W Tarnowskich Górach dostępność to nie tylko minimum wymagane przepisami prawa. Dla Joanny Kapy, koordynatorki ds. dostępności w urzędzie miejskim, to pasja, sposób na rozwój osobisty i temat, który nie kończy się wraz z powrotem do domu. 15 września 2026 r. podczas Gali Konkursu Architektoniczno-Urbanistycznego "Lider Dostępności" została laureatką w kategorii "Koordynator ds. dostępności". Z tej okazji przypominamy nasz wywiad z magazynu Integracja 3/2025.

Ilona Berezowska: Jak się zostaje koordynatorem ds. dostępności w urzędzie miejskim?

Joanna Kapa: U mnie to była nietypowa historia. Gdy weszła w życie Ustawa o zapewnianiu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami, nie miałam o niej pojęcia. Zajmowały się tym w urzędzie inne osoby, ale akurat kolega z mojego wydziału odchodził z pracy i zostało mi zaproponowane przejęcie zadań po nim. Trochę się obawiałam, że nie wiem, o co w tym chodzi, ale on mnie uspokajał, że nie ma się co martwić, bo to właściwie teksty alternatywne do zdjęć, i tyle. [śmiech]

 Uwierzyła mu Pani?

Od razu zaczęłam szukać informacji i szybko się dowiedziałam, że chyba nie tylko tyle. Poznawałam temat i uznałam, że jest fajny. Z pierwszego zawodu jestem fizjoterapeutką. Zawsze miałam kontakt z osobami z niepełnosprawnością zarówno zawodowo, jak też w rodzinie i wśród znajomych. To nie była dla mnie abstrakcja. W miarę upływu czasu zaczęły się otwierać kolejne drzwi i okna. Stało się dla mnie jasne, że poza tekstami alternatywnymi jest dużo więcej zagadnień i można się tym tematem zajmować szerzej i głębiej. Przez pierwsze pół roku odkrywałam temat dostępności. Wtedy nie było jeszcze tak dużo szkoleń czy webinariów. Wyszukiwałam informacje, wszystkiego słuchałam, czytałam, obserwowałam. Tak mnie to wciągnęło, że robiłam to nawet w wolnym czasie. Teoretycznie jestem koordynatorem do spraw informacyjno-komunikacyjnych, ale pracuję w Biurze ds. Dostępności Urzędu Miejskiego w Tarnowskich Górach i zajmuję również dostępnością architektoniczną i cyfrową.

Jaki był Pani pierwszy sukces na stanowisku koordynatorki?

 Zdecydowanie była nim komfortka mobilna. Na Forum Dostępności w Poznaniu poznałam Annę Nowak ze Stowarzyszenia „Żurawinka”, które jest częścią Koalicji „Przewijamy Polskę”. Na Forum zobaczyłam komfortkę plenerową Integracji (także należącej do Koalicji) i stwierdziłam, że to jest rozwiązanie dla mnie. O ile wcześniej słyszałam o komfortkach, o tyle nie miałam możliwości ich stworzenia. Mamy w mieście trudne architektonicznie przestrzenie, zabytkowe budynki i małe powierzchnie. Nawet jeśli jest w nich toaleta, to zazwyczaj zbyt mała, aby powstała w niej stacjonarna komfortka, a wersja plenerowa była rozwiązaniem na już. Wróciłam z Forum Dostępności zainspirowana i powoli posuwałam się do przodu z realizacją. Chciałam to sobie wszystko poukładać. Widziałam pewne mankamenty w tamtej komfortce. Pierwszą kwestią do rozwiązania była umywalka. W takim miejscu powinna być wygodna dla osób poruszających się za pomocą wózków, a więc obsługiwana rękami, a nie z wodą pompowaną nogami. W naszym przypadku komfortka nie jest plenerowa, ale mobilna i ma wiele zastosowań. Gdy np. w domu kultury odbywa się wydarzenie, możemy wyodrębnić pomieszczenie, w którym znajdzie się komfortka bez namiotu. Jeśli potrzebujemy jej w plenerze, staje się plenerową.

 Jak Pani rozwiązała problem umywalki?

