Gdy przeprowadzałam się do Gdańska, miałam jedno zimowe marzenie: zobaczyć zaśnieżoną plażę. Znajomi pukali się w głowę, a Gdańszczanki wręcz mówiły, że w Gdańsku śnieg leży góra trzy dni w roku, i to na tych bardziej zadrzewionych obszarach. Po miesiącu przedzierania się przez zaspy i walki z nieodśnieżonymi chodnikami wiem, że trzeba uważać, o czym się marzy.
Choć oficjalne profile miasta prowadzą narrację zagrzewającą do boju, pełną pięknych słów o odśnieżonych chodnikach i ludziach dzielnie walczących na froncie przeciwko zimie, ja odnoszę wrażenie, że zima pokonała miasto. Choć jeżdżę na wózku całe życie, to nie pamiętam, by moje doświadczenia z Poznania, w którym studiowałam, czy też z miejscowości, z której pochodzę, były tak złe. Owszem, pamięć mam krótką jak złota rybka, bo nie lubię rozpamiętywać trudności i problemów, ale raczej zawsze udawało mi się dostać w konkretne miejsce. Ba, robiłam to samodzielnie, wiarę pokładając w akumulatory mojego wózka i czasem ryzykując życie jazdą po ulicy, zamiast nieodśnieżonym chodniku. Oczywiście pamiętam miejsca źle odśnieżone, pamiętam nadkładanie drogi, by dojść do celu, ale dostęp do głównych arterii i komunikacji miejskiej był zapewniony.
W Gdańsku tej zimy bywa tak, że przystanek autobusowy jest idealnie odśnieżony aż do kostki brukowej, ale wszystkie prowadzące do niego dojścia pokrywa gruba, 10-centymetrowa warstwa ubitego śniegu i lodu. Normą jest też, że chodniki wzdłuż głównych ulic i ważnych arterii od ulic oddzielone są ogromną zaspą. I ta zaspa nie znika przy przejściach dla pieszych – jest co najwyżej udeptana. Tak jakby ten, kto odśnieżał drogę dla samochodów, nie przejął się zupełnie tym, że pasy służą również pieszym.
Taki brak odśnieżania ma też zalety: kocie łby, które mam pod domem, zyskały gładkość szkła – tak równo śnieg na nich się osadził.
Zastanawiam się, co też takiego się stało, że zima zaskoczyła Gdańsk, ale też inne polskie miasta: koleżanki jeżdżące na wózkach piszą mi wręcz o niemożliwości wyjścia z domu z powodu braku odśnieżenia, a reportaże widziane w telewizji dokumentują, że to nie tylko nadmorski problem. Ja, w porównaniu z osobami uwięzionymi w domach, czuję się szczęściarą – mimo trudności udało mi się spełnić marzenie o plaży, a nawet więcej: piasek tak zamarzł, że można po nim bez problemu jeździć wózkiem elektrycznym. Pierwszy raz w dorosłym życiu mogę spacerować brzegiem morza – tego nikt się nie spodziewał!
Nie znam się na polityce ani administracji, ale wiem, że to nie pierwszy śnieg, który „zaatakował” nasz kraj. I nie ostatni. Wiem też, że problemy z poruszaniem dotyczą nie tylko osób z niepełnosprawnością ruchową. Uświadomiła mi to niedawno znajoma z niepełnosprawnością wzroku. Choć jest to oczywiste, gdy już się wie o tym, to wcześniej nie przeszło mi przez myśl, jak bardzo zima utrudnia poruszanie osobie, która polega na zmysłach innych niż wzrok. Nawet w przypadku najlepiej odśnieżonych fragmentów miast, w których żyłam, nie przypominam sobie, by ktoś zwracał uwagę, na doczyszczanie ścieżek dotykowych i pól uwagi dla osób z niepełnosprawnością wzroku! To spostrzeżenie popchnęło mnie ku kolejnym rozmyślaniom. Czy w miastach znajdują się mapy ścieżek dotykowych? Czy osoby odśnieżające są szkolone na temat tego, jak odśnieżać – że chodzi nie tylko o przejście na szerokość łopaty, ale też o uwzględnienie potrzeb różnych mieszkańców? Czy są opracowane techniki takiego odśnieżania ścieżek dotykowych, aby ich nie uszkodzić – w wielu miastach widziałam je oderwane od chodnika? W końcu: czy ktokolwiek rozumie, że odśnieżanie dla ogromnej grupy populacji nie jest tylko ułatwieniem im poruszania się, ale wręcz koniecznością, by mogły wydostać się z domu? Nie znam odpowiedzi na te pytania, choć moje przeczucia do miłych nie należą. Sądzę, że w świecie, w którym dostępność odmienia się przez wszystkie przypadki, w kwestii śniegu zostało jeszcze wiele do zrozumienia.
Artykuł pochodzi z numeru 1/2026 magazynu „Integracja”.
Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.






