Elżbieta Dadok. Pierwsza dama paranarciarstwa alpejskiego. Zdobywczyni jedynych w historii polskich medali w kobiecych konkurencjach zjadowych na paralimpiadach, a w swojej kategorii absolutnie jedyna. Trenerka znana z dobrego oka i twardej ręki. Kobieta o bystrym umyśle, poczuciu humoru i dystansie do siebie wspomina z nami swoją sportową karierę.

Ilona Berezowska: Pani Elu, wróćmy do początków Pani kariery i …

Elżbieta Dadok: Ale to wszystko tak dawno było. Od paru lat już nawet nie pracuję w zawodzie. Nie wiem, czy mam o czym opowiadać i czy jeszcze kogoś to interesuje. Od 4-5 lat nie jeżdżę na nartach, bo po prostu nie dałabym rady. Kolana właściwie mam do wymiany. Jeździłam jeszcze jako 75-latka, ale siadło mi zdrowie. Coś tam z sercem. Założyli mi stenty. Leki też mi się nie przysłużyły.

Zapewniam, że Pani imponujące osiągnięcia zasługują na ich przypominanie. W jakim wieku zaczęła Pani jeździć na nartach?

Wiem, że teraz śmigają już małe dzieci, ale wtedy były inne czasy. Nart nie było, niczego nie było. Narciarstwo pojawiło się u mnie w szkole podstawowej, chyba w trzeciej klasie. Oczywiście to nie był mój pierwszy kontakt z nartami w ogóle. W domu rodzinnym były narty, takie drewniane. Mieszkaliśmy przy górce. Tata ubierał mi te narty w domu i wynosił mnie na rękach na trasę. Dzioby tych nart tata nad parą formował. On już przed wojną jeździł na nartach i biegał na nich. Ja też zawsze chciałam jeździć.

W czasach szkolnych była Pani jeszcze osobą pełnosprawną i szybko zaczęła Pani karierę zawodniczą. Jak to wyglądało?

Któregoś razu do szkoły przyszedł trener klubowy i zapytał, kto chce jeździć na nartach. Podniosłam rękę do góry. Dostałam jakieś narty, jeden but mniejszy, drugi większy i zaczęłam jeździć. I okazało się, że jeżdżę w tej grupie najlepiej. Pod koniec sezonu w nagrodę pojechałam na obóz do Zakopanego. Tam też dostałam narty. Niby nowe, ale tak naprawdę trener wziął stare narty, pokleił je, pomalował na niebiesko. Były plastikowe. I tak się zaczęło. Jeździłam w klubie, zaczęłam robić wyniki jako junior. Dostałam się do kadry juniorów, potem startowałam w Międzyszkolnym Klubie Narciarskim, aż przeszłam do Wojskowego Klubu Sportowego w Zakopanem

I na tym etapie Pani kariery zdarzył się wypadek?

Na Skrzycznem był trening biegu zjazdowego. Oblodzone było, a wiązania nie były takie jak teraz. Jechałam trawersem no i chyba mi się to wiązanie odpięło, któraś klameczka. Poleciałam w las. Wszędzie lód, twardo, duża szybkość. Chroniłam się ręką i tę rękę połamałam jak zapałkę. Odbiłam się nią od drzewa. Ręka mocna, ale kość wyszła na zewnątrz, wszystko poharatane.

Jaką diagnozę Pani postawili?

W szpitalu w Bielsku powiedzieli, że jak za trzy dni nie zacznę ruszać palcami, to czeka mnie operacja. Nie wykluczali nawet amputacji. Pojechałam do Piekar Śląskich, gdzie pracował opiekun narciarzy w kadrze. Przeszłam parę operacji, wycinali, zszywali. Leżałam tam 16 miesięcy. Nie było wtedy tomografów, nie było to proste, ale rękę mam. Lata rehabilitacji były potrzebne, żeby odzyskać ruchomość kosteczek. Radzę sobie w domu, mogłam jeździć samochodem, ale kijków utrzymać już nie mogłam. Byłam po maturze. Miałam iść na studia, na AWF. Teraz nie byłoby problemu, ale wtedy nie było to możliwe. No bo jak bym zaliczyła wymyk na drążku na przykład?

Wiedziała Pani o istnieniu sportu osób z niepełnosprawnością, o paranarciarstwie?

Na początku nie wiedziałam. To był początek lat 70. Zaczęłam pracować w MKN jako trener dzieci. Sport osób z niepełnosprawnością odkryłam tak, że kolega mojego brata Leszek Szczepańczyk, piłkarz i prezes Startu Bielsko któregoś razu powiedział: „Ej, jedź z nami na mistrzostwa Polski do Szklarskiej Poręby”. Miałam opory, jakieś zawody dla „inwalidów”, a ja nie czułam się inwalidką. Zwrócił mi uwagę, że z moją ręką bez problemu kwalifikuję się do startu, no i pojechałam.