Zaczęłam szukać i rozmawiać na ten temat. Pytałam, czy nie ma czegoś, co może obsłużyć samodzielnie osoba poruszająca się za pomocą wózka. Chodziło mi o rozwiązanie, które dawałoby największą samodzielność. Problemy zaczęły się piętrzyć. W Polsce nie znalazłam rozwiązania. Okazało się, że taką umywalkę można kupić w Niemczech, niestety za euro. To była dodatkowa komplikacja dla instytucji publicznej. Na szczęście udało się to wszystko pozapinać i zrealizować. Trzeba dodać, że mieliśmy wtedy całkiem fajny budżet i mogliśmy zdecydować, że robimy najlepszą komfotkę mobilną / plenerową, jaka może być.

Jak wygląda Wasza komfortka? Co się w niej znajduje?

Komfortka to namiot 3 x 3 m. Jest dobrany nie tylko pod potrzeby osoby z niepełnosprawnością, ale też trochę pod moje możliwości. Bardzo często jestem z nią gdzieś sama i nie zawsze mam gwarancję pomocy, żeby rozłożyć namiot. Zamówiłam więc taki możliwy do rozłożenia przez jedną osobę i łatwy do przeniesienia. Wagowo nie mógł być też zbyt ciężki. Oczywiście chciałam, żeby komfortka długo nam służyła, więc wybrałam materiał odporny na zniszczenia. Dodałam logotypy Akcji społecznej „Przewijamy Polskę”, a po uzgodnieniach zrobiłam logotyp z napisem Mobilna Komfortka. Są tam również logotypy Urzędu Miejskiego w Tarnowskich Górach. Mamy to szczęście, że kolory Tarnowskich Gór: biały, czarny i żółty pozwoliły na kontrastowe i dostępne oznaczenia. W namiocie jest leżanka. Ona też przysporzyła mi problemów, bo wszystkie dostępne gotowe leżanki najczęściej były albo wąskie i regulowane, albo szerokie i nieregulowane, a ja zawsze chcę wszystko naraz. Udało mi się znaleźć kozetkę przeznaczoną do terapii Feldenkraisa. Jest szersza i regulowana. Oprócz tego w komfortce jest podnośnik, który uważam za swój mały sukces. Wybór podnośników na rynku jest ogromny, ale ja trafiłam na wyjątkowy, który ma też wagę. Gdy komfortka nie jest w terenie, z tej wagi można skorzystać w naszym biurze. W ten sposób udało nam się ominąć kontrowersyjne sytuacje, gdy osoby na wózkach w celu zważenia się są zmuszone do używania sprzętu nieprzeznaczonego dla ludzi.

Wnętrze komfortki mobilnej. Leżanka, podnośnik, krzesło

 Ma Pani na myśli wagi przemysłowe?

 Tak. Słyszałam o ważeniu się w skupie złomu! Dostrzegłam potrzebę, aby zaproponować godny sposób na sprawdzenie swojej wagi. Podnośnik daje taką możliwość. Do podnośnika mamy dwa rodzaje kamizelek (nosidełek). Jedna z nich uwzględnia osoby, które potrzebują podparcia głowy. Teoretycznie nasza umywalka to sprzęt kempingowy, ale spełnia wszystkie warunki wymagane w komfortce i pozwala na samodzielną obsługę osobie z niepełnosprawnością. Na ostatnim etapie wyposażania komfortki dodaliśmy krzesło toaletowe z pasem stabilizującym i wyjmowanym pojemnikiem z wkładami absorbującymi. To już z kolejnego budżetu. Krzesło jest stabilne i składane, bo zależało mi na tym, żeby wszystko zmieściło się do mniejszego samochodu i było łatwe do transportowania. W naszej komfortce jest też zwykłe krzesło. Można na nim odpocząć, ale może też służyć opiekunom osób zależnych, np. do położenia torby czy ubrań.

 Czy komfortka mobilna może być użyta wieczorem lub nocą?

Tak. Zadbaliśmy o oświetlenie. Mamy regulowaną, bezprzewodową lampkę. To fajny dodatek. Światło może być delikatniejsze lub mocniejsze. Oczywiście latem jest potrzebne tylko podczas imprez wieczornych. Ważne jest też to, że regulacja tego oświetlenia pozwala uniknąć cieni widocznych na zewnątrz.

