonania są co prawda rozliczane z opóźnieniem, ale w pełnej wysokości. Nowy mechanizm może więc zniechęcić placówki do wykonywania dodatkowych badań, ograniczając dostępność diagnostyki.

Eksperci ostrzegają, że choć formalnie badania nadal mają być nielimitowane, w praktyce zmiany mogą działać jak dawny system limitów. To z kolei grozi powrotem długich kolejek. Przed ich zniesieniem pacjenci czekali na rezonans magnetyczny nawet około 200 dni, a na tomografię ponad 70 dni. Obecnie jest to zazwyczaj od kilku tygodni do kilku miesięcy.

Podobne pomysły pojawiały się już wcześniej, jednak spotkały się ze sprzeciwem środowisk pacjenckich. Obecna propozycja – choć mniej bezpośrednia – zdaniem specjalistów może przynieść podobne skutki.

NFZ podkreśla, że zmiany nie obejmą diagnostyki w ramach szybkiej ścieżki onkologicznej (karta DILO). Problem polega jednak na tym, że większość pacjentów trafia na nią dopiero po wykonaniu pierwszych badań. To oznacza, że kluczowy etap diagnostyki nadal odbywa się w standardowym trybie i może zostać objęty ograniczeniami.

Fundusz tłumaczy planowane działania koniecznością racjonalizacji wydatków w systemie ochrony zdrowia. Krytycy zwracają jednak uwagę, że takie oszczędności mogą najbardziej uderzyć w pacjentów – zwłaszcza tych, którzy nie mają możliwości skorzystania z prywatnej diagnostyki.