Ryszard Bukański nie odrzuca okazji do rozwoju, które przynosi mu życie. Artysta, zawodnik, trener mistrzów, dwukrotny paralimpijczyk, 7-krotny medalista imprez międzynarodowych, autor książki. Chociaż wspomina z nami 70 lat swojego życia, to nie ogląda się za siebie. Patrzy do przodu, planuje, marzy i stale się rozwija.

Artysta

Ilona Berezowska: Pańskie sukcesy w parałucznictwie są powszechnie znane, chociażby ze względu na medale Pańskich wychowanków, ale mniej znana jest kariera artystyczna. Architekt wnętrz, scenograf, grafik... Kiedy zaczął Pan tworzyć?

Ryszard Bukański: Przyznaję, że jestem po Akademii Sztuk Pięknych.Zaczęło się w dzieciństwie. Na chorobę Heinego-Medina zachorowałem w 4. miesiącu życia. Całe życie jestem niepełnosprawny. Pamiętam swój pobyt w szpitalu związany z operacją. Leżałem w gipsie po pas. Strasznie się tam nudziłem. Pielęgniarki przyniosły mi podkładkę, papier i kredki. Zacząłem rysować i okazało się, że mam do tego talent. Co więcej, zawsze byłem noga z matematyki. W tajemnicy powiem, że musiałem prosić o pomoc z matematyką, bo bez tego na pewno nie zdałbym jej na maturze. Szedłem więc w kierunku artystycznym. Po drodze była też muzyczna szkoła podstawowa.

Myślałam, że się dobrze przygotowałam do naszej rozmowy, ale o muzyce nie wiedziałam.

Ponieważ był to tylko epizod. W latach 60. i 70. XX w. modne były zespoły bigbitowe. Grałem w zespołach szkolnych na gitarze basowej, ale zawsze chciałem iść w kierunku plastyki, a dokładniej do Liceum Plastycznego do Wrocławia. Egzamin z wszelkich tematów plastycznych zdałem celująco, ale oczywiście nie zdałem matematyki, więc mnie nie przyjęli. Ojciec się trochę wkurzył. Pojechał tam pytać, czy to liceum plastyczne czy matematyczne. W każdym razie nie przyjęli mnie i poszedłem do ogólniaka w Szprotawie. Gdy później zdałem na ASP w Poznaniu, to okazało się, że dobrze się stało. Spodobało im się, że jestem świeżym talentem, niezmanierowanym przez nauczycieli z liceów plastycznych.

Czy podczas egzaminów na ASP miał Pan w teczce rysunki zwierząt?

Nie, wtedy nie. Zwierzęta i koty pojawiają się na grafikach dopiero teraz. Teczka na egzamin zawierała ściśle określoną tematykę. Jakiś portret, jakaś martwa natura. Problem był jednak taki, że nie wiedziałem, iż te prace powinny być w teczkach. Wysłałem prace w rulonach, w tubach. Nawet ich nie otworzyli. Od razu odrzucili jako nieregulaminowe. Przez dwa lata uczyłem się więc w Pomaturalnej Szkole Reklamy w Mińsku Mazowieckim. Tam poznałem podstawy scenografii i wyposażenia wnętrz. Po dwóch latach zrobiłem już wszystko jak należy i dostałem się do Państwowej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu.

A zwierzęta, chociaż nie było ich na obrazach, to zawsze towarzyszyły mi w moim życiu. Miałem psy, gołębie, rybki akwariowe, a nawet białe myszki. Trzymałem je w terrarium, ale któregoś dnia pouciekały. Wszyscy ganiali je po całym domu i próbowali złapać.

Kolejnym etapem była grafika komputerowa?