Jakie było Pani pierwsze doświadczenie w rywalizacji w paranarciarstwie?

Zabawne. Pojechałam z rozpędu, bez treningu. Leszek był ogromnym pasjonatem narciarstwa i nie potrafiłam mu odmówić. Stanęłam na starcie i ruszyłam. Na mecie Leszek zapytał zaskoczony, czy się przewróciłam gdzieś na trasie, bo taki kiepski czas miałam. Okazało się, że czas to akurat miałam rewelacyjny, tylko organizatorzy nie uwierzyli, że tak szybko zjechałam i coś mi tam dopisali. Na szczęście ktoś mnie rozpoznał jako byłą zawodniczkę i udało się skorygować wynik, do tego, który naprawdę osiągnęłam. Byłam tam najlepsza. To były początki narciarstwa niepełnosprawnych. Koledzy jeździli na nartach 1,70 m, a wtedy się jeździło już na dwa metry. I to na mnie patrzyli, jak ja mam takie długie. Mówiłam:„No przecież się na takich jeździ”. Dawałam wskazówki.

Jak wyglądały przygotowania na paralimpiadę w Innsbrucku w 1984 r.?

Wyjazd do Szklarskiej Poręby był dwa lata przed paralimpiadą. Później była jeszcze próba przedparalimpijska. Wysłali nas na nią pociągiem z Warszawy przez Wiedeń. To była przygoda. Rok po próbie pojechaliśmy już całą ekipą na igrzyska. Zamieszkaliśmy w Mutters, w pensjonacie blisko wyciągów. Wydaje mi się, że tam w ogóle nie było wioski olimpijskiej. Na pewno było inaczej niż dzisiaj. Żeby sobie kupić dobrej jakości sprzęt za dolary w Austrii, oszczędzałam cały rok. Nie musiałam jednak płacić za treningi ani za wyciągi. Przygotowania też się różniły. Nie jeździliśmy na lodowce. Nie mieliśmy obozów w Austrii, we Włoszech. Takie to były czasy. Mieliśmy obozy w Szczyrku. Jeździliśmy na Skrzycznem, na Klimczoku. Na wiosnę jechało się do Zakopanego i zjeżdżało na Kasprowym Wierchu. Latem były obozy kondycyjne i trenowało się na sali gimnastycznej. Gdy przed igrzyskami nie było śniegu, biegaliśmy po górach, zamiast jeździć na nartach. A śnieg był dopiero na starcie docelowym.

Mieliście świadomość, że igrzyska paralimpijskie to wielkie wydarzenie, czy po prostu były to kolejne zawody?

Było czuć, że to jest całkiem co innego. To się przeżywało. Nigdy się na starcie nie denerwowałam, ale jednak igrzyska to była duża impreza i emocje.

Jechała Pani do Innsbrucka po medal?

Jechałam po medal. Chciałam go zdobyć. Gdybym miała lepszy sprzęt i przygotowanie, to na pewno byłoby jeszcze lepiej. Moje rywalki miały na starcie po trzy pary nart przygotowane do jazdy. Miały masażystę, miały psychologa. A ja sobie zarzuciłam narty na plecy i sama poszłam z nimi na start.

Nie mieliście ekipy technicznej, kogoś od smarowania nart, fizjoterapeuty?

A stąd?! Jaka tam ekipa? Sama niosłam narty na start. Czasami dwie pary. Sama te narty cyklinowałam. Znałam się na tym. Czasami Leszek przychodził i pytał, jak przygotować narty. Mówiłam mu, żeby zdarł wszystko do końca, a potem szłam na start, a narty niescyklinowane. To brałam cyklinę i sama to robiłam. Stojąc na stracie, samym sprzętem przegrywałam z rywalkami 2-3 sekundy.

To może chociaż kombinezon miała już Pani na światowym poziomie?

Leszek się starał. Załatwiał ubrania i kaski. Kupić ich tak normalnie nie można było. To tylko za dolary. Pamiętam, że jak założyłam te załatwione kaski, to jakbym imadło miała na uszach. Na szczęście córka mojej siostry jeździła na nartach w klubie. A mąż siostry pracował za granicą. Miała porządny kask. Więc mówię do niej: „Dorota dawaj ten kask, bo jak ja wystartuję bez kasku”. Pożyczyłam też gogle i narty. Od niej był też sweter slalomowy. Był ładny, francuski.

Nagród pieniężnych też nie było?

Nagród?! Oczywiście, że nie było. To nie było tak, jak dzisiaj. Ani wyjazdów, ani zaplecza, ani nagród.

