Gdy Anna przyszła na świat bez rąk, lekarze i sąsiedzi zastanawiali się, czy wychowywanie takiego dziecka ma sens.  Nie wyobrażali sobie, gdzie mogłaby pracować i co miałaby zrobić z życiem. Tymczasem Anna wspierana przez swoją rodzinę stała się osobą, dla której nie ma rzeczy niemożliwych.  

Zębami, stopami, podbródkiem i nosem czerpie z życia tyle, ile się da. Wychowuje córkę, prowadzi Stowarzyszenie  Da Się, pracuje, inspiruje, haftem krzyżykowym tworzy małe dzieła sztuki, a nawet skoczyła ze spadochronem. Jeździ po świecie samochodem, który nie wymagał żadnych skomplikowanych dostosowań. Wystarczyła  automatyczna skrzynia biegów i odwaga, by jechać. 

— Bo mnie to trzeba zmusić, żebym siedziała na kanapie — wyjaśnia. 

Dorastała w dużej rodzinie. Każdy miał w niej swoje obowiązki. Anna nie była wyjątkiem. Sprzątała, grabiła siano,  pieliła, zbierała ziemniaki. Nauczyła się pisać stopami, a jej piękny charakter pisma był często wykorzystywany przy tablicy. Była też aktywna na lekcjach wychowania fizycznego, ale szkoły wtedy nie lubiła. Jako zbuntowana nastolatka  nie widziała sensu w nauce. Nie wierzyła, że dzięki nauce może znaleźć pracę.  Rzuciła szkołę i przez chwilę dała  się pokonać zwątpieniu. 

— Siedziałam w domu, ale ja nie umiem tak siedzieć i nic nie robić. Zaczynały mnie dopadać różne myśli i stwierdziłam,  że trzeba wyjść z domu, być między ludźmi, uczyć się i coś zrobić ze swoim życiem.  

Jak powiedziała, tak zrobiła. Zapisała się do liceum. Potem było  zarządzanie zasobami ludzkimi, przygotowanie pedagogiczne, bibliotekoznawstwo, oligofrenopedagogika i zarządzanie oświatą.  Od lat pracuje w szkole, ucząc, wspierając i inspirując. Prowadzi  również zajęcia korekcyjno-kompensacyjne. 

Jej macierzyństwo dla wielu było sensacją. To właśnie z tego powodu zaczęli odwiedzać ją reporterzy, nie mogąc uwierzyć w jej hart ducha i zaradność życiową. Wychowywała córkę samodzielnie bez wsparcia finansowego i emocjonalnego ze strony ojca Emilii, a rolę mamy  pogodziła z pracą i podnoszeniem swoich kwalifikacji. Nadal się uczy. Tym razem z myślą o swoim Stowarzyszeniu Da Się, która powstała  z potrzeby nadania formalnych ram temu, co zawsze robiła. Jej dom  to centrum pomocy i magazyn rzeczy, z których korzystają potrzebujący. Założyła stowarzyszenie, by móc je przyjmować  i organizować zbiórki. Pomagała jednak dużo wcześniej. Angażowała się w zbiórki dla beneficjentów innych fundacji, by zebrać fundusze na ich kosztowne leczenie. 

W gronie finalistów konkursu „ Człowiek bez barier” znalazła się  po raz drugi. Od pierwszego finału minęły prawie dwie dekady. 

— Wiele się od tego czasu zmieniło. Ja się zmieniłam, sytuacja osób  z niepełnosprawnością się zmieniła, ale jedno pozostaje niezmienne: Najważniejsze jest dostrzeganie tego, że każdy jest człowiekiem  i każdego należy wspierać.  


Film powstał w ramach projektu współfinansowanego ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.