Nie od razu. Najpierw była architektura wnętrz na ASP. Zrobiłem tam specjalizację ze scenografii i organizacji widowisk masowych. Dyplom robiłem z dekoracji imprez sportowych i z fotografii. Potem zatrudnili mnie jako głównego plastyka w zakładach Stilon. Przygoda z grafiką komputerową zaczęła się przez przypadek. Przez kilka lat wynajmowałem mieszkanie u pewnego komputerowca. Oczywiście komputery nie były takie jak teraz. Dzisiaj nawet telefon komórkowy ma większą moc od komputerów, na których zaczynałem. No i miały rozmiary pralki do prania. Zacząłem tworzyć grafiki na poważnie. Wtedy wiodący był program Corel. Wysyłałem prace na konkursy i czasem się kwalifikowałem na wystawy. Moje prace wisiały w Nowym Jorku i Ottawie. Wystaw było więcej. Brałem udział m.in. w Biennale Sztuki Sakralnej. Jeden z moich obrazków sakralnych dostał Prymas Polski kard. Józef Glemp podczas śniadania wielkanocnego, na które byliśmy z Alicją zaproszeni do Pałacu Prymasowskiego. W tym też czasie musiałem zrezygnować z malowania farbami. Okazało się bowiem, że byłem uczulony na oleje. Trafiłem nawet do szpitala z zatruciem tymi farbami. Została mi tylko grafika.

W międzyczasie zatrudnili mnie jeszcze w Gorzowie w Wyższej Szkole Informatycznej jako wykładowcę grafiki komputerowej i fotografii cyfrowej. Pracowałem tam 12 lat.

Grafika. Portret Ryszarda Bukańskiego z profilu

SPORTOWIEC

Sport zaczął Pan uprawiać dopiero na studiach w Poznaniu. I to nie łucznictwo, lecz tenis stołowy.

Do końca szkoły średniej w ogóle nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak środowisko sportowe dla osób z niepełnosprawnością. Zawsze bawiłem się z pełnosprawnymi dzieciakami. Nigdy mi nie dawano odczuć, że jestem osobą niepełnosprawną. Do mnie to nie docierało. Na studiach zacząłem się rozglądać za nowymi perspektywami. W zajęciach wojskowych nie uczestniczyłem, bo miałem kategorię E. Poszedłem m.in. do katedry wychowania fizycznego i tam mnie skierowali do poznańskiego START-u. Miałem tam uczestniczyć w zajęciach sportowych i w ten sposób zaliczać WF. Poszedłem. Wybrałem tenis stołowy i uprawiałem go przez 5 lat. Nawet dochrapałem się tytułu wicemistrza Polski. Tak zaczęło się moje sportowe życie.

Odnosił Pan sukcesy w tenisie stołowym, a teraz jest wielokrotnie odznaczanym trenerem parałucznictwa i dwukrotnym paralimpijczykiem, oraz zawodnikiem z medalami imprez międzynarodowych. Skąd się wzięło łucznictwo?

Z wyzwania. Byłem już po trzydziestce. Coraz gorzej się ruszałem. Pojechaliśmy na towarzyskie zawody międzynarodowe. Odbywały się w Bawarii. Pojechałem jako tenisista, a Marek Kantczak jako łucznik. Obaj jechaliśmy z Gorzowa, ale poznaliśmy się dopiero tam, w Niemczech, gdy umieścili nas w jednym pokoju. Marek namówił mnie na łucznictwo. Układ był taki, że go nauczę tenisa, on mnie strzelania z łuku, i zobaczymy, czy ja pokonam go w łucznictwie, czy on mnie w tenisie.

I jak to się skończyło?

Marek nie pokonał mnie w tenisie, a ja zostałem łucznikiem z osiągnięciami. Byłem szósty na paralimpiadzie w Sydney i jedenasty w Atenach. Zostałem indywidualnym wicemistrzem świata. Mam na swoim koncie siedem medali mistrzostw świata i Europy. W rankingu Polaków jestem czwarty.

Jakie było wtedy łucznictwo?

