Dr Agnieszka Kopacz – zaangażowana nauczycielka języka polskiego i informatyki, pasjonatka, która zmienia szkołę swoim kreatywnym podejściem do nauczania, uczniów i otwartością na różnorodność, nagrodzona tytułem nauczyciel Roku 2025, opowiada nam o codzienności z ADHD, sali nr 28 i szkolnych wyzwaniach.

Ilona Berezowska: Cofnijmy się do czasu, w którym była Pani uczennicą i dyslektyczką. Znalazła Pani zrozumienie i akceptację czy raczej trafiła Pani do kategorii: zdolna, ale leniwa?

Anna Kopacz: Z dysleksją to długa historia. Zawsze podkreślam, że miałam ogromne szczęście do nauczycieli. Diagnozę dostałam dopiero w klasie czwartej lub piątej, a trudności w nauce na poziomie czytania i pisania były zauważalne już wcześniej. Z tego względu miałam mieć nawet odroczoną pierwszą klasę. Nie radziłam sobie z podstawowymi ćwiczeniami czy zadaniami. Natomiast zarówno moi rodzice, jak i nauczyciele, którzy mnie otaczali, mówili, że jestem za mądra na to, żeby nie iść dalej, by się nie rozwijać. W związku z tym całe wakacje przed pierwszą klasą spędziłam na terapii logopedyczno-pedagogicznej. Od pierwszej klasy podstawówki aż do trzeciej gimnazjum, czyli przez dziewięć lat, uczęszczałam na różnego rodzaju terapie. Byłam trudną uczennicą. Nie ukrywam, że bez wsparcia systemowego i domowego na pewno nie osiągnęłabym takiego sukcesu szkolnego.

Sukcesu szkolnego i chyba również naukowego. Obroniła Pani dwa doktoraty.

Tak. Trudności szkolne występowały w natężonym stopniu do trzeciej klasy gimnazjum. W liceum właściwie nikt tego nie dostrzegał. Wielu nauczycieli w liceum sugerowało, że ta diagnoza jest troszeczkę naciągana. Uważali, że jestem za zdolna na dysleksję. To były zresztą początki funkcjonowania tych zaświadczeń, w związku z czym nauczyciele raczej nie uważali, że to jest problem, którym należy się kierować, oceniając prace. Natomiast zarówno moja wychowawczyni, która uczyła matematyki, jak i polonistka brały pod uwagę, że mogę się pomylić i że to nie znaczy, że się nie nauczyłam. Nigdy nie usłyszałam, że nie staram się, że coś jest moją winą. Doktoratu pewnie bym nie zrobiła, gdybym nie trafiła na doskonałego promotora. Moim promotorem pierwszej pracy doktorskiej był prof. Sławomir Żurek, osoba energiczna, wspaniały mentor. Zauważył we mnie błysk i zaprosił do zrobienia doktoratu, a nawet dzięki niemu otrzymałam pozwolenie dziekana Wydziału Humanistycznego KUL-u na zrobienie czwartego i piątego roku studiów w rok. To pozwoliło mi chodzić do niego na seminarium.

Diagnoza dysleksji pojawiła się w szkole, a kiedy otrzymała Pani diagnozę spektrum autyzmu i co spowodowało, że jej Pani szukała?

Zaczęło się, kiedy wyszłam za mąż. Mój syn pojawił się na świecie rok później. Początkowo sugerowano, że moje objawy to jest depresja poporodowa. Później poszłam do pracy i doszedł hałas. Mówiono, że skoro jestem młodą matką, niedospaną, no to być może jestem tak zmęczona. W sumie diagnozowanie, sugerowanie problemów zdrowotnych i z hormonami trwało 9 lat. W zeszłym roku postawiono mi diagnozę ADHD i włączono leki, wcześniej, tzn. 3 lata temu, podczas terapii, zasugerowano spektrum autyzmu. Nie ukrywam, że bardzo mi to pomogło uporządkować wiedzę o sobie, o tym, co robię, i o tym, jak powinnam pracować. Przyniosło to dużą ulgęw moim funkcjonowaniu.

Teraz ma Pani 36 lat. Większość swojej 10-letniej kariery w szkole nie znała Pani diagnozy, a szkoła to miejsce pełne bodźców. Zwłaszcza teraz, gdy pracuje Pani w dużej placówce. Jak sobie Pani z tym radzi?

