Na przełomie maja i czerwca 2025 r. wybraliśmy się z Alicją do Londynu. Była to dla mnie wyjątkowa podróż z dwóch względów: pierwszy raz byłem na Wyspach, ale też pierwszy raz leciałem samolotem. Pewnie większość z Was była w Anglii, a do tego Londyn to ikonicznie miasto i każdy widział je na setkach zdjęć i scen z filmów. Po co więc opisywać ten wyjazd? Wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie i znalazłem powód. Opiszę wycieczkę z mojej nietypowej perspektywy – osoby słabowidzącej.
Sobota Lotnisko
Około 3:30 byliśmy już w hali odlotów, choć nasz lot był dopiero o 6:00. Chcieliśmy przejść przez pierwsze bramki, jednak się okazało, że system nie przyjmował jeszcze biletów. Pracownicy poinformowali nas, że od 4:00 wszystko powinno działać. Od wielu lat słyszałem, że na lotnisku trzeba być około 2 godzin przed odlotem, i rzeczywiście to się sprawdziło. Kilka minut później byliśmy już w strefie bezcłowej; kontrola bezpieczeństwa przebiegła bardzo sprawnie. Od wejścia trzymałem w ręku białą laskę (używam sygnalizacyjnej), na wszelki wypadek. Panowie poprosili nas, aby wyjąć wszystko z kieszeni i zdjąć kurtki, włożyłem więc rzeczy do pudełka, złożoną laskę również. O dziwo, nie musiałem zdejmować butów ani nawet łańcuszka.
Strefa bezcłowa była dość mała, więc znaleźliśmy dystrybutor wody (tu mała wskazówka – na wielu lotniskach takowe występują, więc do kontroli bezpieczeństwa bierze się pustą butelkę i napełnia za darmo). Mimo wszystko miałem pewne wątpliwości co do jej jakości, dlatego wziąłem butelkę z filtrem. Miłym zaskoczeniem okazał się fakt, że zapowiedzi lotów są czytane przez syntezator mowy, tzw. gadaczkę. Tak, wiem, że raczej nie ma takiego słowa, a nawet jeśli, to nie powinno być użyte w tym kontekście, ale jest używane w „żargonie” osób niewidomych i słabowidzących.
Około 5:00 odbyliśmy kontrolę paszportową; również przebiegła bardzo sprawnie, niemal automatycznie. Pracownik pomógł mi umieścić paszport na skanerze, po czym powiedział, kiedy mam się zatrzymać przed urządzeniem skanującym twarz. W zasadzie musiałem tylko stać prosto i patrzeć przed siebie, a po potwierdzeniu zgodności otwierała się bramka.
Przed lotem
Około 20 minut później zapowiedziano nasz lot. Ustawiliśmy się w kolejce do wyjścia i sznureczek pasażerów powoli się przesuwał. Kiedy nadeszła nasza kolej na zeskanowanie biletów, podeszliśmy do stewardesy i zapytaliśmy, czy możemy dostać miejsca obok siebie. Ryanair każe sobie dopłacać za wybór miejsc (i to całkiem sporo), a my nie chcieliśmy dopłacać do biletów, skoro siedzenie koło siebie wynika nie z naszego widzimisię, ale z potrzeby. Przy zakupie biletu zaznaczaliśmy wszelkie informacje o niepełnosprawności. Pani z obsługi powiedziała: „Szkoda, że nie zgłosili państwo tego na odprawie, wtedy bez problemu byśmy zamienili miejsca”. Odparliśmy, że nie wiedzieliśmy o takiej opcji, pracownik Ryanaira na czacie nie udzielił nam żadnych informacji, a na stronie firmy nie było napisane, co zrobić w takiej sytuacji. Poza tym zrobiliśmy odprawę online dzień przed wylotem. Stewardesa poradziła, aby poinformować załogę na pokładzie i raczej nie będzie problemu, a ostatecznie zamienimy się z jakimś pasażerem. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy na płytę lotniska.