A jednak Pani medal to największe i jedyne osiągnięcie paranarciarstwa alpejskiego kobiet w Polsce. Dopiero w Milano- Cortina w 2026 r. w zupełnie innej kategorii, bo wśród narciarzy niewidomych po medal sięgnął Michał Gołaś z przewodnikiem. Wśród kobiet pozostaje Pani niepokonana od ponad 40 lat.

Cóż mogę powiedzieć? W moich czasach byłam najlepsza. Gdy przyjeżdżałam na metę, lałam rywali po 5 i po 10 sekund. Byłam szybsza od mężczyzn. Teraz nie śledzę postępów zawodników, więc trudno powiedzieć, czy ktoś w najbliższej przyszłości sięgnie po kobiecy medal w paranarciarstwie alpejskim.

Jaka była atmosfera w Waszej paralimpijskiej reprezentacji?

Znałam już wszystkich, zanim pojechaliśmy do Austrii. Lubiliśmy się i wspieraliśmy się wzajemnie. Byliśmy zżyci. Trochę też takim trenerskim okiem przyglądałam się koleżankom i kolegom, podpowiadałam, jak wyeliminować błędy.

Wtedy takie wyjazdy na mityczny Zachód były wielkim wydarzeniem. Nie kusiło Panią, żeby tam zostać?

Faktem jest, że kilku chłopaków z reprezentacji nie wróciło do kraju, ale mnie nie kusiło. Później dużo podróżowałam i lubiłam to. Pierwszy raz zobaczyłam ten „Zachód”, podczas podróży na zawody do Sarajewa. Jechaliśmy przez Wiedeń. Spędziłam tam dzień. Potem w domu opowiadałam, że samochody stoją w sklepach, że na ulicach stoi tyle samochodów, że trudno chodnikiem przejść i nikt mi nie wierzył. To był początek lat 60. U nas było inaczej. Gdy podróżowanie było już możliwe, pływam wycieczkowcami. Polubiłam rejsy. Zwiedziłam i zobaczyłam trochę świata.

Czym się Pani zajmowała po tych sukcesach paralimpijskijskich?

Trochę pracowałam w Starcie, trochę w Stowarzyszeniu „Szusujmy razem”. Wyszukiwałam dzieci z niepełnosprawnością w Bielsku i z nimi pracowałam. U nas nauczył się jeździć Michał Chrobak, Kaja Dobranowska, kilku innych. Potem z sukcesami startowali na zawodach.

Trenowała Pani również dzieci pełnosprawne, prawda?

Tak. I nawet moim zawodniczkom udawało się zdobywać medale na mistrzostwach Polski. Był taki okres, że wszystkie dziewczynki na Śląsku przez moje zajęcia przechodziły, ale to było przed Innsbruckiem. W latach 70.

Co się stało z Pani karierą zawodniczą? Dlaczego przestała Pani startować?

Doszłam do wniosku, że mam już swoje lata. Zaczął mi wysiadać kręgosłup. Już od jakiegoś czasu jeździłam ze stabilizatorem. Czasem jeszcze gdzieś wystartowałam, ale to już tak amatorsko z koleżankami. Na nartach oczywiście jeździłam i pewnie nadal bym jeździła, gdyby nie sprawy zdrowotne.

Na nartach już Pani nie jeździ, ale jest Pani osobą aktywną. Chodzi Pani z kijkami, na spacery, nie zapadła się Pani w fotel.

Staram się, ale kręgosłup mnie ogranicza. Z laską już chodzę, bo nie mogę stać swobodnie. Nogi mi puchną, nerwobóle dokuczają. Lata robią swoje. Z balkonu swojego domu widzę Pilsko. Kiedyś jesienią już bym tam była. Dużo chodziłam po górach. Teraz już nie. Trudno. Chodzę na basen i na spacery. Mieszkam z siostrą. Wspieramy się wzajemnie. Dopingujemy Julkę, wnuczkę mojej siostry, która jest aktywna fizycznie i dobrze sobie radzi z nartami. Na nic nie narzekam. Uważam, że bardzo dobrze życie spędziłam. Miałam bardzo wesołe życie. I dzieciństwo mieliśmy dobre. Była nas czwórka w domu, co roku jeździliśmy na wczasy. Zwiedzaliśmy Warszawę lat 50., gdy jeszcze były ruiny, a Pałac Kultury dopiero budowali. Pamiętam, że byłam otoczona ludźmi, śmialiśmy się, odwiedzaliśmy się, byliśmy blisko. Po osiemdziesiątce grono znajomych maleje. Umierają przyjaciele. Takie jest życie.

Czego Pani życzyć na przyszłość?

Przyszłość? Żeby zdrowie było, żeby człowiek był samodzielny i nie potrzebował żadnej opieki. Tego bym chciała. Radzę sobie, tylko czasem żal, że już nie pojeżdżę na nartach.

Pani Dadok stoi oparta o laskę