W gmachu krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego, zaprojektowanym specjalnie dla teatru miejskiego i otwartym w 1893, kryje się prawdziwa perła historii tej sceny - wyjątkowa kurtyna z 1894 roku, namalowana przez Henryka Siemiradzkiego, która do dziś zachwyca widzów swoim alegorycznym przesłaniem. Teatr nosi imię Juliusza Słowackiego, natomiast jego duchowym patronem jest Wyspiański. Scena tego teatru znalazła się u Wyspiańskiego w dramacie Wyzwolenie. W didaskaliach napisał, że jej wymiary wynoszą dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż.

Dostępność nie jest w Słowackim dodatkiem do jego działalności, ale warunkiem prawdziwego uczestnictwa widzów w kulturze. Między innymi o tym rozmawialiśmy z dyrektorem teatru Krzysztofem Głuchowskim (od sezonu 2016/2017) oraz z Wojciechem Rzehakiem, kierownikiem Działu Edukacji.

Dostępność to nie projekt, ale filozofia 

W 2018 roku Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zapisał się w historii małopolskiej kultury czymś z pozoru niewielkim, a rzeczywiście wtedy przełomowym. Jako pierwsza instytucja teatralna w regionie zatrudniła pełnoetatowego koordynatora ds. dostępności. Stanowisko to objęła Dominika Feiglewicz-Penarska, etatowa aktorka teatru [akurat teraz prezentuje ona w Krakowie w Cricotece i Warszawie w Mazowieckim Centrum Kultury monodram Bóle fantomowe - w ramach Festiwalu Kultura bez barier, o czym poniżej – red.]. Do tego 2018 roku kwestie związane z dostosowywaniem budynku i wydarzeń były traktowane jako dodatek do szeregu innych obowiązków jednego z pracowników teatru. Słowem: zajmowano się tym przy okazji. Zatem w Teatrze Słowackiego nowatorsko stało się to częścią misji i codzienną praktyką, za którą podążyli przedstawiciele innych teatrów.

– Jesteśmy instytucją, która ma siedzibę w budynku z końca XIX wieku – więc oczywiście nie myślano wtedy o jakiejkolwiek dostępności. Schody są tu wszędzie, a ograniczenia ochrony zabytków utrudniają zmiany. Ale mimo to mozolnie, krok po kroku, przystosowujemy przestrzeń – podkreśla dyrektor teatru Krzysztof Głuchowski. – Udało nam się dostosować widownię na parterze, tak by osoby na wózkach mogły uczestniczyć w spektaklach.

To tylko część zmian, bo na liście jest ich wiele, jak np. zainstalowanie windy, remont i dostosowanie toalet, montaż pętli indukcyjnych dla osób z niepełnosprawnością słuchu i organizacja spektakli z audiodeskrypcją, napisami na żywo i tłumaczeniem na PJM. W Słowackim nazywa się je „spektaklami w pełnym dostępie”. To wydarzenia, które otwierają drzwi teatru dla wszystkich, niezależnie od ich poziomu sprawności. 

W zabytkowym gmachu przy placu Świętego Ducha każda zmiana wymaga czasu i kompromisów. Przeszkodą stają się zwykłe schody znajdujące się w wielu miejscach obiektu, w tym te imponujące prowadzące na balkony.  

– Udało się nam przekonać urząd konserwatora zabytków, by powstała winda, która będzie jeździła na wszystkie poziomy teatru. Dzięki temu osoby z niepełnosprawnością będą miały nieograniczony dostęp do teatralnej przestrzeni. Na razie wina pozostaje jeszcze planem. Zmiany wprowadzamy krok po kroku.  

Dla Krzysztofa Głuchowskiego dostępność jest procesem.

– To ciągłe dostosowywanie tego, co robimy, tak, by było dostępne dla wszystkich – tłumaczy i dodaje, że nie chodzi o tworzenie osobnych wydarzeń tylko dla osób z niepełnosprawnościami. – To prowadziłoby do tworzenia gett. Naszym celem jest to, by każdy mógł uczestniczyć w repertuarze na równych zasadach — mówi. 