Lot
Czekał na nas Boeing 737-800. Pasażerowie pięli się na pokład i w końcu przyszła nasza kolej. Schody były dość strome, ale szło się dobrze. W środku zgłosiliśmy załodze prośbę o możliwość zajęcia miejsc koło siebie. Jak się domyślacie, w samolocie wąskokadłubowym nie ma zbyt wiele miejsca, więc nieopatrznie zatarasowałem wejście do kabiny drugiemu pilotowi. Miałem też bliskie spotkanie z samolotem: gdy doszliśmy do właściwego rzędu i już wchodziłem, aby zająć miejsce przy oknie, nie pomyślałem, że trzeba się schylić, i uderzyłem się o schowek na walizki. Jakoś sam ogarnąłem pasy, włożyłem plecak pod siedzenie i zacząłem robić zdjęcia, choć wewnętrzna szyba była trochę porysowana. Nic to.
Po chwili nadeszła pasażerka, która powinna siedzieć obok mnie, i po krótkim wyjaśnieniu naszej sytuacji bez żadnego problemu się przesiadła. To naprawdę uczy, jak ważna jest rozmowa. Firma może ma dziwne procedury, może nie skoordynowała doboru miejsc w przypadku osób niepełnosprawnych, ale wystarczyło chwilę porozmawiać i wszystko się udało.
Przywitano nas grzecznie, przedstawiono instrukcję bezpieczeństwa i samolot zgodnie z planem zaczął kołować. Chciałem – rzecz jasna – nagrać swój pierwszy start, bo pora ku temu była wręcz idealna. Maszyna ustawiła się na pasie... i ruszyła. Nagłe przyspieszenie trochę wbiło mnie w fotel, zacząłem czuć lekką adrenalinę i... po chwili byliśmy w powietrzu. Samolot piął się w górę pod dość sporym kątem. Nie czułem strachu, chłonąłem widoki zza okna. Niebo było czyste, a warstwa chmur pojawiła się dopiero na dużej wysokości. Gdy przebiliśmy się przez nią, po prostu zaniemówiłem – lecieliśmy nad chmurami, wokoło był czysty, nieskończony błękit, a pod nami szczelna warstwa białych obłoków – niczym morze waty.
Znałem instrukcję bezpieczeństwa, myślę jednak, że osoba słabowidząca albo niewidoma miałaby kłopoty z przyswojeniem podawanych informacji, więc należałoby poprosić kogoś z załogi o przedstawienie ich indywidualnie. Może to zrobić też osoba, z którą się leci, i wytłumaczyć, gdzie jest kamizelka ratunkowa, gdzie wypadnie maska tlenowa, opisać drogi ewakuacji w przypadku lądowania awaryjnego na lądzie i w wodzie. To nie jest skomplikowane, a zasady warto znać. Nie widziałem lampki, która wskazywała, kiedy można odpiąć pasy i iść do toalety. Nie radzę odpinać ich w innym celu, bo nie przeszkadzają, a w razie niespodziewanych turbulencji skutecznie chronią.
Żeby jednak nie było tak kolorowo, to powiedziałbym, że w sumie to taki podniebny... PKS. Z całym szacunkiem do firmy lotniczej, ale przyznacie sami: po pierwsze, Ryanair to tania linia lotnicza, po drugie, w środku trochę buczy (nie jest to bardzo głośne, ale cały czas słychać silniki), po trzecie, szyby były trochę porysowane, a po czwarte, samolotem trochę trzęsło. Nie były to turbulencje, lecz na skutek ruchów powietrza czułem się trochę jak w czasie jazdy po lekko wyboistej drodze. Były momenty, że maszyna sunęła gładko, ale stosunkowo często miewała lekkie drgania, a ja czułem się, jakbym jechał do szkoły starym dobrym Autosanem.
Gdy zniżaliśmy pułap lotu, nad Anglią pojawiło się więcej chmur. Przy podchodzeniu do lądowania czułem trochę więcej przeciążeń niż przy starcie. Nie miałem porównania, ale moja towarzyszka podróży oceniła, że lądowanie było w porządku. Przybyliśmy około 10 minut przed czasem, więc w dobrych nastrojach zaczęliśmy szykować się do wyjścia.
