Katarzyna Sobczak osiągnęła najlepszy czas w karierze w konkurencji KL3. Choć osiągnięcie to przypadło na finał A podczas Mistrzostw Świata w Sprincie Kajakowym i Parakajakarstwie, odbywających się w dniach 26-30 sierpnia 2026 r. na Torze Regatowym Malta w Poznaniu, wystarczyło do zajęcia czwartego miejsca.

- Apetyt był na dużo, dużo więcej, tym bardziej, że zarówno półfinał, jak i przedbiegi pokazały, że na to dużo więcej jest mnie stać – mówi Katarzyna Sobczak. – Naprawdę, podczas wyścigu dałam z siebie wszystko. Nie do końca jednak czułam łódkę, nie do końca się mnie słuchała. Nie czułam się z nią zespolona. Trochę łódka płynęła swoje, a ja tam górą dawałam swoje. W eliminacjach i w półfinale było inaczej.

W finale A zwyciężyła Brytyjka Hope Gordon, tegoroczna mistrzyni Europy w parakajakowej klasie KL3, a także m.in. wicemistrzyni paralimpijska z Paryża 2024 w kanadyjce (VL3). Druga była Francuzka Nélia Barbosa, dwukrotna wicemistrzyni paralimpijska w tej klasie, a trzecia – Felicia Laberer z Niemiec, która dwa razy zdobywała brąz igrzysk. Jako czwarta ukończyła Hiszpanka Araceli Menduiña, która została jednak później zdyskwalifikowana.

- Na mecie byłam przerażona, bo gdy odwróciłam się w lewą stronę, to widziałam, że albo jestem czwarta, albo siódma, a takie miejsce byłoby dla mnie tragiczne. Chciałabym jednak kręcić się bliżej podium, a nie samego finału – przyznaje Katarzyna Sobczak. – Była też jednak taka wewnętrzna złość, że mogłabym coś zrobić lepiej. Choćby szlifować sam start, bo mam świadomość, że muszę nad nim pracować. Szczerze mówiąc, jeżeli na takich mistrzostwach Polski, gdzie nie mam żadnej presji, potrafię pięknie wystartować, tymczasem przychodzi presja i start jest nie do końca dociągnięty, to wiem, że muszę nad tym pracować. Bo każdy, kto oglądał mój wyścig wie, że tutaj mogło być lepiej. Odejście na starcie bardzo dużo zmienia, a to jest 200 metrów, czysty sprint, który nie wybacza błędów. Trzeba pojechać idealny wyścig, a takie popłynęłam chyba w eliminacjach i półfinale.

Krok po kroku

Faktycznie, nasza zawodniczka zaczęła mistrzostwa od drugiego miejsca w swoim biegu eliminacyjnym, przegrywając jedynie z Hope Gordon. Awansowała w ten sposób do półfinału, który wygrała. W finale było jednak inaczej.

- Wydaje mi się, że w tym wszystkim zabrakło też trochę szczęścia – podkreśla reprezentantka Polski. – Choćby w rozlosowaniu torów, bo nasza Malta nie należy do akwenów, na których są równe warunki wietrzne. Ale tłumaczę to sobie tak, że lepiej niech to szczęście przyjdzie w końcu na igrzyskach w Los Angeles, a teraz mogę zgarniać te czwarte i piąte miejsca. Nie ma problemu – dodaje z uśmiechem.

Czwarte miejsce i tak jest jej najlepszym w historii startów w mistrzostwach świata. Zazwyczaj była na nich szósta, a najwyżej w klasie KL3 – piąta w 2021 roku. Była też czwarta na igrzyskach w Tokio. W czerwcu bieżącego roku zdobyła natomiast brąz mistrzostw Europy.

- Cały czas jestem w czubie, a w mojej konkurencji do czołówki światowej nie dochodzi nikt spoza Europy, więc zarówno w mistrzostwach Europy, jak i w pucharach czy mistrzostwach świata ścigam się z tymi samymi dziewczynami – zaznacza Katarzyna Sobczak. – Wiadomo, mam wewnętrzny zawód, że dziś po medal nie dojechałam. Wychodzę jednak z założenia, że wszystko dzieje się po coś. Trzeba zakasać rękawy i lecieć dalej. Z trenerem mamy plan czysto pod igrzyska, jest to więc sprawdzian i lekcja. Step by step, krok po kroku idę do przodu, robię coraz lepsze czasy i osiągam coraz lepsze wyniki. Widać, że rozwijam się, nie stoję w miejscu, a to bardzo cieszy.

Był apetyt na medal

- Nie możemy narzekać, mamy czwarte miejsce. W sumie piąte, ale po dyskwalifikacji ostatecznie czwarte – mówi Renata Klekotko, trenerka główna kadry narodowej i koordynatorka parakajakarstwa. – Nasza zawodniczka nie jest na pewno usatysfakcjonowana, i to jest chyba najważniejsze, bo jej odczucia są kluczowe, a to, co my sobie myślimy… Ja nigdy nie zakładam żadnego wyniku, nie mówię, że jest dobrze czy źle. Ewentualnie, że szkoda. No więc trochę szkoda, bo była szansa na przełamanie, by po siedmiu latach mieć ten medal mistrzostw świata.

Szansa była tym większa, że na starcie zabrakło Brytyjki Laury Sugar, dominatorki, która od lat wygrywa praktycznie wszystko, z igrzyskami w Tokio i Paryżu na czele. Jest w ciąży, zapowiada jednak szybki powrót do rywalizacji.

- Myślę, że był apetyt na medal, bo Kasia dobrze popłynęła w przedbiegu, a w półfinale była pierwsza – kontynuuje Renata Klekotko. – Można więc było pomyśleć, że da się powalczyć z czołówką o podium, ale nigdy nie wiemy, czy zawodniczki płyną przed finałem „na maksa”, czy tylko „na wejście”. Jest to swego rodzaju szachowanie, rozkładanie sił, są plany taktyczne. Dopiero finał rozstrzyga, kto jest mocniejszy, nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Nie wiem, co tutaj się stało. Może też być tak, że Kasia nie popłynęła dzisiaj wszystkiego tego, co miała. Została trochę na starcie, choć obok miała Francuzkę, która wychodzi jak rakieta, więc to też mogło optycznie tak wyglądać, niemniej jednak została nieco z tyłu. Może rywalki były po prostu mocniejsze? Może też my, jako kibice, mieliśmy zbyt wielkie nadzieje, że ona ten medal będzie miała? Popłynęła szybko, najszybciej w karierze [czas: 47,56 – przyp. red.], ale też dzisiaj był wiatr w plecy i wszyscy szybko „latali”.