Boks nie wybacza żadnej słabości. Wystarczy kilka minut rozgrzewki, by poczuć pokorę i pot. Potem jest już tylko gorzej. Eksplozywność, szybkość, siła, wytrzymałość. Na tysiące sposobów początkujący bokser dowiaduje się, że nie jest tak dobry, jak mu się wydawało.

Sukces przyjdzie po latach i może wystarczyć tylko na jedną walkę. Potem wszystko zaczyna się od nowa. Trening po treningu, mokre od potu rękawice, przyklejone do twarzy włosy. Ból nadgarstka, ślady na twarzy dowodzące, że dało się z siebie 100 procent, ale nadal było się zbyt wolnym. Unik poszedł w niewłaściwą stronę, był zbyt czytelny dla przeciwka. Sparing, nawet ten treningowy i pod okiem trenera, obnaża każdą niedopracowaną kombinację.

Jednego można być pewnym: zawsze znajdzie się ktoś lepszy. Któregoś razu – bez względu na zaangażowanie i stopień wytrenowania – trening zakończy się wylewem okularowym i bólem kości jarzmowej.

Piękne rękawice i nieograniczone możliwości

Niewiele trzeba, by zakochać się w boksie bez pamięci, i nie jest to miłość nieodwzajemniona. Boks zapewnia wszechstronny rozwój fizyczny, uczy odwagi i przyzwyczaja do działania w dyskomforcie, w warunkach, w których normalnie uruchamia się chęć ucieczki. Po treningu można nie mieć siły, by popchnąć koła wózka do przodu, ale w środku czuć moc, by pokonać w życiu każdą przeszkodę.

Po kilku miesiącach treningu boks staje się jedynym magicznym rozwiązaniem, którego w życiu potrzebujesz. Zmęczenie? Odpowiedzią jest trening bokserski. Frustracja? Idź na boks. Strach? Trenuj. Boisz się zapytać o podwyżkę? Kilka chwil z workiem Cię z tego wyleczy. Szukasz ludzi, którzy podzielają Twoje wartości? Znajdziesz ich na ringu. Przyjaźnie z klubu przenoszą się do życia codziennego. Z kim innym porozmawiasz o konieczności kupienia nowych owijek, żeby przestać je codziennie prać? Z kim podzielisz się wątpliwościami, jaki rozmiar rękawic kupić? Na treningu dostajesz poczucie sprawczości, odwagę i przyjaciół.

Potwierdza to Nadia, która uprawia boks zaledwie od trzech miesięcy. Zastrzega, że nic nie umie, ale wystarczy chwila tarczowania, by na błyszczącej od potu twarzy pojawił się uśmiech. Kupiła też kobiece, fioletowe rękawice, bo boks już dawno przestał być męską sprawą. Owijki są teraz dostępne we wszystkich kolorach tęczy, a rękawice stały się po prostu piękne.

– Przyszłam na trening bokserski, bo siedząc na wózku, nie mam okazji do porządnego, solidnego cardio. Biegać nie mogę, a w boksie wymagane są szybkie ruchy. Na treningu czuję pot i coraz szybsze bicie serca, buzuje adrenalina. No i mam takie poczucie, że jak przetrwałam taki trening, to mogę wszystko. Sprawia mi to przyjemność – wyjaśnia Nadia.

Oprócz niej na środowym treningu dla osób poruszających się na wózkach pojawiły się w klubie Mokotowski Gym  jeszcze dwie osoby. Zajęcia są bezpłatne, a początkujący bokserzy trenują pod okiem Mateusza Zmyja. Trener zachęca, uczestniczy aktywnie w treningu, podaje ciężary, schyla się po upuszczone butelki z wodą, pomaga dowiązać owijki, a przede wszystkim motywuje. Do ćwiczących trafia poczuciem humoru, ale zajęcia traktuje poważnie. Jego specjalizacją jest krav maga. Ten system samoobrony uprawiał już jako 14-latek.