Nietypowe przywitanie
Na Stansted było ciepło i słonecznie. Ruszyliśmy za tłumem do odprawy paszportowej. Pamiętam, że szliśmy jakimiś korytarzami, były też schody w tym sporym obiekcie i nie wyobrażam sobie, by poruszać się tam samemu, choć z samolotu do hali mieliśmy parę kroków. Przy bramkach bramkach zgarnęła nas pani z obsługi. Nie zrozumiałem dokładnie, o co chodziło, ale o coś związanego ze zgłoszoną asystą. Sytuacja była dość zaskakująca, bo wprawdzie zaznaczaliśmy na bilecie, że leci osoba niepełnosprawna, ale nie braliśmy asysty na lotnisku, bo byłem z przewodnikiem. Zresztą, czy asysta nie powinna przyjść na płytę już przed startem? Dodam, że stewardesy informowały, iż do tylnego wyjścia podjedzie winda. Nie wiem, czy to było specjalnie dla mnie, ale odpowiedziałem, że nie mam potrzeby z niej korzystać i zejdę schodami.
Przy bramce przywitała nas celniczka, poprosiła o paszporty i zaczęła zadawać pytania. W miarę ją rozumiałem, ale Alicja zna znacznie lepiej angielski (do tego dochodziła u mnie lekka dezorientacja i skutek niewyspania, więc jej pozostawiłem całą rozmowę). Celniczka pytała standardowo: po co przyjechaliśmy, czy mieszkamy lub pracujemy w Wielkiej Brytanii, czy mamy bilety powrotne? Po czym padło pytanie, czy mamy ETA? Nie mieliśmy pojęcia, co to jest, więc wyjaśniła, że chodzi o Electronic Travel Authorisation (Elektroniczna Autoryzacja Podróży) – to taki system, który ma na celu zwiększyć bezpieczeństwo itp., itd. Generalnie jest powiązany z numerem paszportu. W internecie wyczytałem, że to nie wiza, ale uproszczony wniosek i obowiązuje od 2 kwietnia 2025 r. Celniczka powiedziała też, że ETA kosztuje około 15 funtów i jest ważna 2 lata (trochę się pomyliła, bo kosztuje 16 funtów). Dodała również, że następnym razem mogą nas po prostu nie wpuścić na pokład samolotu już w Polsce, bo ETA jest połączona z naszymi paszportami.
Nie wiem, czy maj był miesiącem buforowym, gdy wdrażano jeszcze ten system, ale z wejściem na pokład samolotu w Polsce nie mieliśmy żadnych problemów. Po chwili strachu celniczka oddała nam paszporty i usłyszeliśmy: Welcome to Great Britain.
Ruszamy do Londynu
Dotarliśmy do stanowisk autobusów National Express przylegających do lotniska. Dojazd pociągiem byłby szybszy, ale zapłaciliśmy 17 funtów od osoby, a pociąg byłby jakieś dwa razy droższy. Autokar był komfortowy, dość szybko zasnąłem po nieco ponad dobie na nogach.
Obudziłem się przed Pałacem Westminster, który z perspektywy mostu na Tamizie wyglądał niesamowicie. Z autokaru wysiedliśmy przy Victoria Station. Musieliśmy kawałek obejść dworzec, aby wejść do środka, gdzie towarzyszyły nam tłumy.

Zauważyłem ciekawą rzecz: w wielu miejscach, szczególnie na węższych ulicach, nie było typowych pasów, lecz przejścia dla pieszych zaznaczone taką „ramką” z białych kwadracików. Najciekawsze jednak były duże napisy przed przejściem, informujące, w którą stronę powinniśmy spojrzeć lub jeśli trzeba było – że musimy patrzeć w obie strony. To jest świetne rozwiązanie nie tylko dla turystów, ale też dla zabieganych, zapatrzonych w ekrany smartfonów mieszkańców miasta. Zauważyłem ponadto, że nie słychać było udźwiękowienia świateł na pasach. Zdziwiło mnie, że tak duże miasto nie przystosowało infrastruktury do potrzeb osób niewidomych. Gdy poszperałem trochę w necie, okazało się, że na większości przejść pod skrzyneczkami z przyciskiem do zmiany światła znajduje się specjalny mały stożek, który gdy się obraca, oznacza, że jest czerwone. W ten sposób osoby niewidome mogą wyczuć zmianę światła. Wydaje się to ciekawym pomysłem, choć nie wiedziałem o nim wcześniej.