Czy w komfortce są środki higieniczne?

 Oczywiście. Jest regał na kółkach, na którym są wszystkie przybory higieniczne, środki do dezynfekcji, ręczniki papierowe, mydło, mokre i suche chusteczki. Jest też kosz na odpady, są i jednorazowe podkłady na kozetkę. W urzędzie mamy też Punkty Pomocy Okresowej od Fundacji Akcja Menstruacja. To coś podobnego do Różowej Skrzyneczki. Dlatego też na tym regale są środki menstruacyjne. W komfortce mamy również słuchawki wygłuszające. Pomagają osobom, które korzystając z komfortki, czują niepokój w obcym, nowym miejscu, do którego docierają dźwięki z zewnątrz. Mamy też przenośną pętlę indukcyjną. Po prostu chcieliśmy, żeby było wszystko, co naszym zdaniem może być potrzebne podczas imprezy. Chcieliśmy również, by komfortka nie służyła jedynie do czynności higieniczno-sanitarnych osób z niepełnosprawnością. W chwilach, gdy nikt z niej nie korzysta, udostępniamy ją rodzicom z małymi dziećmi. Dla nich to superkomfortowe warunki. Mogą na fajnej, szerokiej kozetce, w czystym miejscu, przewinąć dziecko albo je nakarmić piersią – bo jest krzesełko. Korzystać z naszej komfortki mogą też seniorzy i osoby, które np. szukają spokojnego miejsca, aby podać sobie insulinę. Rozszerzyliśmy funkcjonalność komfortki i dzięki temu informacja o tym, że jest takie miejsce i można z niego korzystać, szybciej się rozchodzi wśród mieszkańców. Kierowaliśmy się zasadami projektowania uniwersalnego i chcieliśmy, żeby była dla każdego, kto jej z jakiegokolwiek powodu potrzebuje. I w komfortce plenerowej, i stacjonarnej niezbędne są: leżanka, podnośnik, ale też umywalka i półka na środki higieniczne.

Wprowadzenie komfortki do oferty urzędu ogłosiliście w kwietniu 2024 r. Jej debiut odbył się podczas wyborów miss?

(Śmiech).To były wybory, ale zupełnie inne. Wybory Pięknej z Rept. To najpiękniejsza jabłoń naszego rodzimego, odnawianego od kilku lat gatunku. Podczas tego festiwalu nagradzani są laureaci m.in. konkursu kulinarnego na najpyszniejsze potrawy z jabłek. Uczestnicy wydarzenia mogą również wylosować sadzonkę i zabrać ją do swojego ogrodu. Tarnowskie Góry mają srebro, ołów i cynk, mają niezwykłą historię, niesamowite podziemia i sztolnie, mają też tytuł UNESCO. Nie wszyscy wiedzą jednak, że mają też unikatowy gatunek jabłoni. Pochodzi z Rept Śląskich, czyli dzisiejszej dzielnicy Tarnowskich Gór, i pamięta czasy świetności rodu Donnersmarcków.

Czy od tamtej pory komfortka jest często wykorzystywana? Cieszy się zainteresowaniem?

 Na naszych miejskich wydarzeniach jak najbardziej. Oczywiście na tych, które trwają troszeczkę dłużej, bo jeżeli wydarzenie trwa godzinę czy dwie, to nie ma takiej potrzeby. Rozkładamy ją przy imprezach trwających cztery i więcej godzin. Także na wydarzeniach całodziennych. Mogą ją wypożyczać stowarzyszenia w naszym mieście, robią to rady dzielnic, ale również wszyscy, którzy tego potrzebują. Cieszy się zainteresowaniem, ale to jest proces. Mieszkańcy i turyści muszą się przyzwyczaić, że komfortka jest i dowiedzieć się, co to za miejsce. To nie jest dla wszystkich oczywiste. Właściwie informuję o niej przy każdej okazji. Mamy też bardzo dużo zapytań spoza Tarnowskich Gór. Jedni chcieliby ją wypożyczyć, inni pytają o rady, jak zrealizować taką komfortkę u siebie. Ostatnio pożyczyliśmy ją Tychom, które organizowały Senioriadę. Z naszych doświadczeń skorzystał Chełm, który kupił i wyposażył swoją komfortkę mobilną. Niedawno o radę pytał Ełk. W tamtym roku zostaliśmy nawet zaproszeni z komfortką na Orange Warsaw Festival. Niestety w ostatniej chwili wystąpiły jakieś komplikacje po stronie organizatora i ostatecznie nie pojechaliśmy. Komfortka plenerowa jest mobilna; może stanąć w dowolnym miejscu miasta lub na wydarzeniu.