– Krav maga nadaje się również dla osób z niepełnosprawnością, ale bardziej jako wykorzystanie elementów prewencyjnych. Kwestie związane z rozpoznawaniem zagrożenia, zachowania w sytuacji stresującej, odwracanie uwagi agresora i na przykład używanie gazu pieprzowego mogą być przydatne. Jednak uważam, że to elementy bokserskie są najbardziej właściwe. To taka ekspresja energii, która z jednej strony nas reguluje, a z drugiej daje poczucie sprawczości. Z niektórymi uczestnikami zajęć wchodzimy już w sparingi, a przy tym znika wiele granic. Nie ma znaczenia, gdzie jestem. Ważne jest to, że coś leci na moją twarz i ciało, a ja muszę się bronić i sobie poradzić. I muszę powiedzieć, że dziewczyny z treningu już zaczynają sobie radzić. Czekam na moment, gdy zdecydują się na konfrontację między sobą – mówi Mateusz Zmyj.

Nic tak nie rozwija, jak boks

W sali obok spokojnym, jednostajnym i pozbawionym emocji głosem wydaje polecenia Jan Boś. Uśmiecha się do dzieci, którym właśnie przekazuje piękno boksu.

– Lewy, lewy, prawy. Jeszcze raz. Lewy prosty, lewy sierp – powtarza instrukcje.

Jan Boś tarczuje Tomaszowi Bidusiowi pod haki

Patrząc na to, jak pracuje, można nabrać przekonania, że to miły, sympatyczny człowiek, który muchy by nie skrzywdził. I tak jest w klubie. Ale na ringu, na macie w podziemnym garażu zamienia się w bestię. Walczy całym sobą, bez strachu i instynktu samozachowawczego. Jest mistrzem federacji BFC17 w wadze 70 kg. Właśnie otwiera swoje drzwi do kariery zawodowej. Z powodzeniem trenuje również bokserów na wózkach. Pod jego okiem do walk przygotowuje się m.in. Tomasz Biduś, utytułowany zawodnik rugby na wózkach, trener i instruktor sportu osób z niepełnosprawnością. Prowadzi też zajęcia bokserskie dla początkujących razem z Mateuszem Zmyjem.

– Trening bokserski jest fajny dla osoby na wózku. Ogólnorozwojowy. Od 28 lat uprawiam sport na wózku. Różne dyscypliny, i to nawet na poziomie kadry. Przed wypadkiem też trenowałem, ale prawda jest taka, że żaden trening nie sprawiał mi tyle przyjemności i nie podnosił tak mojej sprawności, jak trening bokserski. Nie kręcą mnie tak starty czy walki, jak sam trening. Mówiąc precyzyjniej: więcej przyjemności sprawia mi trening siłowy, ale więcej korzyści przynosi mi boks – podkreśla Tomasz Biduś, trenujący od 5 lat. – Niestety robię w życiu i w sporcie mnóstwo rzeczy, więc nie zawsze mam na to czas. Nie mogę powiedzieć – tak jak aktualny mistrz Polski Paweł Kosakowski – że mam 15 godzin boksu w tygodniu. U mnie to raczej jeden trening tygodniowo, a przy dobrym układzie dwa razy w tygodniu. To niezły wynik, biorąc pod uwagę, że pracuję na etacie.

Tomasz próbuje wszystkiego. Był kapitanem drużyny rugby na wózku, ale nie stroni też od sportów ekstremalnych. W Mokotowskim Gymie prowadzi zajęcia jako trener personalny. Pod jego okiem o kondycję dbają osoby pełnosprawne, jak i z niepełnosprawnością. Skupia się na siłowni. Czasem instrukcja wykonania ćwiczenia wymaga pokazania ćwiczenia w internecie, czasem osoba pełnosprawna musi pokazać jakiś aspekt wykonywanego ćwiczenia, ale nikt z ćwiczących nie rezygnuje z powodu trenera na wózku.