Londyn wydaje mi się nieprzyjaznym miejscem do mieszkania dla osoby z niepełnosprawnością wzroku. Nie zrozumcie mnie źle, bo przed chwilą chwaliłem niektóre rozwiązania i przez cały pobyt w tym mieście czułem się bezpiecznie. Jest to jednak ogromna metropolia, a jej sieć metra wygląda jak pajęczyna. Gdyby nawet nauczyć się detali wszystkich linii na pamięć, to jest tak dużo stacji, peronów, przejść, zakamarków, że nie wyobrażam sobie samodzielnie egzystować tu na co dzień.
W pięknie przeszklonym ogromnym budynku dworca Victoria Station szukaliśmy czegoś na śniadanie, a w grę wchodził raczej fast food (nie jest to zdrowe, ale nasza wycieczka była budżetowa). Zamówiliśmy w Burger Kingu małego burgera i kawę za około 10 funtów, co troszkę mnie zdziwiło, ale cóż – należało się z tym liczyć. Następnie spacerem doszliśmy pod Pałac Buckingham, gdzie akurat miała się odbywać jakaś uroczystość, więc teren był dodatkowo ogrodzony. Doszliśmy przed same barierki i choć nic się tam nie działo, to usłyszałem coś o strzelaniu, a że boję się wszelkich huków, to przekonałem Alicję, abyśmy się jednak stamtąd oddalili.

Usiedliśmy na ławce w pałacowym parku, aby chwilę odpocząć. Było bardzo ciepło, około 27°C. Ludzie spacerowali, jeździli rowerami, nie było słychać miejskiego zgiełku – aż tu nagle... pojawiła się wiewiórka. Ale szara – nie wiem, czy takie u nas występują. Nie bała się, przemykała koło nas. Alicja wyjaśniła mi, że są one tu na wpół oswojone, czemu nie ma się co dziwić, bo w dużym parku w środku miasta mnóstwo ludzi może je dokarmiać. W Polsce wiewiórki są dla mnie praktycznie niewidoczne, mimo że mieszkam na wsi.
Kolejnym punktem naszej wycieczki było Piccadilly Circus z mijanymi po drodze salonami Porsche i Ferrari. Zrobiły na mnie wrażenie, podobnie jak taksówki i czerwone autobusy, tłumy i miasto tętniące życiem.

Ruszyliśmy dalej na Leicester Square, gdzie zrobiłem fotkę rzeźbie Harry’ego Pottera. Byliśmy świadkami zamknięcia przez policję jednego ze skrzyżowań, aby konie mogły przejść, a na nich, rzecz jasna, przejechać kawaleria. Widocznie uroczystość w Buckingham Palace dobiegła końca. Przy okazji przekonałem się, że okropne są sygnały pojazdów ratunkowych w Anglii. Brzmią nienaturalnie, wręcz psychodelicznie, jakby miały ciągły przester.
Przy Leicester Square znajduje się jeden z największych sklepów Lego na świecie, więc nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności, by zobaczyć kilka instalacji z Lego, a wśród nich m.in. Astona Martina Jamesa Bonda, Big Bena, Harry’ego Pottera, Szekspira... Oczywiście było tam mnóstwo zestawów z różnych serii, ceny spoko, ale ograniczał mnie bagaż. Świetną opcją była możliwość stworzenia własnej figurki (trzech elementów za pięć funtów). Wybraliśmy twarz, strój i akcesoria. Kupiłem jeszcze małego double-deckera (to ten piętrowy czerwony autobus) za 8 funtów. Odwiedzenie takiego sklepu to niezapomniane przeżycie.

Udaliśmy się metrem na Baker Street, choć jak wspomniałem, nie dałbym sobie rady sam z tą plątaniną połączeń. Chcę przy tym rozwiązanie polegające na tym, że do metra prowadzą takie bramki, przy których nie musimy kupować biletu, a odbijamy jedynie kartę płatniczą lub jakąś kartę miejską – ja używałem funkcji Apple Pay w telefonie, na którym miałem kartę z Revoluta – przez cały czas działajacą bez problemu. Przy wyjściu również są bramki i też przykładamy tam kartę, ale tylko do weryfikacji, bez opłaty.