Słowa dyrektora podkreśla też skład zespołu aktorskiego. Jako pierwsza instytucja teatralna w Polsce Słowacki zatrudnił niesłyszącą aktorkę na pełen etat - Dominikę Kozłowską! [warto podkreślić, że w 2023 roku otrzymała wyróżnienie w Konkursie „Człowiek bez barier” – red.] 

– Nie zatrudniłem niesłyszącej aktorki dlatego, że jest niesłysząca. Zatrudniłem ją, bo jest świetną aktorką – podkreśla dyrektor. – Nasz teatr nie boi się chodzić własnymi ścieżkami. Decyzja o zatrudnieniu Dominiki nie wynikała z jakichś formalnych parytetów, ale jest naturalnym wyborem artystycznym. – Przyznaje, że współpraca wymaga dodatkowego wysiłku organizacyjnego w postaci obecności tłumacza języka migowego i dodatkowych środków finansowych, ale nie jest to dla niego i zespołu bariera nie do pokonania. – To trudność techniczna, a nie merytoryczna. W teatrze liczy się talent, ekspresja, umiejętność opowiadania emocji – niezależnie od języka, którym się posługujemy – dodaje. 

W opinii dyrektora takie podejście pozwala patrzeć na różnorodność w kategoriach zalety, a nie braku.  

– Ktoś potrafi tańczyć, ktoś inny świetnie miga. To po prostu inna umiejętność – zaznacza dyrektor i dodaje, że dla niego i zespołu to okazja do nauki, poszerzenia perspektywy i uświadomienia sobie, że różnorodność nie jest przeszkodą, a wartością.  

W efekcie scena teatru Słowackiego staje się miejscem, w którym tworzy się z różnych form komunikacji język sztuki.  

Edukacja jako droga do inkluzywności 

Wojciech Rzehak, kierownik Działu Edukacji, polonista i były wicedyrektor jednego z krakowskich liceów, a także scenarzysta filmowy, od trzech lat buduje w teatrze program, który przyciąga tysiące młodych ludzi.  

– W ubiegłym roku przewinęło się przez nasze wydarzenia ponad cztery tysiące uczniów – podkreśla.  

Jego filozofia pracy opiera się na rozmowie, a nie wykładzie. Warsztaty, spotkania przed spektaklami, a także projekty, jak np. „Język polski na dwa głosy”, realizowane są wspólnie z polonistą Darkiem Martynowiczem, pasjonatem innowacyjnych rozwiązań w nauczaniu, pokazują, że teatr może być przestrzenią żywej edukacji, w której młodzi ludzie uczą się dialogu i krytycznego myślenia. 

Co istotne, wszystkie te działania prowadzone są z uwzględnieniem dostępności.  

Wydarzenia skierowane do młodzieży przygotowującej się do egzaminu dojrzałości mają tłumaczenie PJM oraz audiodeskrypcję przygotowaną przez Reginę Mynarską z Fundacji Siódmy Zmysł. Dzięki dodatkowemu wsparciu każdy uczestnik, niezależnie od potrzeb, czuje się częścią całości.  

Wojciech Rzehak przyznaje, że w swoich działaniach inspiruje się również osobistą historią i doświadczeniami. Jego córka uczyła się w szkole dla osób niewidomych i słabowidzących, co uwrażliwiło go na potrzeby osób z różnymi rodzajami niepełnosprawności. 

– Najgorzej byłoby pomyśleć, że już osiągnęliśmy mistrzostwo. To byłby początek końca – mówi. 

Zaznacza też, że teatr wciąż uczy się nowych form, na przykład artystycznej audiodeskrypcji tańca czy sztuk wizualnych, które same w sobie stają się twórczym doświadczeniem, a nie tylko mają funkcję użytkową. Pokazuje to, że dostępność to coś więcej - przestrzeń wspólnoty. To budowanie miejsca, w którym wszyscy są na tym samym poziomie, bez wykluczenia. Powinien być to standard, oczywisty element wydarzenia artystycznego, ale jeszcze nie zawsze tak jest.  