Jakich rad udzielacie? Co trzeba zrobić, żeby mieć własną mobilną komfortkę?

Przede wszystkim trzeba chcieć i zorganizować budżet. Pewnie da się taniej, ale w naszym przypadku chodziło głównie o jakość i uniwersalność. Koszty, jakie w sumie ponieśliśmy, wyniosły około 30 tys. złotych. Była to pierwsza mobilna komfortka w Polsce w całości sfinansowana ze środków samorządu. Pewnie można ją też zrobić za kilkanaście tysięcy, ale na pewno nie będzie tak profesjonalna i uniwersalna jak nasza. Mamy do tego jeszcze parawan, gdyby była używana bez namiotu. Mamy podłogę do namiotu, jeżeli nawierzchnia będzie słabo utwardzona lub sypka. Jest też krzesełko transportowo -płachtowe, gdyby z jakiegoś powodu nie można było użyć podnośnika. Chyba pomyśleliśmy o wszystkim, i o to właśnie najbardziej mi chodziło. Bez budżetu i przychylności osób decyzyjnych tego się nie zrobi. Ja miałam szczęście. Przedstawiłam temat władzom miasta i uzyskałam zgodę na realizację. Miałam odpowiedni budżet, z którego mogłam korzystać. Wiem, że są miejsca, w których koordynator dostępności wykonuje swoje zadania na 1/8 etatu, a reszta jego etatu to inne i zawsze ważniejsze obowiązki i sprawy, a na dostępność ma najmniej czasu i zawsze jest ona na końcu. Mam nadzieję, że osoby decyzyjne w naszym kraju wreszcie zmienią podejście – bo tak nie da się robić dostępności. Często trzeba wykazać troszkę więcej inicjatywy i tę komfortkę „wydeptać”, wyprosić. Myślę, że trzeba być nieugiętym, by nie powiedzieć: namolnym. Chodzić za tym raz, drugi, trzeci, bo może się trafiło na słaby dzień szefa, a następnego dnia odpowiedź będzie inna. Moją zaletą – i moją wadą jednocześnie – jest to, że się nie poddaję, zwłaszcza jeśli wiem, że coś jest potrzebne i dobre, i że będzie z korzyścią dla mieszkańców, użytkowników i dla urzędu również. Wtedy pcham sprawę do przodu, dopóki się coś nie zadzieje, i z reguły się udaje. Czasami, nawet jeśli ktoś nie rozumie i nie wie, że to potrzebne, to trzeba mu dać trochę czasu, żeby przemyślał, zrozumiał, żeby się z tym zetknął, dokładnie usłyszał, co to takiego jest. Taka jest rola koordynatora, a niestety zdarza się, że jest on przypadkową osobą, z tzw. łapanki, i nie czuje tematów dostępnościowych, a co gorsza, nie czuje się też dobrze wśród osób z niepełnosprawnością. Znam koordynatorki i koordynatorów, którzy poddają się przy pierwszej odmowie, bo nie chcą mieć kłopotów, a w hierarchii są za nisko, żeby móc walczyć. To bardzo ważne, żeby koordynatorami ds. dostępności zostawały osoby, które chcą to robić i chcą się szkolić w tym kierunku. Mnie szkolenia pochłaniają ogrom czasu, trzeba być ciągle na bieżąco i ogarniać temat od klamki przez toaletę, krawężnik aż do strony internetowej. Powtarzam też często, że koordynator to trochę taki bohater w walce o dostępność i niestety, jeżeli nie ma supermocy czy nie dostanie gadżetów, to szału nie będzie. Koordynator musi też być odporny na hejt.

 Czy Pani spotkała się z hejtem?

