Spotkałyśmy się z Pauliną Malinowską-Kowalczyk, autorką książki „Życie na medal”, poświęconej ośmiu polskim paralimpijkom. Jak je opisała doświadczona dziennikarka sportowa, korespondentka wielu igrzysk paralimpijskich, a od niedawna także coach?
Rozmawiamy m.in. o rodzinach, pieniądzach i dwutorowej karierze.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Dlaczego zdecydowała się Pani oddać głos wyłącznie kobietom? Czy podczas pracy nad tą książką zauważyła Pani jakieś cechy lub doświadczenia, które szczególnie łączyły te bohaterki, niezależnie od uprawianych przez nie dyscyplin?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Dlaczego kobiety? Zawsze chciałam o nich napisać, ponieważ na przestrzeni lat historii sportu paralimpijskiego, na samym początku, było ich bardzo mało. Ta liczba stopniowo wzrastała. Dążono do swoistego parytetu, ale tak naprawdę dopiero w 2024 roku w Paryżu na igrzyskach paralimpijskich startowało niemalże tyle samo kobiet, co mężczyzn. Panów było co prawda nieco więcej, ale proporcje wynosiły już prawie 50% do 50%, co wcześniej się nie zdarzało. Druga kwestia: w ostatnich latach kobiety w polskim sporcie naprawdę zdobywały więcej medali niż panowie. Trzecia rzecz to fakt, że jeżdżąc na najważniejsze zawody przez ostatnie 20 lat – pewnie po części dlatego, że sama jestem kobietą – miałam z tymi dziewczynami bardzo dobry kontakt. Z niektórymi z nich się zaprzyjaźniłam. Po czwarte, wybrałam je, ponieważ czułam, że mi zaufają. W tego typu pracy nie pisze się krótkiego artykułu na 10 tysięcy znaków, czyli powierzchownego portretu. Wchodzi się głębiej, chce się usłyszeć coś istotnego i opowiedzieć o trudnych przeżyciach z nadzieją, że rozmówczynie się nimi podzielą. Tutaj zaufanie jest podstawą, a buduje się je w relacji długoterminowej. Właśnie dlatego zdecydowałam się na te dziewczyny. A drugie pytanie brzmiało?
Justyna Smoleń-Starowieyska: Jakie szczególne cechy łączyły te bohaterki, niezależnie od dyscypliny?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Jeśli przeczyta się te historie, można odnieść wrażenie, że każda z bohaterek jest inna, przede wszystkim dlatego, że reprezentują różne dyscypliny sportu. Oczywiście, niektóre się powtarzają, ale mamy paratenis stołowy, paraszermierkę, parapływanie, paranarciarstwo biegowe czy podnoszenie ciężarów. Na pewno wszystkie dziewczyny łączy swoistego rodzaju niezłomność – umiejętność zawalczenia o siebie. Zwłaszcza w czasach, które były o wiele trudniejsze dla osób z niepełnosprawnościami. Myślę tu o Kasi Rogowiec, która swoją historię w sporcie dosłownie wydarła „gryząc ziemię”. Wszystko robiła praktycznie sama i musiała wiele poświęcić . Ta niezłomność przekłada się na ogromną siłę w różnych działaniach, ale wiąże się też z poczuciem słabości i umiejętnością radzenia sobie z przegraną. Porażki były wpisane w życie każdej z nich. Spektakularnym przykładem jest Natalia Partyka. Jej opowieść krąży wokół jednej, bolesnej przegranej w Tokio, kiedy po raz pierwszy od 2004 roku nie zdobyła złotego medalu na igrzyskach paralimpijskich. Opowiada, jak ją przeżyła, jak sobie z nią poradziła, jakie wyciągnęła z niej wnioski i jak ta sytuacja zmieniła jej życie. Sport to w ogóle historia bardziej o przegrywaniu. Jako kibice świętujemy triumfy, ale prawda jest taka, że w sporcie na podium są tylko trzy miejsca, a to pierwsze jest tylko jedno. Cała reszta musi pogodzić się z przegraną. Umiejętność powiedzenia sobie: „ta przegrana nie świadczy o tym, że jestem przegranym człowiekiem, świadczy tylko o tym, że ktoś był tego dnia silniejszy”, to ogromna mądrość, która również łączy te dziewczyny. Kolejnym wspólnym elementem było poczucie pustki. Ono pojawiało się w wielu opowieściach – i to właśnie częściej po triumfach, niż porażkach. Kiedy sięga się po coś, o czym marzyło się od lat, potem często pojawia się pustka. Nie mówiąc już o tym, że wiele z tych dziewczyn przechodziło przez stany depresyjne, z którymi również musiały sobie poradzić.