Inne. Na początku bardziej akcyjne. Wyłapywali zawodników po mistrzostwach Polski i wysyłali na różne zawody. Zresztą wtedy jeszcze Polska nie jeździła na żadne zawody światowej rangi, raczej trzymała się krajów demokracji ludowej. Później przeszliśmy pod START i IPC (International Paralympic Committee), i zaczęło się robić coraz bardziej profesjonalnie. Trenerem kadry osób niepełnosprawnych został Adam Pazdyka . Zaczęły się szkolenia, obozy. Mieliśmy trenera, który się na tym znał. Zaczęły pojawiać się medale. Szczerze mówiąc, przez 15 lat moich startów w kadrze ani razu nie wróciliśmy z zawodów międzynarodowych bez medalu. Teraz to się niestety zdarza, ale też poziom sportowy stale rośnie i można powiedzieć, że staje się porównywalny do sportu osób pełnosprawnych. Adam Pazdyka stworzył drużynę z czterech najlepszych zawodników w Polsce. Byli w niej: Ryszard Olejnik, Piotrek Sawicki, Tomek Leżański i ja. Strzelaliśmy w polskiej ekstralidze łuczniczej. Zdobyliśmy nawet brązowy medal, konkurując z zawodnikami pełnosprawnymi.

Małgorzata i Ryszard Olejnikowie, nasi mistrzowie paralimpijscy , opowiadają o trenowaniu i zgrupowaniach wiele anegdot. Na zgrupowania jeździli z małymi dziećmi, gotując kaszki i robiąc przecierki w pokoju w ośrodku. Czy Pan ma równie szalone wspomnienia z początków łucznictwa? Dla dzieci Gosi i Ryśka wszyscy zawodnicy byli wujkami i ciociami. Wszyscy się nimi opiekowali. Różne rzeczy się nam zdarzały. Pamiętam trening, gdy po szprychy staliśmy wózkami w wodzie. To wszystko nie miało znaczenia. Wszyscy się wspieraliśmy, byliśmy bliżej siebie. Być może nadal tak jest, ale jestem już poza kadrą i zajmuję się klubem. Nie mam wielu anegdot do opowiedzenia, bo funkcjonowałem w różnych światach. Byłem sportowcem, ale jednocześnie mocno angażowałem się w pracę twórczą. No i pracowałem na uczelni. Sport był ważny, stawał się coraz ważniejszy, ale nadal pozostawał światem dodatkowym.

TRENER

W tym świecie dodatkowym został Pan trenerem.

Pewnego razu trener Jan Lach zwrócił uwagę na to, jak dzieliłem się swoją wiedzą z Alicją [obecnie Alicja Bukańska , żona Ryszarda Bukańskiego, mistrzyni świata w parałucznictwie – IB], i powiedział: „Burykocie , zrób kurs instruktorski, masz zmysł pedagogiczny, innym łucznikom pomagasz, zostań trenerem”.

Burykocie?

Taki nick mam od dawna…

Zrobił Pan ten kurs?

Na sam kurs nie miałem czasu, ale pojechałem na egzaminy i zdałem eksternistycznie. Dwa lata później znowu do mnie zadzwonił pan Jan, i powiedział, że na AWF-ie w Krakowie są organizowane studia trenerskie z łucznictwa i widzi mnie tam. Było to kosztowne. Jeździłem do Krakowa, co dwa tygodnie przez dwa lata, ale skończyłem te studia. Zostałem oficjalnym trenerem w klubie i po jakimś czasie, gdy skończyłem pracę na uczelni, zostałem trenerem kadry.

Świat łuczniczy już wtedy dynamicznie się zmieniał, a Pan przeszedł od rywalizacji na łukach klasycznych do łuków bloczkowych.

Zawsze jestem gotowy, aby coś zmieniać. Nigdy nie umiałem się związać na stałe z niczym i nikim oprócz mojej żony. Gdy się nie dostałem na trzecią paralimpiadę, czyli do Pekinu, no to sobie powiedziałem, że trzeba kończyć z łukiem klasycznym, bo tu już nic nie zrobię. Zawsze uważałem, że łuk klasyczny jest dla młodych ludzi, którzy się szybko regenerują, a ja byłem już po czterdziestce.Przeszedłem na bloczkowy i zacząłem organizować łucznictwo bloczkowe niepełnosprawnych w Polsce. Zorganizowaliśmy pierwsze zawody w Kościerzynie i tak się złożyło, że zostałem pierwszym mistrzem Polski w łukach bloczkowych. Łatwo przechodzę do nowych rzeczy. Szukam nowości. Nadal tworzę artystycznie i staram się szukać nowych sposobów wyrażania siebie. Nie wpadam w rutynę. Nie mam takiego myślenia, że jak jestem w jakimś punkcie, to już w nim będę do końca życia. Trzeba szukać czegoś nowego.