Spotkałam się z minihejtem w internecie przy okazji prezentowania naszej komfortki po raz pierwszy. Nie wszyscy ze środowiska osób z niepełnosprawnością akceptowali fakt, że nie służy wyłącznie tym osobom i nie bardzo podobało się to, że korzystają z niej np. rodzice z małymi dziećmi, w momentach gdy akurat nie jest potrzebna osobom z niepełnosprawnością. Nikt na tym jednak nie traci, bo to nie jest tak, że stoi przed komfortką 50 osób w kolejce. Wręcz przeciwnie – zyskujemy, bo coraz więcej osób dowiaduje się, że ona jest i czym jest. Ta wiadomość idzie w świat. To właściwa promocja tego miejsca.

Wspominała Pani o tym, że wybierając wyposażenie, kierowała się również własnymi możliwościami obsługi tego miejsca. robi to Pani osobiście i samodzielnie?

Tak. Obsługuję tą komfortkę sama. Zdarza się czasami, że nie mogę gdzieś być, wtedy oddelegowane do tego są inne osoby. Jeżeli chodzi o kwestie higieniczno-sanitarne, to nie mogę niektórych rzeczy robić, dlatego też używamy wkładów absorbujących i staramy się, żeby wszystko było higieniczne. Podczas naszej dużej, trzydniowej miejskiej imprezy z tradycjami, zatytułowanej Gwarki, mieliśmy inspekcję sanitarną. Sprawdzano różne toalety, a pani z inspekcji przyszła też do komfortki. Byłam dumna, gdy powiedziała, że jeszcze czegoś tak fajnego, czystego, funkcjonalnego i zadbanego higienicznie nie widziała. Bałam się tej inspekcji, a teraz wiem, że mogę przestać się martwić, bo wszystko jest w porządku. Przy obsłudze komfortki mogę liczyć na pomoc osób z różnych wydziałów urzędu miejskiego. Na naszych imprezach są obecni pracownicy np. Wydziału Administracyjnego czy Wydziału Kultury, Turystyki i Promocji. Nie zostawiają mnie więc z tym zupełnie samej.

Wasza komfortka mobilna okazała się sukcesem, a jakie są szanse, że w mieście znajdzie się komfortka stacjonarna? Czy bierzecie ją pod uwagę w centrum aktywności społecznej, które ma powstać w Tarnowskich Górach?

Centrum Aktywności Społecznej to skomplikowany projekt, ale chodziło nam o to, by powstał lokal naprawdę dostępny dla wszystkich. Mamy w mieście budynki np. z dostosowanymi częściowo toaletami czy z windą. Jeden jest mniej, a inny bardziej dostępny, ale nie ma jeszcze modelowo dostępnego miejsca, w którym byłoby wszystko. Takim ma być w zamyśle Centrum Aktywności Społecznej #3 Miejsce. Myślimy o dostosowaniu go również dla osób Głuchych i niewidomych. Tak naprawdę dla każdego. Ma tu być więcej przestrzeni, ale wszystko rozbija się o finanse. Jesteśmy na etapie szukania funduszy. Nie wpisujemy się w żaden program funduszy europejskich. A to jesteśmy za mali, a to za duzi. Mamy za mały współczynnik dzietności lub liczbę seniorów. Zawsze coś. Liczyliśmy na dotację z PFRON, ale się przeliczyliśmy. Szukamy dalej. Może dzięki tej rozmowie znajdzie się sponsor... Do tej pory pomogła nam np. firma InPost. Mam nadzieję, że i tym razem się uda, a wtedy w Centrum znajdzie się komfortka. Jest przewidziane pomieszczenie, które się do tego nadaje, chociaż może zabraknie tam kilku centymetrów do ideału. Mamy już projekt. Na pewno będzie funkcjonalnie. Szukam też innych miejsc, w których można byłoby otworzyć komfortkę. W Tarnowskich Górach nie mamy ogromnych galerii handlowych, ale nie tracę nadziei, że znajdzie się u nas miejsce na niejedną stacjonarną komfortkę.

Skupiłyśmy się na komfortce, ale z pewnością miasto proponuje też inne rozwiązania w zakresie dostępności.