Dodam jeszcze, że na wszelki wypadek wymieniłem sobie zawczasu złotówki na funty. Opłaty za transport są w Londynie świetnie rozwiązane, bilet do metra kosztuje chyba 3 funty, na autobus ok. 1,50, ale za cały dzień jazdy po mieście zapłacimy około 9 funtów. W pociągu oczywiście była „gadaczka”, ale zdziwiło mnie, że jest tam strasznie głośno. Nie pamiętam, czy metro w Pradze i Warszawie ma tak wysoki poziom hałasu. Wychodząc ze stacji, szybko zapomniałem o nadwyżce decybeli. Już na peronie przywitały nas mozaiki z podobiznami jednego z moich ulubionych bohaterów – słynnego detektywa Sherlocka Holmesa. Po wyjściu na powierzchnię ujrzeliśmy jego pomnik postawiony w 1999 r. Na Baker Street 221b, tam, gdzie mieszkał Holmes, znajduje się jego muzeum. Zaszliśmy tam, ale wstęp kosztował 20 funtów, a my byliśmy nadal z bagażem, trochę już zmęczeni, więc poprzestaliśmy na wizycie w sklepiku z pamiątkami. Było tu mnóstwo ciekawych gadżetów, choć sporo kosztowały. Spodobały mi się dwie książki, lecz odpuściłem sobie zakup głównie ze względu na bagaż (później jednak zamówiłem je przez internet). Co ciekawe, jedna z pozycji Sherlock Holmes Museum wydana jest również w języku polskim i dostępna w księgarniach. Bądź jak Sherlock Holmes, bo o niej mowa, to książka, w której macie do rozwiązania trzy zagadki (podobno trudne). Wydaje się to nie lada gratką dla miłośników serii. Mam oczywiście to polskie wydanie.

Chciałem kupić jakieś pamiątki, więc poszliśmy kawałek dalej, gdzie zwyczajnie były tańsze. Nadszedł czas, aby udać się na kwaterę – tym razem double - deckerem. To była moja pierwsza przejażdżka nim, i od razu na górze. Usiedliśmy w pierwszym rzędzie, więc mieliśmy świetny widok.
Wynajęliśmy przez Airbnb pokój w mieszkaniu niejakiego Steviego, w dzielnicy South Hampstead. Na osiedlu zobaczyłem bloki charakterystyczne dla Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych – do tej pory znane mi tylko z filmów – z zewnętrzną metalową klatką schodową i wejściem od kuchni. W mieszkaniu Steviego sprzątano regularnie, warunki były w normie, pościel czysta, choć zauważyliśmy trochę niedociągnięć. Najważniejszą rolę grała tu jednak cena – była to najtańsza sensowna opcja, jaką znaleźliśmy, więc nie było na co narzekać. Ciekawostką dla mnie okazało się to, że okna uchylały się na zewnątrz.
Czy w czasie odpoczynku w mieszkaniu może się zdarzyć jakaś przygoda? Otóż mnie jak najbardziej! Ogarniałem się do snu i wyjąłem protezę oka, aby ją przemyć. I co się stało? Wyślizgnęła mi się z rąk i wpadła do umywalki, w której oczywiście brakowało sitka zasłaniającego odpływ. Pobiegłem po Alicję, która odkręciła syfon i spośród – nomen omen – syfu, wydobyła moją zgubę. Byłem jej nad wyraz wdzięczny, że odzyskałem protezę, ale bardzo, bardzo długo i dokładnie ją potem czyściłem.
Wieczorem odwiedziliśmy King’s Cross Station, niesamowity sklep Harry’ego Pottera i oczywiście peron 9 i 3/4. W sklepie było mnóstwo filmowych gadżetów, ale ceny raczej z tych wyższych. Sprzedawca dał mi różdżkę Harry’ego i wtedy na serio poczułem się jak u Ollivandra. Kupiłbym ją, a najchętniej pół sklepu, ale jedną rzecz musiałem nabyć: wielką czekoladową żabę z kartami. Kosztowała około 16 funtów, lecz była naprawdę duża i w ładnej metalowej puszce (czekolada też dobra). Na peronie można sobie zrobić za jedyne 20 funtów zdjęcie przy wózku, który znika w ścianie. Tu moja niepełnosprawność okazała się zbawienna, gdyż pracujący tam panowie nie dość, że wpuścili nas za darmo, to jeszcze bez kolejki. Było mi trochę głupio i chyba tak właśnie wyszedłem na zdjęciu, ale mimo wszystko jestem za to bardzo wdzięczny, bo za mną kolejne niesamowite przeżycie tego dnia.