I tak znalazł Pan Milenę Olszewską, która później dwukrotnie została brązową medalistką paralimpijską?

Milenę zacząłem trenować całkiem przypadkowo. Alicja była w Gorzowie Wielkopolskim pełnomocniczką ds. osób z niepełnosprawnością i organizowała seminarium na temat sportu tych osób. Milena akurat zaczynała studia pedagogiczne na PWSZ w Gorzowie. Najpierw one nawiązały ze sobą kontakt w sprawie tego seminarium. Wtedy Milena jeszcze nie uprawiała żadnego sportu. Namówiliśmy ją, żeby spróbowała z łukiem.

Zawsze tak robię, że nowemu człowiekowi daję prosty łuk bez oprzyrządowania. Tylko raz pokazuję, jak się powinno z niego strzelać. Stawiam osobę na 10 metrach i patrzę, co z tym zrobi. Efekty są różne. Miałem takich zawodników, którzy brali łuk, naciągali i strzelali same „żółtka” od razu. Wprawdzie tylko z 10 metrów, ale chodziło o to, czy czuli ten sport w naturalny sposób. Ludzie urodzeni do łucznictwa. Milenie ten pierwszy trening dobrze poszedł, kontynuowała treningi i po trzech latach miała już pierwszy międzynarodowy medal.

Milena chyba nieco inaczej zapamiętała tę pierwszą próbę. W jej opinii nie poszło jej wtedy najlepiej.

Tylko tak się jej wydawało. Wiadomo, że jak ktoś bierze pierwszy raz łuk do ręki, to nie będzie strzelał jak mistrz świata. Ja, jako doświadczony trener, widzę w każdym zawodniku coś, co mi daje nadzieję, że będzie dobrym łucznikiem. W Milenie od razu zobaczyłem potencjał, ale równie ważne były jej emocje. Ona nie traktowała przegranej obojętnie. Jej zależało. Wylała całe morze łez, a potem przekuło się to w medale.

Kilka lat po pierwszym treningu z Mileną został Pan trenerem kadry.

Tak. Zacząłem realizować to, czego mnie nauczyli. Uczyłem się od Jana Lacha, Adama Pazdyki, z książek i publikacji. Miałem kontakt z trenerami ukraińskimi, amerykańskimi, koreańskimi. Łykałem wiedzę jak pelikan, bo zawsze uważałem, że wiedzy nigdy dość. Zawsze też stałem na stanowisku, że w zawodniku trzeba widzieć jego niepełnosprawność, nie tylko sport. Jest taka szkoła Korean School Archery, według której się powinno szkolić zawodników. To najlepszy system treningowy, ale nie znaczy, że będzie się sprawdzał w środowisku niepełnosprawnych. Każdy ma inne ograniczenia neurologiczne, fizyczne, jakieś dolegliwości. Trzeba je brać pod uwagę. To, co może według tej szkoły zostałoby nazwane błędem, trzeba przekształcić w technikę indywidualną, i wtedy zadziała. U każdego zawodnika obserwowałem, które strzały mu wychodzą, a które nie. Staraliśmy się strzelać w sposób najlepszy dla jego fizyczności. Pełnosprawni trenerzy nie zawsze rozumieją niepełnosprawność łuczników. Do tego potrzeba kilku lat praktyki.

Czy to z myślą o nich napisał Pan książkę Łucznictwo osób niepełnosprawnych w Polsce 1994–2024, którą można uznać za przewodnik i zbiór wiedzy o parałucznictwie?