Cały czas coś się dzieje. Prowadzimy gruntowny remont budynku Urzędu Miejskiego. Napotykamy tu szereg ograniczeń. Staramy się zrobić remont tak, żeby budynek był dostępny również dla osób niewidomych, ale mamy bardzo wąskie korytarze, a ścian nie wyburzymy. Ścieżki naprowadzające nie zdadzą tu egzaminu, ale myślimy nad ciekawym rozwiązaniem. Wszędzie mamy pętle indukcyjne. W urzędzie jest dwuekranowy powiększalnik do czytania dokumentów, z ekranem do śledzenia prezentacji, oraz ramki ułatwiające składanie podpisów. Opracowaliśmy karty komunikacji, które ułatwiają pierwszy kontakt. Mamy materace ewakuacyjne, lupy, wygrzewarkę do druku wypukłego, metkownicę brajlowską, system TOTUPOINT i tablety z dostępem do tłumacza Polskiego Języka Migowego online. Jednym z ciekawych rozwiązań są uchwyty na kule i laski. Uznaję je za sukces, ponieważ osoby przychodzące do urzędu pytają, gdzie można takie coś kupić do swojego domu. To proste i intuicyjne rozwiązanie. Dzięki niemu jest bezpieczniej. Nikt się nie potyka o położone na podłodze kule. Mała rzecz, a okazała się strzałem w dziesiątkę. Odpowiadamy na potrzeby w miarę możliwości. To nie zawsze są rzeczy, których wprost wymagają od nas przepisy – stąd też trudniej je zrealizować. Podczas Pochodu Gwarkowskiego, który jest częścią Gwarków, seniorzy oglądają wydarzenie pod zadaszeniem komfortki, nienarażeni na trudne warunki atmosferyczne. Po przemarszu namiot staje się na powrót komfortką. Pochód Gwarkowski jest na Krajowej Liście Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego, a pierwszy raz wyruszył w 1957 r. To dumne miasto z tradycjami, dlatego też staram się, aby dostępność u nas też była tradycją. Podczas Gwarków mamy bezpieczną strefę dla osób ze zróżnicowanymi potrzebami i specjalne miejsce kiss & ride, żeby mogli łatwiej dotrzeć. Mamy też usługę mobilnego urzędnika. Do osoby, która ze względu na wiek, chorobę czy sprawowanie opieki nad osobą zależną nie może przyjechać do urzędu, przyjeżdża urzędnik i załatwia sprawę. Najczęściej jestem nim ja. Uważam, że to bardzo pożyteczne rozwiązanie. Świat nigdy nie będzie idealny i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał problem z opuszczeniem swojego mieszkania. Szkolę też pracowników. Uczę tworzenia dokumentów dostępnych, podnoszę świadomość. Opracowuję informacje i dokumenty w prostym języku czy w Ter. To bardzo ważne, żeby ludzie wszystko rozumieli. To nie dzieje się tak szybko, jak bym chciała, ale i tak dużo udaje się zrobić. Chciałabym się sklonować, bo teoretycznie jako koordynatorka powinnam tylko koordynować dostępność. Niestety, świat nie jest idealny, więc wiele spraw muszę ogarnąć sama. A moja doba ma tyle samo godzin, ile u innych.

Czy tarnowskie Góry są miastem dostępnym?

Myślę, że tak jak wszystkie miasta – nie. Nie jest to jednak wynik złej woli. Pracujemy w zabytkowej tkance miejskiej, robimy postępy, ale długo nie będzie efektu wow. Nie da się wyremontować wszystkich ulic naraz, obniżyć wszystkich krawężników, doposażyć każdego budynku w windę. Małe czy mniej zamożne miasteczka mają dramat. Niestety, dostępność nie jest odpowiednio finansowana. Czasami o środki na dostępność trzeba żebrać, chodząc od drzwi do drzwi. Nie tak powinno to wyglądać. Na pewno mamy świadomość takiej potrzeby. Są ludzie, którzy chcą to robić. U nas wszystkie wydziały konsultują inwestycje i różne zadania z Biurem ds. Dostępności. Wszyscy wspólnie nad tym myślimy, żeby zrobić jak najwięcej. Największym problemem są inwestycje, które były zaplanowane lata wstecz według starych projektów, w których tak naprawdę niewiele mogliśmy zmienić, ale nawet w takich miejscach staraliśmy się wetknąć w nie to, co było możliwe. Czasem udaje się zadbać o bardziej dostępne ciągi komunikacyjne, czasem o ławki, w których z jednej strony nie przeszkadza podłokietnik i można się przysiąść.