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Czym kierowała się Pani, wybierając tę ósemkę bohaterek?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Wybierałam subiektywnie, bazując na naszych relacjach i bezpośrednich kontaktach. Właściwie tylko jednej osoby, Karoliny Pęk, nie znałam dobrze. Wynikało to po części z jej charakteru, o czym zresztą sama bardzo ładnie opowiada. To było spotkanie, którego obawiałam się najbardziej.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Dlaczego zatem zdecydowała się Pani zaprosić ją jako jedną z bohaterek książki?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Początkowo planowałam napisać jedną, wspólną opowieść o dwóch zawodniczkach: Natalii Partyce i Karolinie Pęk. Jednak po rozmowie z Natalią, a potem przede wszystkim po rozmowie z Karoliną, doszłam do wniosku, że ona musi mieć swoją odrębną historię. Jest obecnie w takim momencie życia, że nie można jej już „doklejać” do Natalii. Bardzo się tej rozmowy bałam, bo to jedna z najbardziej zamkniętych w sobie zawodniczek, jakie kiedykolwiek poznałam.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Czyli mimo tej długoletniej znajomości, bywało trudno?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Tak, ale to nie była kwestia długości naszej znajomości. Ona po prostu była „ultra” schowana, wycofana, często chodziła z naciągniętym kapturem na głowę, dystansując się niemal od każdego. Być może potrafiła otworzyć się przed najbliższymi i najbardziej zaufanymi ludźmi, ale jak sama przyznaje – rzadko. Taka była. Okazało się jednak, że na spotkaniu mówiła nieprzerwanie przez pięć godzin. Wykonała niesamowitą pracę nad sobą.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Zahaczamy tu o bardzo ważny wątek zdobywania zaufania. Czy z innymi bohaterkami miała Pani podobne doświadczenia? Wspomniała Pani, że znacie się od lat, obserwowała je Pani na igrzyskach i najważniejszych zawodach. Co jeszcze pomogło w otwarciu bohaterek na tak intymne, głębokie opowieści o życiu?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: W momencie, kiedy przystępowałam do pisania książki i zaczynałam te rozmowy, nie musiałam już sztucznie budować zaufania i otwartości. One mi ufały. Przez lata, relacjonując sport i pisząc o tych dziewczynach, dbałam o ich komfort. Nie nadużywałam pewnych informacji – jeśli czegoś nie chciały powiedzieć, ja tego nie ujawniałam, nawet jeśli to miało przynieść większą „klikalność” czy oglądalność. Myślę, że to właśnie buduje zaufanie. Nie da się napisać takiej opowieści bez wcześniejszego poznania człowieka i bez tej bazy wzajemnego zaufania. Sama jestem osobą raczej zamkniętą. Byłoby mi szalenie trudno usiąść i otworzyć się przed dziennikarzem, którego widzę po raz drugi w życiu. Właściwie nie wyobrażam sobie tego. Gdy znam kogoś długo i wiem, że mogę liczyć na autoryzację, że jeśli poproszę o wycięcie danego fragmentu, to on zniknie – wtedy mogę wejść w taką współpracę. A w tej książce idziemy głęboko: nie mówimy tylko o tym, jak przebiegały zawody i kto wygrał. Rozmawiamy o całym życiu, jego blaskach, cieniach i największych trudnościach. Zatem tej otwartości nie musiałam budować na poczekaniu, one od razu były ze mną szczere. Wszystkie przyjęły zaproszenie do książki z ogromnym entuzjazmem, nie dostałam ani jednej odmowy. Jedyny zgrzyt to fakt, że ciekawych i wartościowych paralimpijek jest o wiele więcej. Może kiedyś powstanie druga część „Życia na medal”.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Czyli może być i drugi tom?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Po publikacji dostałam nawet zapytania od panów paralimpijczyków, czy planuję napisać książkę o chłopakach.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Oznacza to, że materiału starczyłoby na całą serię.