Nie wiem, czy stanie się ona przewodnikiem. Ta książka jest od początku do końca moim pomysłem. Z finansową pomocą klubu oraz zorganizowanej zrzutki i ze środków własnych wydałem 500 egzemplarzy. Wszystkie się rozeszły. Zostało kilka sztuk na pamiątkę. Miałem taką zasadę, że osobom niepełnosprawnym i działającym na rzecz sportu osób niepełnosprawnych wysyłałem ją za darmo. Dla innych czytelników była do kupienia. Wiem, że sporo osób przeczytało tę książkę od deski do deski. Rysiek Pacura, trener kadry paralimpijskiej, powiedział, że często z niej korzysta. A Pani korzysta z tej książki?

Tak. Bardzo często. Zawsze, gdy piszę tekst o parałucznictwie i potrzebuję archiwalnego wyniku, nazwiska i zrozumienia różnych procesów, sięgam po Pańską książkę. Dla mnie to źródło wiarygodnej, szczegółowej wiedzy do artykułów.

Wiele lat pracowałem na uczelni, ale starałem się nie pisać tak jak pracę naukową. Wszystko jest tu napisane prostym, zrozumiałym językiem. Dodałem dużo własnych ilustracji, projektów graficznych i zdjęć. Pisałem to 10 lat, skrupulatnie gromadząc statystyki, i nadal je zbieram, chociaż pewnie następnego wydania nie będzie. Wielu czytelników ucieszyło się z tej wiedzy. Kiedyś miałem dyskusję z Gosią Olejnik, którą prosiłem o coś do książki, a ona mnie przekonywała, że to nikomu niepotrzebne, bo już było dawno temu. A ja jej na to, że ludzka pamięć jest zawodna. Jeśli nie opiszemy tego, czego dokonaliśmy, to nasza historia zostanie zapomniana.

Zmiany w łucznictwie następują z szybkością lotu strzały. Łucznictwo z czasów Atlanty i medali Olejników to inna epoka niż medale Mileny Olszewskiej. Czy ma Pan jeszcze ochotę i ciekawość, by za tym nadążać?

Oczywiście. Nadal jestem trenerem w klubie i mam zawodników. Łucznictwo osób z niepełnosprawnościami mocno się sprofesjonalizowało. To wymaga nowoczesności, bo to, co było w latach 80. i 90. XX w., nie przystaje już do współczesnych czasów. Muszę i chcę być na bieżąco dla zawodników, którzy czasem podpytują i sprawdzają moją wiedzę. Po drugie, nadal strzelam. Mam taką umowę, że mogę startować w różnych zawodach, ale na mistrzostwach Polski nie mogę konkurować o medale ze swoimi zawodnikami. Cały czas się tego trzymam, bo zasada mi się podoba. Nie twierdzę, że bym wygrał np. z moim Andrzejem Skrajnym [aktualny mistrz Polski w łuku bloczkowym – IB], ale na pewno nie byłbym ostatni. Obydwoje z Alicją jesteśmy po siedemdziesiątce, ale dalej jeździmy sobie postrzelać.

Autoportret z odznaką Invictusa

TRENER WETERANÓW

W swoim dorobku trenerskim ma Pan również medale z Invictus Games (IG). Jak Pan został trenerem weteranów rannych na misjach?

Moje zaskoczenie było ogromne, gdy któregoś zimowego dnia w 2017 r. zadzwonił człowiek w randze pułkownika z Ministerstwa Obrony Narodowej z propozycją objęcia kadry łuczników Invictus Games. Trochę się bałem, bo wojskowe środowisko było dla mnie całkiem obce. Dali mi 24 godziny na decyzję. Skonsultowałem ten pomysł z Alicją i przyjacielem, a miesiąc później byłem już na pierwszym zgrupowaniu. I to była bardzo dobra decyzja.

Podejrzewam jednak, że zanim doszliście do etapu medali, mieliście też trudniejsze chwile. Weterani to twardzi ludzie z zasadami, trudnymi przeżyciami za sobą, i niełatwo się otwierają na innych.