– Niektórym dobrze się ze mną ćwiczy. Nie czują potrzeby porównywania się z superzbudowanym trenerem fitnessu. Mogą się skupić na sobie. Mam współprace, które trwają kilka lat. Myślę, że o doborze swojego trenera decydują kwestie charakteru.

Dużo wymaga od podopiecznych, ale także od siebie.

– Jako uczestnik zajęć nie mam taryfy ulgowej. Mogę powiedzieć, że nie mam tych czy tamtych mięśni, ale rozwiązaniem nie jest nierobienie ćwiczenia, tylko wypracowanie wymaganego ruchu. Podobnie jest z osobami pełnosprawnymi. Mówią, że plecy im nie trzymają, czyli że są słabe, a są słabe, bo siedzą przed komputerem i nie używają mięśni grzbietu. Trzeba zacząć od wzmocnienia mięśni. Nie można przecież skupiać się na brakach i nic nie robić. Im więcej ruchu, tym lepiej dla ciała. Aktywność fizyczna przed każdym stawia wymagania, ale tetraplegicy mają kilka dodatkowych przeszkód do pokonania. Muszą nie tylko znaleźć sposób na optymalne wykorzystanie mięśni, lecz także wypracować funkcjonowanie z zaburzoną termoregulacją.

– Każdy sport dla tetraplegika jest ciężki. Inaczej pracuje przepona, inaczej funkcjonują porażone mięśnie. Długi wysiłek przy zaburzonej termoregulacji to także obciążenie. Nie ma na to innej rady. Po prostu codzienna praca i zaadaptawanie ciała do wysiłku. Podejście do tematu u każdego jest inne. Ja akurat wystawiam się na ryzyko przegrzania, a nawet chodzę na saunę. Dzięki temu lepiej znoszę letnie upały – wyjaśnia Tomasz Biduś.

Dla niego boks to tylko sport. Tu zostawia życiową złość, poprawia kondycję, rywalizuje. Ma naturalną potrzebę organizowania, dlatego to właśnie on włączył się w organizację pierwszych w historii mistrzostw Polski w paraboksie.

Walka, nie wymówki

Dla Sebastiana Górniaka paraboks to powrót do życia, które miał przed wypadkiem samochodowym. Zanim złamał kręgosłup, uprawiał kickboxing.

– Ze sportami walki jestem związany od 16. roku życia. Zaczynałem od boksu w sali Stoczni Szczecin. Potem był kickboxing, który kontynuowałem na AWF-ie w Poznaniu. Zostałem medalistą mistrzostw Polski. Trenowałem i rywalizowałem z najlepszymi na świecie. A później był wypadek – wymienia jednym tchem Sebastian Górniak.

Sebastian Górniak rękawicą przytrzymuje ochraniacz na zęby

O wypadku mówi, że był wynikiem głupoty.

– Nie da się ukryć, że usiadłem na wózek z powodu własnej głupoty. Mogę tylko przestrzec innych przed wsiadaniem za kółko po alkoholu i brawurą na drodze.

Jeszcze w szpitalu zaczął szukać dla siebie dyscypliny. Koledzy pokazali mu rugby. Wciągnął się. Grał i czerpał z tego radość, ale brakowało mu innych treningów. W domu dokładał do tego boks. W końcu zaczął wprowadzać boks do treningów rugby.

– Przemycaliśmy ten boks powoli. Napisaliśmy projekt. Zorganizowaliśmy w Poznaniu, w klubie Czerwony Smok, typowe parabokserskie treningi, ale przez długi czas w moim życiu dominowało rugby. Do paraboksu zacząłem wracać dekadę temu. Jeździłem z tą dyscypliną po całej Polsce i w różnych klubach pokazywałem, jak ona wygląda. Chwyciło np. w Krakowie i Gdyni. Teraz paraboks się rozpowszechnił. Można już bez trudu znaleźć dla siebie klub – mówi Sebastian Górniak.

