Kiedy piszę ten felieton, w powietrzu unosi się jeszcze dym po tym, jak psycholożka Ewa Woydyłło nazwała Igę Świątek, najwybitniejszą polską sportsmenkę od wielu lat, „głupiutką i wystraszoną”, która „sama nie rozumie tego, co się dzieje”. Woydyłło kiedyś proponowała ludziom cierpiącym na depresję jazdę na rowerze. Świetna rekomendacja dla osób, które mają problemy ze wstaniem z łóżka.
Pisząc tu felietony, muszę brać pod uwagę to, że wśród Czytelników mogą się znaleźć osoby, które nie mogą wstać z łóżka, ale nie tylko z powodów psychicznych, lecz także jak najbardziej fizycznych, z powodu życia z niepełnosprawnością. Nie mogę zachwalać zalet spacerów, biegania czy innej aktywności fizycznej, nawet tej nieszczęsnej jazdy na rowerze. A jednak przynajmniej część osób z niepełnosprawnością może czerpać przyjemność ze znalezienia się na dworze, na przykład na wózku. Jedną ze składowych sportu jest zmierzenie się z trudnościami. Każdy styka się z innymi ograniczeniami. Z ograniczeniami jest tak, że naraz trzeba się z nimi zgodzić i z nimi zmierzyć. Mówi się na przykład o tenisie, że najważniejsza jest w nim głowa. Że trzeba mieć w niej luz. Pogodzić się z piłką przegraną, ale jednocześnie umieć natychmiast oczyścić sobie z niej głowę i być gotowym walczyć o piłkę następną. Można bronić meczboli i w końcu mecz wygrać.
Tenis jest moim ulubionym sportem. Na dziesiąte urodziny dostałem rakietę Nefryt o wadze czternastu uncji, bardzo ciężką jak dla dziecka. Codziennie chodziłem na tak zwaną ściankę na terenie klubu Warszawianka i ćwiczyłem się w forhendach i bekhendach. Przy moim ówczesnym wzroście rakieta często szorowała po asfalcie, rama była w tych miejscach zdarta do żywego drewna (w latach 70. grało się drewnianymi rakietami).
Czasem prosiłem rodziców o drobne i grałem na ceglanym korcie z kolegami Adamem i Darkiem. Nigdy nie miałem tenisowego nauczyciela, nie wiedziałem na przykład, że do bekhendu trzeba zmienić chwyt rakiety.
Tenis wydaje się pozbawiony agresji w porównaniu z takimi sportami jak piłka nożna czy boks. Na dżentelmeńskim Wimbledonie wszyscy grają w obowiązkowych śnieżnobiałych strojach, ale niech Was ten pozór nie zwiedzie: to jest walka na topory dwóch rycerzy rozdzielonych dla niepoznaki siatką. Słowo „kort” (ang. court) oryginalnie oznaczało „dwór”, „dziedziniec”. W odróżnieniu od piłki nożnej czy nawet (rzadko) boksu w tenisie nie ma czegoś takiego jak remis, zawsze jest wygrany i przegrany.
Sport jest w życiu człowieka, częściej mężczyzny niż kobiety, walką o zwycięstwo we współzawodnictwie. Piszę o różnicy płci, ponieważ wydaje mi się, że mężczyźni w większym stopniu skupiają się na tworzeniu hierarchii, a kobiety na tkaniu więzi. Oczywiście istnieją też sporty kobiece i są mistrzynie takie jak Iga Świątek albo na przykład narciarki Lindsey Vonn czy Justyna Kowalczyk, ale jestem zdania, że kobiecy boks albo futbol jest czymś trochę nie na miejscu. Bardzo możliwe jednak, że przemawia przeze mnie stereotyp kierujący myśleniem mężczyzn na temat kobiet.
W życiu dorosłym też czasami grywałem w tenisa. Potem miałem piętnaście lat przerwy. Niedługo przed czterdziestymi urodzinami znalazłem sobie nauczyciela. Skutek był taki, że wypadł mi dysk z kręgosłupa lędźwiowego i nagle sam znalazłem się w sytuacji niepełnosprawności; przez trzy tygodnie nie mogłem wstać z łóżka nawet do toalety.
Teraz muszę już bardzo uważać, zwłaszcza na ruchy skrętne, i z tenisa zostało mi tylko kibicowanie. Ale kibic przeżywa emocje takie same jak sportowiec. Trzymamy kciuki, wzlatujemy pod sufit z okazji zwycięstwa, stajemy się smutni jako świadkowie przegranej. Możemy uczestniczyć, będąc tylko widzami, i tego nie mogą nam odebrać żadne ograniczenia.
Artykuł pochodzi z numeru 4/2026 magazynu Integracja
Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.