Na początku było troszeczkę dziwnie, ale przede wszystkim poznałem tam bardzo fajnych ludzi, którzy kiedyś byli zdrowi, silni, a potem życie im się załamało. To naprawdę twardziele. Można brać z nich przykład. Wykonaliśmy solidną pracę. Byli gotowi, by trenować, pracować. Musieliśmy się tylko dotrzeć na początku. Cywil kontra wojskowi. Nie od razu zobaczyli w tym potencjał do współpracy, były trudności komunikacyjne. Po rozmowie z pułkownikiem (szefem Invictus Games) i za jego radą ustawiłem zawodników w szeregu i powiedziałem: „Panowie, musimy sobie pewne sprawy wyjaśnić. Ja z racji wieku będę mówił do Was po imieniu dla ułatwienia kontaktu, ale dla Was nie jestem żaden Rysiu-Pysiu. Jestem dla Was: Pan Trener, i bezwzględnie należy wykonywać moje polecenia. Komu to nie pasuje, może odejść”. I to wystarczyło. Od tego czasu była tylko praca łucznicza.

Mieliście na nią mało czasu. W zależności od edycji to jakieś 1,5 roku przygotowań od kanapy do medalu.

Od 1,5 roku do 2 lat. Jednak w łucznictwie Invictusa są dwie kategorie. Pierwsza to novice . Trafiają tu łucznicy, którzy strzelają mniej niż rok, ale są też zawodnicy z większym doświadczeniem i oni startują w klasycznych, konkurencjach łuczniczych. Naukę zaczęliśmy od początku. Co dwa miesiące jeździliśmy na tygodniowe, dwutygodniowe obozy. Oni byli bardzo zdyscyplinowani, a ja śledziłem i analizowałem oraz porównywałem wyniki ze świata. Wiedziałem, jaki poziom trzeba uzyskać, i dążyliśmy do tego. Oczywiście trening to nie to samo co zawody, dlatego robiłem wszystko, żeby startowali na różnych turniejach łuczniczych w Polsce. Rywalizowali z pełnosprawnymi łucznikami. Widziałem, że nie mają w zwyczaju się poddawać. Byłem pewien, że mogą sięgać po medale. W trzech edycjach Invictusa zdobyliśmy cztery medale. Złoty, dwa srebrne i jeden brązowy. To był dobry okres. I kolejne potwierdzenie, że stale trzeba szukać czegoś nowego, żeby się nie zastać. Oni nauczyli się czegoś ode mnie, a ja też wiele od nich. Zrozumiałem, jak ważne są dla nich wartości patriotyczne, że z dumą reprezentują barwy narodowe. Poznałem ich historie, z niektórymi znam się dobrze do dzisiaj.

Ostatnio jeden z uczestników Invictusa, Rafał Korzeniewski, powiedział mi, że weterani często zostają przy dyscyplinie, którą uprawiali w IG i dalej się w niej rozwijają. Ma Pan takie doświadczenia? Ktoś się zapalił do łucznictwa?

Oczywiście. Przykładem może być Andrzej Skrajny. Teraz to nasz czołowy łucznik. Poznaliśmy się w czasie przygotowań. W klubie w Gorzowie mam czterech Invictusów . Dwóch kolejnych strzela w Krakowie. Wszyscy dobrze sobie radzą.

CZŁOWIEK

A jak pan poznał panią Alicję? Był Pan jej trenerem?

Trenerem to później, i powiem, że najgorzej trenuje się własną żonę. Alicja to specyficzny typ zawodniczki. W przeciwieństwie do Mileny, która jest typem wojownika, Alicja jest typem technika. Bardzo poukładana, pedantyczna. Pozostaje nadal jedyną polską indywidualną mistrzynią świata. Po ten tytuł sięgnęła dwukrotnie. W 2003 r. w Madrycie i w 2007 r. w Cheongju. Jest po Politechnice Szczecińskiej, ale została artystką i pracowała jako nauczycielka plastyki. Mamy ze sobą wiele wspólnego, uzupełniamy się. Alicja robi piękne tkaniny i teraz na 50-lecie klubu szykuje się wystawa naszych prac artystycznych.