Niedziela
Dzień zaczęliśmy od śniadania w niezwykle klimatycznej kawiarni RoseMary. Świetny omlet z czarną kawą kosztował około 13 funtów, więc nie było źle. Następnie metrem udaliśmy się do The British Museum, gdzie jest mnóstwo skarbów z całego świata z czasów historii kolonialnej imperium brytyjskiego.
Wstęp był darmowy. Nie wiem, czy istniała opcja wycieczki z przewodnikiem, ale nam odpowiadało samodzielne zwiedzanie. Dość niesympatyczne wydawały mi się pomniki ze starożytnego Egiptu. Nie wiem dlaczego, ale wzbudzały niepokój. Poza tym w obiekcie było duszno, co być może wynikało z wieku budynku albo po prostu słabej wentylacji.
Drugi punkt niedzielnej wycieczki okazał się dla mnie bardziej interesujący – zaliczyliśmy Natural History Museum. Budynek już z zewnątrz zrobił wrażenie, a w środku naszym oczom ukazał się ogromny szkielet płetwala błękitnego. Było tu mnóstwo innych szkieletów – od dinozaurów po zwierzęta domowe. Bardzo ciekawa okazała się galeria poświęcona minerałom z wieloma tematycznymi ekspozycjami. Największe wrażenie wywarł skarbiec, gdzie wystawiono najcenniejsze eksponaty ze złota i kamieni szlachetnych. Wisienką na torcie okazała się piramida z 296 naturalnych, różnokolorowych diamentów. Coś niesamowitego!

Mam sporo zdjęć i jeszcze więcej wspomnień, ale nie będę tu wszystkiego opisywał, tylko zachęcam wszystkich do samodzielnego obejrzenia tych zbiorów, nawet bez wychodzenia z domu, ponieważ oba muzea oferują zwiedzanie wirtualne.
Przypomnę raz jeszcze, że wstęp do narodowych muzeów w Wielkiej Brytanii jest darmowy, choć czytałem, że od 2026 r. trzeba rezerwować bilet online na konkretną godzinę. My weszliśmy z ulicy. Może ponownie zadziałała biała laska, bo w którymś z muzeów ochrona wpuściła nas bocznym wejściem i tylko raz panowie zajrzeli mi do plecaka – co oczywiście nie jest standardową procedurą bezpieczeństwa.
Po obiedzie postanowiliśmy jeszcze zahaczyć o Big Bena i przy okazji pospacerować przy Tamizie. Nadeszło trochę chmur, ale nadal było ciepło i przyjemnie. Nie muszę kolejny raz wspominać, że w centrum był niebotyczny tłum. Mimo to daliśmy radę zrobić parę ciekawych fotek, a potem pozostały już tylko szybkie zakupy i powrót na kwaterę.
Poniedziałek
Śniadanie zjedliśmy – a jakże – w RoseMary, po czym ruszyliśmy do metra. Pierwszymi punktami na naszej trasie były słynne Tower of London i Tower Bridge, oczywiście z zewnątrz, bo raz, że bilety drogie, a dwa – o ile pamiętam – trzeba było rezerwować je z wyprzedzeniem. Przy okazji zahaczyliśmy o Tower Hill Sundail, czyli dosyć znany zegar słoneczny stojący przy stacji metra. Spacerem doszliśmy do katedry św. Pawła. Ten barokowy budynek wywarł niemałe wrażenie jest jednym z symboli Londynu, który warto zobaczyć choćby tylko z zewnątrz.

Kolejnym punktem był Camden Market, a właściwie tętniąca życiem Camden High Street. Cały dzień spacerowaliśmy i przy okazji nabyliśmy trochę pamiątek. Następnie skoczyliśmy na małe zakupy, ale za to do ogromnego sklepu Primark na Oxford Street. Później z Charing Cross poszliśmy na Trafalgar Square, gdzie przywitała nas ogromna Kolumna Nelsona ze słynnymi lwami u podstawy i z tabliczką zakazującą siadania na te lwy. Głównym punktem naszego spaceru był jednak klasycystyczny budynek znajdujący się za kolumną, czyli National Gallery – słynna galeria sztuki, w której obrazy wielu mistrzów można oglądać godzinami. Warto tam zajrzeć, a po raz kolejny zrobić to już online.