Nie wyobraża sobie życia bez sztuk walki, ale uważa, że jest słabym zawodnikiem. Porażone mięśnie i znaczną niepełnosprawność nadrabia na treningach ciężką pracą. Jest aktywny na różnych polach. Pływa i nurkuje. Próbuje sportów ekstremalnych.

– Mental do walki pozostał mi po kickboxingu, ale muszę wkładać wysiłek, by wypracować technikę. Poziom stale rośnie. Z przyjemnością obserwuję podczas walk kombinacje złożone z podwójnych, potrójnych ciosów.

Sebastian szuka adrenaliny. W swojej fundacji „BalianSport” rozpoczął działalność w szkole walki. Wbrew nazwie szkoła nie ogranicza się do paraboksu. Wprowadził freediving [nurkowanie na wstrzymanym oddechu – red.]. W nurkowaniu ekstremalnym ustanawia rekordy. Nurkuje pod lodem i przekracza kolejne granice głębokości.

– Pięciokrotnie nurkowałem pod lodem, chociaż tetraplegia to utrudnia. Dużo pływam w zimnej wodzie, i przy okazji działam charytatywnie.

Na jego koncie jest też rekord Guinnessa. Ustanowił go, wstrzymując oddech pod wodą na 5 minut i 42 sekundy.

– W tej kwestii to nie jest wszystko, na co mnie stać – zapewnia Sebastian, trzymając w sekrecie szczegóły planowanych na ten rok rekordów.

W jego opinii boks jest dla każdego, chociaż nie zawsze w wyczynowej formie. Uważa, że nie ma lepszej aktywności, by poprawić układ krążenia, koordynację i skupienie.

– Boks daje poczucie wartości. Pozwala mi myśleć, że coś mogę. Podczas turnusów rehabilitacyjnych w Poznaniu prowadziłem zajęcia paraboksu dla 18-latków. Niektórzy przyjeżdżali z mamami. Po treningach wracali do domów i wiele się zmieniało. Zaczęli regularnie uprawiać sport, zyskali samodzielność, zaczęli odnosić sukcesy – wspomina.

Przed pierwszym treningiem warto wiedzieć, że boks to nie tylko walka, a droga do pierwszego sparingu jest długa. Zaczyna się od podstaw. Ciosy proste, sierpy, podbródkowe, uderzenia na dół, górę, kombinacje, praca na worku. Powoli wprowadzana jest praca z partnerem, tarczowanie i na końcu sparing, którego celem jest trening, nie starcie na punkty.

Sebastian trenuje boks codziennie. Do tego dochodzi freediving, rugby i pływanie.

– Jesteśmy stworzeni do walki, nie do wymówek. Trening to wyjście ze strefy komfortu, ale to się przekłada na życie. Boks daje kopa. Pomaga otworzyć się na ludzi i nabrać odwagi. Byłem i jestem kibicem. Zdarzała mi się bójka na ulicy, nie byłem grzeczny. Byłem młody. Dzisiaj prowadzę sportowy, higieniczny tryb życia bez alkoholu, za to ze wspaniałą rodziną, i uprawiam boks – podsumowuje Sebastian.

Boks ma wiele zalet, ale osoby z niepełnosprawnością mogą uprawiać także inne sporty walki. Otworem stoją parataekwondo, parajudo i parakarate. Istnieją sekcje dla osób niewidomych i słabowidzących, dla osób po amputacjach i z niepełnosprawnością intelektualną.

– Życie na wózku nie zmienia charakteru. Nie zabiera chęci rywalizacji ani apetytu na życie. Jak ktoś lubił poczucie adrenaliny i szukał wyzwań, to odnajdzie się w takich dyscyplinach jak na przykład boks – zapewnia Tomasz Biduś.

Artykuł pochodzi z numeru 4/2026 magazynu Integracja

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.