A wracając do pytania: poznaliśmy się na treningu. Na początku nic się nie działo. Potem od słowa do słowa nasza znajomość się rozwijała. Rozwinęła się bardziej na zawodach we Włoszech. Adam Pazdyka dzielił pokoje. Miał nieparzystą liczbę osób i pokoje dwuosobowe. Uznał, że skoro się mamy ku sobie, to zamieszkamy razem. Skorzystaliśmy z tej okoliczności. W sylwestra 1998 r. wzięliśmy ślub. Lepiej trafić nie mogłem. Miałem 43 lata i znalazłem swoją drugą połówkę. Dużo nas łączy, dużo ze sobą rozmawiamy. Nigdy nie brakuje nam tematów. Nie kłócimy się, co najwyżej o coś się posprzeczamy.

Co Pan ma teraz w planach? Bo rozumiem, że nadal patrzy Pan do przodu.

Oczywiście, że tak. Kiedyś usłyszałem w serialu taką myśl, że człowiek nie mądrzeje i się nie zmienia, tylko się starzeje. Wiek to liczba. Ja go nie czuję. Oczywiście, że jakieś tam dolegliwości odczuwam, ale mam plany. W tym roku zadzwonili do mnie z Polskiego Związku Łuczniczego, żebym dołączył do komisji ds. łucznictwa niepełnosprawnych. Zależy mi na rozwoju łucznictwa, ale na początku trochę się broniłem. Alicja wkroczyła do akcji i powiedziała, że będę tym doradcą, i tak oto mam następny obszar działalności. Jestem otwarty na możliwości, ale teraz w roli działacza sportowego. Na koniec mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że czuję się spełnionym zawodnikiem, trenerem i działaczem. Wraz ze swoimi zawodnikami zdobyłem 34 medale międzynarodowe: igrzysk paralimpijskich, mistrzostw świata, mistrzostw Europy oraz Invictus Games.

Gratuluję i dziękuję za rozmowę.

 

Tekst łatwy do czytania ETR

Tekst opowiada o Ryszardzie Bukańskim i jego długim życiu.

Ryszard jest artystą, sportowcem, trenerem i autorem książki.

Od dziecka żyje z niepełnosprawnością po ciężkiej chorobie.

Kiedy był mały, w szpitalu zaczął dużo rysować kredkami.

Rysowanie pomogło mu odkryć talent i własną drogę w życiu.

Później ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Poznaniu.

Tworzył scenografie, fotografie, grafiki komputerowe i projekty.

Jego prace pokazywano na wystawach w różnych krajach.

Przez wiele lat uczył grafiki komputerowej i fotografii cyfrowej.

Sport odkrył na studiach, kiedy szukał zajęć z wychowania fizycznego.

Najpierw trenował tenis stołowy i robił to przez pięć lat.

Został wicemistrzem Polski w tenisie stołowym.

Później kolega zachęcił go do strzelania z łuku.

Tak zaczęła się jego długa droga w parałucznictwie.

Ryszard startował na igrzyskach paralimpijskich w Sydney i Atenach.

Zdobył medale mistrzostw świata i mistrzostw Europy.

Po latach został trenerem i prowadził innych łuczników.

Trenował żonę Alicję, która została mistrzynią świata.

Trenował też Milenę Olszewską, medalistkę paralimpijską.

Uważa, że trener musi widzieć całego człowieka i jego potrzeby.

Nie wystarczy patrzeć tylko na wynik i technikę strzału.

Trzeba znać ciało, ograniczenia i mocne strony zawodnika.

Ryszard Bukański trenował także rannych weteranów wojennych,

czyli dawnych żołnierzy z misji.

Z nimi zdobył cztery medale podczas zawodów Invictus Games.

Tekst pokazuje osobę, która nadal się uczy, działa i pomaga inny

 

Artykuł pochodzi z numeru 4/2026 magazynu „Integracja”. 

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.