Ostatnim punktem na poniedziałkowej mapie Londynu było wzgórze Primrose Hill. Było to doskonałe zwieńczenie wycieczki. Idealna pogoda pozwoliła nam cieszyć się zachodem słońca i cudownym widokiem na panoramę miasta, którym w zasadzie je żegnaliśmy, bo nazajutrz pozostał tylko wyjazd. Wzgórze leży w Królewskim Parku (The Regent’s Park), a na jego zboczu posadzono Dąb Szekspira – drzewo upamiętniające rocznicę urodzin pisarza.

Wtorek
W pakiecie dostaliśmy trochę angielskiej pogody: temperatura spadła o kilka stopni, zrobiło się pochmurno i zaczęło kropić. Nie przejmowaliśmy się tym zbytnio, bo i tak większość dnia spędziliśmy w pomieszczeniach. Około 10:30 ruszyliśmy na lotnisko, ponownie National Expressem. Dopiero teraz mogłem się przyjrzeć, jak duże jest Stansted, do którego dotarliśmy z zapasem czasu. Kolejka była spora. Przy kontroli czekała na nas kolejna niespodzianka. Pracownicy byli uprzejmi, a gdy zobaczyli, że idę z białą laską, udzielali mi niezbędnej pomocy: ustawili mnie odpowiednio przy skanerze itd.
Szczególnie zapamiętałem młodego celnika, który pomógł mi ustawić się na skanerze sprawdzającym moje buty. W każdym zdaniu zwracał się do mnie sir, co było miłe, ale bardzo zaskoczyła mnie ta kurtuazja.
Wracając do niespodzianki: czekałem na swój bagaż, a przy mnie cały czas stał pracownik i przecierał papierkiem mój plecak. Później się dowiedziałem, że wykrywa on substancje mogące być użyte w materiałach wybuchowych. Po chwili wyciągnął z plecaka jedną rzecz, którą również przecierał tym papierkiem. Zgadnijcie, co to było? Czekoladowa żaba z Harry’ego Pottera! Chciało mi się śmiać, że ta niepozorna pamiątka wzbudziła takie podejrzenie.
Po kontroli mieliśmy jeszcze chwilę, pokręciliśmy się więc po strefie bezcłowej i skierowaliśmy do naszego gate’u. Co ciekawe, ponieważ było kilka tych bramek, to pojechaliśmy autonomicznym wagonikiem. Lot przebiegł bezproblemowo, polska załoga była profesjonalna i uprzejma. Szczególnie jeden steward zadbał o świetną atmosferę.
W Poznaniu wylądowaliśmy około 17:30, w pełnym słońcu i cieple. Na halę przylotów zawiózł nas autobus, po czym Uberem ruszyliśmy na dworzec PKP. Co nieco zjedliśmy i załapaliśmy się na Pendolino do Szczecina. Nie mogę w zasadzie narzekać na komfort w Ryanairze, ale cisza w pociągu to przepaść – idealnie na koniec długiego dnia. Na Dworcu Głównym wysiedliśmy około 20:20, więc cała trasa zajęła nam mniej więcej 10 godzin.
Londyn mnie oczarował, zwłaszcza zabytki i przemili ludzie, a świadomość, że byłem w miejscach z moich ulubionych powieści i filmów, jest nie do opisania.
Jeśli zastanawiacie się, czy trzy dni budżetowego zwiedzania z podstawowym bagażem wystarczą, to według mnie owszem, choć zostaje pewien niedosyt. Ale to jeden z powodów, by tu wrócić.
Na koniec dodam, że cały wyjazd kosztował około 2 tys. zł od osoby. Wiem, wiem, że to całkiem sporo jak na tani city break, natomiast nie żałuję ani złotówki. Naprawdę uważam, że takie wyjazdy są swego rodzaju inwestycją – we wspomnienia i doświadczenia, których nikt wam nie zabierze.
Pisząc te słowa, mam przed oczyma moment oderwania się samolotu od pasa startowego w Poznaniu, a także magiczny widok ze wzgórza Primrose Hill. Bezcenne!
Artykuł pochodzi z numeru 2/2026 magazynu „Integracja”.