Słyszę, że we wszystkie projekty dostępnościowe angażuje się Pani osobiście, do tego stale się Pani dokształca. To chyba wykracza poza godziny pracy Biura ds. Dostępności?

Jestem trochę nadaktywna. To taka moja cecha charakteru, nie potrafię nic nie robić. Nie potrafię odpoczywać. Może to źle, ale chyba też o to chodzi, jeżeli chce się coś zrobić dobrze. Gdy się ma szczęście, że lubi się to, co się robi, to jest fajnie. Ja nie traktuję niektórych rzeczy jak pracę. Często udzielam się po godzinach w różnych aktywnościach związanych właśnie z dostępnością, ponieważ chcę, bo mnie to interesuje, bo czuję, że to fajne, że komuś pomaga. Nawet jeżeli czasami mam wrażenie, że jakiś efekt jest mały i mała skala, to czuję radość ze zmiany u każdego człowieka, któremu się pomoże. Niedawno z koleżanką założyłyśmy Fundację Dla Dostępności. Będziemy zajmować się wszystkim tym, czym nie może instytucja publiczna lub ma trudniej. Widziałyśmy taką ogromną potrzebę i zrobiłyśmy to. Obie mamy dużą wiedzę i doświadczenie w dostępności, ale tu też mamy pod górkę. Prawnie jesteśmy traktowane jak świeża fundacja bez historii, więc przez pierwszy rok wypadniemy z wielu grantów. Jestem też mamą. Mam dwie córki, ale już troszkę podrosły. Laura ma 10, a Nadia 13 lat. Stają się coraz bardziej samodzielne, a ja mogę więcej energii włożyć w inne sprawy. Dzięki temu, że zajmuję się dostępnością, one mają już je we krwi. Mam też adoptowaną psią córkę Holy. Ostatni rok był trudny, bo kończyłam licencjat z administracji ze specjalnością z dostępności, ale teraz będę miała mniej zadań. Zdobywam też uprawnienia audytorskie z dostępności cyfrowej i dostosowania do wymogów WCAG 2.1. Dostępność, a teraz też fundacja zajmują mi dużo czasu i przestrzeni, ale nadal znajduję go na dzieci, psa i ogród.

 Ma Pani jakieś szczególne marzenie związane z miastem?

Oczywiście. Szczególne marzenie, pewnie długo nie do spełnienia, to żeby wszystkie bariery zniknęły, żeby miasto stawało się bardziej dostępne dla wszystkich. Mamy starzejące się społeczeństwo. Ja mam świadomość, że to, co robię, pomoże też w przyszłości mnie, jeżeli będę miała szczęście się zestarzeć. O ile dziećmi jesteśmy wszyscy, to nie każdemu będzie dane się zestarzeć. Mam nadzieję, że dożyję wieku senioralnego i będę mogła skorzystać z tych wszystkich dobrodziejstw, które robią różni ludzie w mieście. I że nasz świat będzie dla mnie bardziej dostępny. Chciałabym, żeby istniała kontynuacja różnych inwestycji bez względu na zmiany władzy. I żeby na każdej miejskiej imprezie była piękna pogoda. Marzeniem jest też to, żeby dostępność weszła do szkół i przedszkoli. To ogólnopolski problem i ja go widzę. Takim dysonansem są dla mnie świetne i na szeroką skalę działania w edukacji akademickiej. Jednak jeżeli nie zadbamy o dostępne przedszkola, szkoły podstawowe i średnie, to na studia nie mamy szans. Nauczanie domowe, online czy indywidualne powinno być dobrowolną możliwością, a nie jedyną drogą. Chciałabym też, żeby moje miasto było bardziej bezglutenowe, ale o tym może opowiem przy innej okazji..

Wywiad ukazał się w numerze 3/2025 magazynu Integracja