Karol Pabich uważnie rozpuszcza końcówkę sprasowanego tuszu, pocierając nią o kamień. Tusz jest zielony, przyjemnie pachnie, chociaż ten zapach ulotni się, zanim powstanie obraz. Pędzel z prasowanego włosia zamacza w miseczce z wodą i odkłada na podstawkę. Za chwilę ponownie po niego sięga, zanurza w tuszu i stawia pierwsze kreski na japońskim papierze. Jego twarz łagodnieje. Jeszcze przed chwilą wyjaśniał, czym jest malarstwo sumi-e, teraz już zapomniał, że ma towarzystwo. Rozluźnia ciało i odcina się od zewnętrznego świata. Na papierze pojawia się gałąź, a na niej kępki igieł. 

Kiedy Karol maluje, jego świat staje się cichy – mówi Alicja Pabich, mama Karola, który nie słyszy i nie widzi. – Implanty pozwalają mu komunikować się ze światem, ale nie rozwiązują wszystkich problemów. One są jak proteza nogi. Można się na niej poruszać, ale nogą nie jest – wyjaśnia Alicja i na dowód demonstruje symulację tego, co Karol może usłyszeć w implantach. Z nagrania dobiegają trzaski, z trudem rozpoznawalne sylaby, szeleszczące dźwięki. To nieustanny hałas. Karol jest przebodźcowany i przemęczony odbieraniem świata za pomocą implantów i syntezatorów. Zajęcia na uczelni wymagają od niego wielkiego skupienia, dźwięki rozmywają się w ogólnym szumie. Musi polegać na miganiu i pomocy mamy. Malarstwo pozwala mu się wyłączyć, nie słyszeć i nie widzieć niczego poza sprawnymi, pełnymi gracji ruchami pędzla. Jego talent artystyczny ujawnił się już w dzieciństwie.  

– Jeździliśmy do ośrodka dla dzieci niesłyszących i tam zauważyli, że Karol oprócz tego, że był agresywny, kopał i gryzł, wykazywał duże zaintere-sowanie zajęciami plas- tycznymi. Ćwiczył pod okiem Joanny Biczak. Bardzo to lubił, więc zaczęliśmy rozważać różne opcje. Szukałam dla niego profesjonalnych zajęć rysunku. Napisałam setki mejli do wszystkich miejsc, jakie przyszły mi do głowy. Odpowiedziała tylko Grażyna Wesołowska z Akademii Rysunku w Szczecinie. Przyjęła go pod warunkiem, że i ja będę na zajęciach. Dużo się tam nauczył. Potem szukaliśmy szkoły i dzięki swojej deter- minacji, zebranej teczce prac, dostał się na grafikę projektową – wspomina Alicja.  

Ten kierunek ukończył z sukcesem, ale to sumi-e okazało się najlepszym sposobem na wyrażanie siebie. Minimalizm, dyscyplina i poszukiwanie własnej drogi artystycznej uwiodły Karola. Cztery razy w roku jeździ na warsztaty do Krakowa, gdzie pod okiem Małgorzaty Tohkou Olejniczak, nagrodzonej polskiej artystki sumie, uczennicy japońskiego mistrza Tohuna Kobayashiego, szlifuje swój warsztat. 

– Jak się próbuje, to się wie, a jak się nie próbuje, to się nie wie, dlatego ja spróbowałem. I to było dla mnie odkrycie. Coś, co do mnie pasowało. Wcześniej interesowałem się Japonią, jej mieszkańcami, stylem życia. Sumi-e było dla mnie naturalnym uzupełnieniem, bo ono polega na tworzeniu w wyniku obserwacji, nie tylko na wyobraźni. Jednocześnie to nie jest odtwarzanie, bo pozostawia pole do własnej ekspresji – wyjaśnia Karol.  

Obserwacja przedmiotów i scen wymaga od niego wnikliwego przyglądania się szczegółom. Temu, jak układa się liść, potem ułożeniu gałęzi, aż wreszcie widzi całe drzewo.  

– Z daleka tego nie widzę. Muszę podejść. Od szczegółu do ogółu. A najlepiej, jak mogę dotknąć – i dopiero malować – tłumaczy swoją pracę Karol. Nie poprzestaje na sumie. Próbuje różnych technik, zwłaszcza w dziedzinie ceramiki, w której tajniki wprowadza go Justyna Skowyrska-Górska.  

– Spróbowałem raku. To wypalanie ręcznie formowanej gliny. Samo słowo oznacza radość i ja ją odnalazłem w dobieraniu techniki, studzeniu, wypalaniu. Podoba mi się również copper matte, czyli technika zdobienia, w której się nie szkliwi, a robi wykończenie w kolorach metalicznej miedzi.  

O glinie Karol może opowiadać bez końca, ale tworzyć w niej może tylko podczas warsztatów. W domu nie ma do tego warunków, nie ma miejsca na spontaniczność. Nawet malowanie wymaga specjalnych przygotowań.  

– Chociaż Karol czerpie radość z malowania, to nie może tego robić pod wpływem chwili. W jego malutkim pokoju trzeba stworzyć pracownię, która nie może tam pozostać po pracy. Gdy skończy malować, trzeba wszystko złożyć i wynieść. Inaczej nie miałby gdzie spać. Całe mieszkanie jest małe. Prace suszą się na naszym łóżku. Na noc kładziemy je pod łóżko, żeby przypadkiem nie podeptać. Nawet gdyby chciał stworzyć pracę w większym formacie, to nie byłoby gdzie jej wysuszyć i przechowywać – tłumaczy Alicja.  