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Tak, choć to nie jest proste. Cieszę się na razie z tego, że powstała ta książka.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Dzięki zbudowanej relacji udało się Pani uciec od szkodliwego stereotypu użalającego się nad sobą, „cierpiącego bohatera”. W książce silnie wybrzmiewa czysta siła sportowa i dążenie do perfekcji. Czy trudno było wykreować taką narrację, czy przychodziła naturalnie?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Wcale nie musiałam tej narracji wykreować. Ona wynika wprost z postawy i z życia moich bohaterek. One absolutnie nie skupiają się na swojej niepełnosprawności. Zajmują się swoimi zadaniami i tym, co konkretnie chcą osiągnąć. Oczywiście w tle pojawia się historia powstania ich niepełnosprawności i drogi z nią związanej, ale to nie jest książka o niepełnosprawności. To książka o dziewczynach, które – mając niepełnosprawność – twardo realizują swoje cele. Głównie sportowe, ale te życiowe także. Świetnym przykładem jest opowieść o Kasi Rogowiec i jej marzeniu o macierzyństwie. Kasia, w przeciwieństwie do reszty bohaterek, jest już na innym etapie – zakończyła karierę sportową, założyła rodzinę, ma dzieci. To było marzenie, do którego przez wiele lat nie przyznawała się sama przed sobą. Nie narzucałam sztucznie narracji w tym względzie, starałam się jedynie zróżnicować książkę pod względem formy. Bardzo zależało mi, by to nie był zbiór identycznych pod kątem budowy reportaży, które podczas czytania zaczną się w końcu zlewać w całość. Szukałam różnych ujęć. Jest tu klasyczny reportaż, jest quasi-autobiografia w formie spowiedzi, jest kronika, a także coś na kształt pamiętnika. Chciałam wydobyć indywidualność każdej z bohaterek i dopasować formę do jej charakteru, co wynikało naturalnie z naszych spotkań i rozmów.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Zastanawiała się Pani już po rozmowie, jaka forma literacka najlepiej odda daną opowieść?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Czasami proces ten trwał dość długo. Siadałam, chciałam już pisać, ale brakowało mi tej ramy, odpowiedniej formy. Musiało odpowiednio „kliknąć”, bym wiedziała, że dany styl idealnie pasuje. Robert Korzeniowski, którego poprosiłam o napisanie krótkiego polecenia (blurba), pięknie to ujął: czuł się tak, jakby wchodził do różnych pokoi, w których toczą się odmienne historie. A w niektórych czuł się jak widz w teatrze, który ogląda spektakl. W niektórych rozdziałach przeplatam bowiem narrację bezpośrednimi fragmentami mojej rozmowy z bohaterką. Był to zabieg bardzo celowy, by ożywić formę i uniknąć monotonii.
Justyna Smoleń-Starowieyska: I to zdecydowanie wyszło książce na dobre. Lektura wciąga, a czytelnik jest autentycznie zaciekawiony tym, jaka będzie kolejna historia. Wspomniana przez Panią forma quasi-autobiografii była dla mnie bardzo intrygującym zabiegiem, o czym zresztą rozmawiałyśmy chwilę przed naszym spotkaniem. Zastosowała to Pani w rozdziale o Justynie Kozdryk.
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Tak, stworzyłyśmy tam formę poniekąd spowiedzi, szczerego wyznania. Usłyszałam od niej mnóstwo rzeczy, o których nie miałam zielonego pojęcia. Wtedy doszłam do wniosku, że wcinani się w ten rwący potok myśli własnegonarratora tylko by zaszkodziło. Narracja z perspektywy pierwszej osoby sprawia, że historia ma potężną siłę i pozwala czytelnikowi głęboko wejść w przeżycia bohaterki, mocniej się z nią zidentyfikować. Taki był zamiar i cieszę się, że tak dobrze on rezonuje z odbiorcami.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Uderzyło mnie w tym to, jak czytając tę pierwszoosobową narrację, niemal słyszy się własne myśli i odnosi się to do osobistych, życiowych doświadczeń. Tu chciałabym wrócić do wątku poruszonego już wcześniej, czyli dojmującego poczucia pustki tuż po wielkim zwycięstwie. Czy może Pani opowiedzieć, jak przeżywały to inne bohaterki? Czy to doświadczenie częste, że po wielkim sukcesie i miesiącach wyrzeczeń sportowiec wraca do domu i odczuwa trudną do opisania pustkę?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Temat ten bardzo silnie pojawił się u Justyny, ale równie mocno wybrzmiał w przypadku Doroty Bucław. U Doroty w wiązało się to dodatkowo z tym, że startując na igrzyskach, była zmuszona brać udział w rywalizacji w grupach łączonych. Mierzyła się z dziewczynami sprawniejszymi, z tak zwanej „wyższej grupy”, co przez lata całkowicie pozbawiało ją szans na wywalczenie medalu. W Paryżu wreszcie los zadecydował tak, że drabinka turniejowa ułożyła się sprawiedliwie i Dorota, która marzyła o tym krążku, a który dotąd był poza jej zasięgiem, zdobyła brąz. I raptem, po kilkunastu latach katorżniczej pracy, jest efekt. Nasuwa się naturalne pytanie: co dalej? Rozmawiając z zawodniczkami, widziałam, że to uczucie pustki po sukcesie jest procesem niezwykle naturalnym, z czym zgodzi się pewnie każdy psycholog, nie tylko sportowy. Podobne mechanizmy działają w innych aspektach życia, gdy docieramy do upragnionego po latach celu. Dorota musiała czekać na to całe lata, mierząc się z ogromną niesprawiedliwością (szczęśliwie w Los Angeles te grupy mają być już sprawiedliwie podzielone). Kiedy po litrach potu, krwi i łez cel zostaje osiągnięty, nadchodzi potężne oszołomienie. Mam to – i co ze mną teraz będzie? Jak ma teraz wyglądać moje życie? Spełnienie wielkiego marzenia to ogromny koszt psychiczny, wiążący się nieraz z potężnym poczuciem pustki. Najważniejsza jest tu świadomość, że ten etap po prostu trzeba przejść.