Albertiana – święto godności i wspólnoty 

Wśród wielu wydarzeń w repertuarze i dziejących się na scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego odbywa się coroczna Albertiana. To Ogólnopolski Festiwal Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną, organizowany od 2005 roku przez Fundację Anny Dymnej „Mimo Wszystko” oraz Fundację im. Brata Alberta. Nie jest to zwykła impreza, ale święto teatru! Móc wystąpić na tak ważnej polskiej scenie w spektaklu zapowiadanym przez Annę Dymną - także wręczającą nagrody - to wyraz uznania i symbolicznego włączenia. Uczestniczy najpierw przechodzą rywalizację w pięciu regionach. Wygrywają najlepsi i zostają nagrodzeni unikatowymi maskami ufundowanymi przez krakowskie teatry. Publiczność tworzą w większości uczestnicy festiwalu, rodziny, przyjaciele i sympatycy wydarzenia, budując atmosferę akceptacji, wsparcia i wspólnotę.  

Dyrektor Głuchowski podkreśla, że teatr nie traktuje Albertiany jako „wydarzenia specjalnego”, lecz integralną część swojego kalendarza: 

– To tradycja. Zespoły teatralne z całej Polski występują na naszej scenie ponad dwadzieścia lat. Nie ma powodu, żeby to zmieniać. Póki Ania Dymna będzie miała siłę to prowadzić – a wiem, że ciągle ma – póty powinniśmy to dzieło kontynuować. A później, gdy zmienią się pokolenia, mam nadzieję, że nasi następcy też będą to robić, ponieważ jest to absolutnie słuszne. 

W teatrze jest bowiem miejsce tylko nie na głośne premiery i inscenizacje klasyki. To przestrzeń, w której każdy człowiek niezależnie od ograniczeń ma prawo poczuć magię teatru!  

Bóle fantomowe, których nie można przemilczeć 

Teatr Słowackiego to jedna z wielu krakowskich scen. Oczywiście współpracuje z wieloma instytucjami kultury. Jedną z nich jest Cricoteka, a osobą i dziełem, które połączyło te dwie sceny jest wspomniana Dominika Feiglewicz-Penarska i jej monodram zatytułowany Bóle fantomowe. Spektakl miał próby w teatrze Słowackiego, ale premierę w Cricotece. Powstał na podstawie historii życia Magdaleny Sipowicz, która w 2012 roku przeżyła katastrofę kolejową pod Szczekocinami. Wskutek wypadku straciła nogę [Magdalena Sipowicz to okładkowa bohaterka poprzedniego numeru „Integracji” 4/2025, w której rozmawiała z nią Moniką Meleń – red.]. Autorem tekstu dramatu jest Paweł Feiglewicz-Penarski, mąż aktorki, który po wielu rozmowach z Magdaleną stworzył przejmującą opowieść dla jednej aktorki. Pisarz stworzył tekst o bólu, którego nie widać.  

Magdalena Sipowicz, bardzo dobra tłumaczka polskiego języka migowego, a obecnie także motywatorka i konsultantka kryzysowa, stała się bohaterką monodramu nie tylko ze względu na swoje trudne doświadczenia i traumę, ale przede wszystkim dzięki odwadze mówienia o tym, co zwykle zostaje przemilczane. Monodram przedstawia kobietę, którą los zmiażdżył. Która musi na nowo odnaleźć siebie z bólem, którego nie widać.   