Fascynacja Japonią wybiega daleko poza sztukę malowania tuszem. Zachwyciła go ceremonia parzenia herbaty. Z zapałem uczy się języka i bez problemu zapamiętuje oparty na obrazach system znaków kanji.  

– To bardzo łatwe. Wyjaśnię na przykładzie przymiotnika „drogi”– takai ( ). Pierwszy znak kojarzy mi się z poukładanymi rzeczami na półce w eleganckiej galerii handlowej, a w takich miejscach wszystko jest drogie. I tak widzę każdy znak kanji. To taki miniobraz – mówi Karol, który jednocześnie zmaga się z nauką angielskiego.  

W tym języku nie widzi obrazów, a jedynie trzaskające dźwięki w implantach, które nie przypominają sposobu zapisu słów.  

Miłość, jaką darzy tradycyjną sztukę Japonii, przynosi mu spełnienie i sukcesy. Marzy, by ją odwiedzić, ale na razie po świecie jeżdżą jego prace. Dwie zawitały do Japonii. Jedna z nich płynie właśnie do Polski po wystawie w Tokio, gdzie została wyróżniona. Jego obrazy można było podziwiać wiosną na indywidualnej wystawie w Hali Wystaw przy ul. Kolumba 5 w Szczecinie. Dwie prace jesień spędzają w Warszawie. Jedna czeka na odwiedzających w Służewskim Domu Kultury, a druga, wyróżniona w konkursie Sonata Tajemnic, zatytułowana Wodospad w listopadzie zawiśnie w Litewskim Instytucie Kultury. Jego obrazy krążą po salach wystawowych, zachwycają miłośników sztuki, którzy nie mają świadomości, że jest osobą z niepełnosprawnością. Doceniają jego technikę i kunszt artysty. Po zakończonych wystawach wracają do domowej teczki i do piwnicy.  

On sam również otrzymuje wyróżnienia, stypendia i tytuły. W 2023 r. został jednym z finalistów konkursu „Człowiek bez barier”. Wtedy Czytelnikom „Integracji” mówił o swoim zainteresowaniu teatrem i scenografią. Dzisiaj to zainteresowanie ma realny wymiar. Nie ukończył jeszcze studiów na tym kierunku, ale już ma za sobą realizację scenografii do sztuki o śpiewaczce operowej po wypadku. Akcja sztuki dzieje się w kamienicy w Warszawie. Scenografia nawiązuje do historycznych budynków na pl Grzybowskim. Przed nim kolejne wyzwanie. Główna rola w spektaklu Teatru Ruchu Umownie Ewidentnego Jerzego N. Grzegorka w Szczecinie.  

– Niewiele mogę powiedzieć, ale wcielę się w postać Japończyka, który jest otoczony ludźmi skupionymi na przeszłości i teraźniejszości. Oni rozpamiętują przeszłość, podczas gdy on oddaje się sztuce, kaligrafii i ceni sobie spokój czasów pokoju. Dla niego tworzenie jest ważniejsze od powstania dzieła – opowiada Karol.  

To dla niego rola idealna. Czuje ją intuicyjnie. Podobnie jak grany przez niego bohater, ceni sobie moment tworzenia, a nie powstanie obrazu. Czerpie radość z samego działania, zachwyca się technikami wypalania ceramiki. Eksperymentuje z sumi-e. Zaproponował wypukłe obrazy, by prace były dostępne dla osób słabowidzących i niewidomych. Spędza wiele godzin, szukając perfekcji każdego ruchu. Gotową pracą przestaje się interesować. To Alicja wysyła jego obrazy na konkursy i wystawy. Angażuje się w rozwój artystyczny syna. Zawozi na zajęcia, tłumaczy na język migowy jego wykłady na uczelni, jeździ na próby teatralne, a dodatkowo uczy matematyki osoby ze spektrum autyzmu i innymi niepełnosprawnościami wpływającymi na sposób przyswajania wiedzy.  

– Dla siebie mam książki i czasem jakiś film – dodaje.  

– Mama lubi też chodzić w góry. Razem chodzimy. Zdobyliśmy Rysy z Szerpami Nadziei. To był najtrudniejszy szlak w moim życiu – mówi Karol, który naukę i pracę artystyczną łączy z działalnością na rzecz innych. Na warsztatach języka migowego jako gość specjalny regularnie przekonuje, że głuchoniewidomi także tworzą i nie należy się ich bać.  

Jego sztuka jest unikatowa. Dzięki otwartemu podejściu do tradycji stworzył serię obrazów wykonanych tuszem, utrzymanych w konwencji sumi-e, ale przedstawiających polską architekturę i przyrodę. Bliska mu jest idea naprawy rzeczy metodą kintsugi. Uszkodzenia ceramiki łączy się laką zmieszaną ze złotem, srebrem lub platyną. Dzięki temu niedoskonałość nie deprecjonuje dzieła – udoskonala je i nadaje mu unikatowego, wyjątkowego charakteru. Swojej niepełnosprawności nie ukrywa, nie chowa się za nią. Syntezatory, mowa, implanty niczym złota laka odznaczają się na jego życiu, ale ważniejsza jest sztuka i proces twórczy.  

– Jestem artystą. Będę scenografem. Maluję, formuję i wypalam glinę, rozwijam się. Marzę o pracowni, marzę o Japonii, marzę o malarstwie. Niepełnosprawność to nie jest moja tożsamość, sztuka nią jest – podkreśla Karol.

Artykuł pochodzi z numeru 5/2025 magazynu „Integracja”. 

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.