Justyna Smoleń-Starowieyska: A czy radzenie sobie nie tylko z pustką po sukcesach, lecz i z porażkami to także wspólny mianownik dla bohaterek Pani książki?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Zdecydowanie. Pięknie o procesie przechodzenia przez bolesną przegraną opowiada historia Kingi Dróżdż. Kinga jechała do Tokio jako absolutna faworytka, z rankingowym numerem jeden w szabli. Nic z tego nie wyszło. Wtedy świetnie zachował się jej trener – po prostu zamilkł i nie drążył tematu. Od powrotu z igrzysk do ich pierwszego, wspólnego spotkania minął cały miesiąc. Dał jej ten niezbędny czas na ochłonięcie. Na podium bywa się tylko przez chwilę, porażka zresztą też mija. Dziś się wygrywa, jutro się przegrywa, po to tylko, by pojutrze znów zacząć zwyciężać. Taka jest natura sportu.
Justyna Smoleń-Starowieyska: W Pani książce pojawia się również temat rodziny, jak choćby właśnie w przypadku Kingi Dróżdż. Jak bohaterki Pani opowieści łączą życie rodzinne z tak wyczerpującymi treningami? Bo tak, jak Pani podkreśliła – i co warto tu akcentować – jest to po prostu twarde uprawianie sportu, prawda?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Prawdę mówiąc, chyba raczej nie łączą. Niech spojrzę na nazwiska moich bohaterek... Karolina nie ma rodziny, podobnie Lucyna i Natalia. Kinga, Joanna Mendak... Kasia Rogowiec jest w tej chwili na etapie posiadania rodziny. Część z tych dziewczyn – co zresztą pada w książce, bodajże Justyna o tym mówi – przeoczyła ten moment, kiedy mogła o to zawalczyć. Czasami jest coś za coś. Nie chciałabym tu zbytnio wchodzić w niezwykle intymną sferę życia każdej z tych kobiet.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Ja również nie, zależało mi bardziej na ukazaniu, czy sport jakoś pomaga w życiu rodzinnym. Nie chodzi tylko o samo zakładanie rodziny, ale o funkcjonowanie w tej najbliższej przestrzeni.
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Bardzo trudno jest mieć rodzinę i jednocześnie uprawiać sport wyczynowy. Kasia Rogowiec próbowała wrócić do sportu wyczynowego, ale to się po prostu nie udało. Obowiązki rodzinne, posiadanie dzieci w połączeniu z poziomem wysiłku fizycznego, jaki trzeba włożyć, by być w czołówce, a nie gonić „ogony” są gigantyczne. To jest po prostu bardzo trudne. Właściwie z tej ósemki tylko Kasia ma rodzinę, ale dlatego, że zakończyła już karierę. To również pokazuje, że sport paralimpijski to nie jest zabawa. To jest, jak Pani to trafnie nazwała, twardy sport, niezwykle wymagający w codziennej pracy. To, co niektóre dziewczyny – jak Joasia Mendak i Kinga Dróżdż – łączą ze sportem, to praca zawodowa. W niektórych przypadkach to się udaje, ale też nie we wszystkich. Lucyna Kornobys świadomie uznała, że nie da rady połączyć pracy zawodowej ze sportem i w pewnym momencie z niej zrezygnowała na rzecz kariery sportowej. Joanna Mendak łączy sport z pracą zawodową, ale to była świadoma decyzja podjęta po tym, jak po raz pierwszy nie zdobyła medalu na igrzyskach. Zrozumiała wtedy, że nie jest już tak dobra jak kiedyś, że inne dziewczyny są szybsze i że musi rozwinąć również zawodową sferę swojego życia. To bardzo ciekawe – ona sama przyznaje, że tamta porażka sprawiła, iż rozwinęła się w innym kierunku, z czego jest teraz bardzo zadowolona. Wszystko ma swój czas. Układa się to więc bardzo różnie, ale łączenie wyczynowego sportu paralimpijskiego z życiem rodzinnym i małymi dziećmi jest obecnie tak samo trudne, o ile wręcz niemożliwe, jak w sporcie olimpijskim.