Po raz pierwszy doświadczyłem tego, co to znaczy być na spektaklu w pełni dostępnym. Dominika Feiglewicz-Penarska – w Cricotece jako odtwórczyni Magdaleny Sipowicz, ale także też koordynatorka ds. dostępności w teatrze Słowackiego - zadbała, aby na jej premierze nie zabrakło tłumacza PJM, audiodeskrypcji, a nawet napisów na żywo! Było to niesamowite doznanie. Godzinny monodram jest wstrząsający w odbiorze, mówi o bardzo trudnych doświadczeniach w zupełnie niekonwencjonalny sposób. Mam wrażenie, że nie tylko mi pokazał zupełnie inną perspektywę emocji. To przedstawienie o stracie, zrozumieniu, akceptacji, odwadze, a przede wszystkim o walce!  

Spektakl od pierwszej chwili wciąga w swoją historię w hipnotyczną opowieść o bólu, przetrwaniu i granicach ludzkiej świadomości. Na środku sceny ring i zawieszona nad nim siatka tworzą przestrzeń walki nie tylko z losem, ale i samym sobą. W pierwszej części bohaterka po tragicznej katastrofie w pociągu znajduje się zawieszona w kokonie, dryfując między życiem a nicością. Rzeczywistość szpitala miesza się ze snem. W jednej chwili słyszymy o szpitalnym jedzeniu, którego nie da się jeść, w drugiej – pełne gniewu słowa, które bohaterka wypowiada do swojego męża pod wpływem silnych leków przeciwbólowych. Nie wiadomo, co z tego co słyszymy ze sceny jest prawdą, a co wytworem umysłu, otępionego bólem i nadmiarem leków.  

W kolejnej części spektaklu otrzymujemy mieszankę stand-upu, absurdu, humoru i dystansu. Nieczęsto ktoś mówi do protezy nogi i przełamuje czwartą ścianę, poruszając ważne kwestie. W finałowej odsłonie wraca cisza i ciężar bólu, którego nie da się zagłuszyć. Bóle fantomowe to monodram intensywny, odważny i emocjonalnie bezlitosny, spektakl, który zostaje w pamięci; niezwykle trudno o nim zapomnieć. 

Cricoteka, w której odbył się spektakl, pod każdym względem jest dostosowana do różnych rodzajów niepełnosprawności. Wystawa stała „Widma. Tadeusz Kantor” jest dostępna dla osób z niepełnosprawnością narządów ruchu, wzroku i słuchu. W tym celu powstała audiodeskrypcja, obiekty dotykowe, np. tyflograficzna mapa wystawy oraz pomniejszone kopie obiektów, a także broszura w brajlu. Można także zamówić tłumacza PJM poprzez mail lub SMS – nie trzeba w tym celu dzwonić! Od 16 lipca jest dostępna kolejna wystawa związana z Kantorem - „Terapia widzeń” i również zrobiono wszystko, aby zapewnić jej pełną dostępność.  

W stronę równości na scenie i widowni 

Działania Teatru im. Juliusza Słowackiego i Cricoteki pokazują, że dostępność nie musi być dodatkiem w działalności instytucji kultury. Może stanowić jej integralną część. Jak podkreśla dyrektor Głuchowski, nie chodzi o wyłącznie o architektoniczne dostosowanie przestrzeni, bo to zawsze da się poprawić. Najważniejsze, by zaszła zmiana w myśleniu o dostępności.  

– Moim marzeniem jest, aby każdy spektakl był dostępny w takiej formie, by każdy mógł go obejrzeć. Bez osobnych wydarzeń dla grup ludzi ze szczególnymi potrzebami, bez dodatkowego szumu. Po prostu normalnie. 

To „normalnie” jest tu słowem kluczowym. Pada wielokrotnie. Taka powinna być przyszłość nie tylko w teatrze — bez dzielenia ludzi na pełnosprawnych i tych z niepełnosprawnością.  

Wspólne przeżywanie emocji i poznawanie nowych idei może stać się formą dialogu na każdy temat. Inkluzywność nie wymaga bowiem deklaracji ani spektakularnych działań. Wystarczy konsekwencja, empatia i dążenie do wyznaczonego celu: sztuki dla wszystkich! 

Artykuł pochodzi z numeru 5/2025 magazynu „Integracja”. 

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.