Justyna Smoleń-Starowieyska: To tym bardziej pokazuje, jak wiele poświęcenia i pełnego zaangażowania wymaga ten sport. A co z poczuciem bezpieczeństwa finansowego czy zabezpieczeniem na przyszłość? Czy pojawiają się tu obawy, gdy trzeba wybierać między całkowitym poświęceniem się wyczynowej dyscyplinie, a rezygnacją ze sportu na rzecz bycia aktywnym w dotychczasowej pracy zawodowej?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: W grę wchodzą tak naprawdę dwie kwestie. Ci, którzy zdobywają medale na igrzyskach, są w dobrej sytuacji, bo po zakończeniu kariery i ukończeniu 40. roku życia obejmuje ich ustawa o sporcie i tak zwana sportowa emerytura. To są bardzo dobre pieniądze. Gorzej jest z tymi, którzy nigdy na tym podium nie staną. A takich jest przecież bardzo wielu, choć czasem bywają bardzo blisko – na przykład zajmując trzy razy z rzędu czwarte miejsce. Oczywiście daje im to na pewien czas stypendia sportowe, które obecnie są w bardzo dobrej wysokości Nie daje to jednak trwałego zabezpieczenia na przyszłość. Tutaj ogromne znaczenie ma idea tak zwanej „dual career”, czyli kariery dwutorowej – z jednej strony kariera sportowa, a z drugiej równolegle, rozwijanie się zawodowo. W pewnym sensie chroni to sportowca przed sytuacją, w której zostaje z niczym. Oczywiście ideałem jest wywalczenie medalu i otrzymanie tych dodatkowych pieniędzy, ale osoby wchodzące w sport zawsze powinny myśleć o karierze dwutorowej.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Chciałabym zapytać o coś jeszcze: czy podczas spotkań z czytelnikami docierały do Pani głosy na przykład młodych dziewczyn, kobiet, które mówiły, że poczuły się zainspirowane tymi historiami i teraz będą chciały wejść w świat sportu?
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Tak, odzewu jest faktycznie dosyć dużo. Nie otrzymałam co prawda informacji, by ktoś konkretnie przez to postanowił wejść w świat sportu, ale miałam inną sytuację: nieznajoma kobieta poprosiła mnie o autograf z dedykacją dla młodej dziewczyny, która uprawia pływanie, ma niepełnosprawność i myśli o sportowej karierze. Ta książka ma być dla niej inspiracją, takim swoistym drogowskazem. Jednak najczęściej otrzymywany przeze mnie feedback dotyczy inspiracji do walki o siebie. Niekoniecznie na niwie sportowej, ale po to, żeby się nie poddawać i znajdować w sobie siłę nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko jest stracone. Bo to nieprawda, że nie ma już wyjścia – zawsze trzeba szukać nowego sposobu, ponieważ mogą się wydarzyć bardzo różne rzeczy. Dostaję sygnały, że ta książka daje siłę i energię do pójścia do przodu. Zadzwoniła do mnie pewna aktorka – nie przywołam nazwiska, bo była to rozmowa prywatna – i powiedziała: „Słuchaj, robiłam coś, nie wyszło mi, ale pomyślałam sobie: Rogowiec by się nie poddała, idę dalej, ona by tego nie odpuściła!”. To jest bardzo, bardzo budujące. Głosów o znajdowaniu w sobie siły po lekturze tej książki było naprawdę bardzo dużo.
Justyna Smoleń-Starowieyska: Dziękuję, myślę, że tym akcentem zakończymy rozmowę. To pokazuje uniwersalność tego przesłania – to nie jest książka adresowana tylko do osób zainteresowanych sportem paralimpijskim, ale przede wszystkim o przełamywaniu własnych słabości w życiu w ogóle.
Paulina Malinowska-Kowalczyk: Ja bym powiedziała, że ta książka jest także o sporcie i to jest bardzo dobra kropka. Dziękuję pięknie za tę rozmowę.
Dla Czytelników mamy książki z autografem Pauliny Malinowskiej-Kowalczyk. Zamawiajcie je pod adresem: janka.graban@integracja.org
Obszerne fragmenty tej rozmowy przeczytacie w najnowszym numerze magazynu Integracja 4/2026.