Zaczynałam pracę od gimnazjum, i to gimnazjum było stosunkowo niewielkie, a przede wszystkim bardzo uporządkowane. Jestem wdzięczna mojej pierwszej dyrekcji za to środowisko pracy. Ono i pewnego rodzaju struktura bardzo mocno wspierały moje funkcjonowanie. Później przeniosłam się do bardzo małej, prywatnej szkoły, a potem rzeczywiście pojawiły się molochy, w których już nie było takiej uporządkowanej przestrzeni, był hałas, mnóstwo społecznych interakcji. Przyniosło to całkiem sporo problemów. Teraz pracuję w dużej placówce. Mamy 500 uczniów i udaje mi się to wszystko pogodzić. Trzeba przede wszystkim mieć wiedzę na ten temat. A ja zaczęłam ją intensywnie zdobywać dopiero 3 lata temu, po diagnozie. To jak sobie Pani radziła z problemami przed zdobyciem tej wiedzy? To jest ciekawe. Pochodzę z rodziny, w której każdy powinien jakiś papier mieć, i może dlatego też nie dostrzegałam, że to jest coś niezwykłego. Jestem nadwrażliwa na światło, ale tak samo ma moja mama, tak miał mój tata. Wszyscy nosiliśmy ciemne okulary, wszyscy jesteśmy z natury trochę samotnikami, w związku z czym nie było w domu problemu z wyciszeniem się. W szkole mam salę na końcu świata, i to jest bardzo wygodne rozwiązanie, choć tak się złożyło przypadkowo. Gdy jestem przebodźcowana, to bardzo łatwo mogę wyjść z budynku na przykład na krótki spacer. Mam swoje bezpieczne miejsca w szkole, do których po prostu idę. Moja sala jest bardzo przyjazna dla autystyków, bo choć ma mnóstwo kolorów, to i słuchawki wyciszające, i gniotki, i generalnie taką przestrzeń, w której można odpocząć.

Mówi Pani o sali 28? Tej, w której prowadzi Pani pracownię języka polskiego i wprowadza ciekawe rozwiązania typu escape room literacki?

Zgadza się. Escape room realizuję w mojej sali. To moje centrum dowodzenia. Mam przyjaciela w szkole, który uczy matematyki, Krzysztofa Jasińskiego. On również ma nietypową salę, nr 67. Razem realizujemy gry, escape roomy i innowacje pedagogiczne. Nie ukrywam, że taka bliska osoba bardzo wspiera. Moja sala jest po prostu moją salą. Wszyscy wiedzą, że odzwierciedla to, w jaki sposób prowadzę lekcje, w jaki sposób myślę i czuję. Jest w niej mnóstwo zdjęć z różnego rodzaju projektów. Uczniowie doklejają je do tablic. Zostawiają też figurki, projekty, pamiątki. To takie miejsce, gdzie każda rzecz ma swoją historię.

Czy prowadzenie kreatywnych, nietypowych zajęć nie jest dla Pani wyczerpujące?

Mnie akurat męczy taka forma, że ja gadam, a inni słuchają. Uczniowie widzą, że to nadal jest normalna lekcja, tylko forma powoduje dodatkowy bodziec, żeby pracować. Mamy też zwykłe lekcje z podręcznikiem, no wprawdzie teraz już z tablicą interaktywną, a nie zwykłą. Staram się prowadzić lekcje z zaangażowaniem. Natomiast praca w szkole z zasady jest wyczerpująca, zwłaszcza jeśli chce się w tę pracę zaangażować.

W którymś wywiadzie powiedziała Pani, że każdy rok szkolny kończy Pani chorobą. Dlaczego?

Rzeczywiście tak jest. Mam tak od drugiej klasy podstawówki. Każde wakacje zaczynam od chorowania. Mam nadzieję, że coraz powszechniejsze będzie dbanie o siebie. Nauczyciele niestety, zwłaszcza w czerwcu, zapominają, że jesteśmy ludźmi, i to, że mamy wakacje, a właściwie urlop, to coś zwyczajnego. Powinniśmy dać sobie odpocząć. W czerwcu przeżywam duże natężenie pracy, od majowego sprawdzania matur, przez wycieczki, do zakończenia różnego rodzaju projektów. Na koniec czerwca zawsze jest u mnie choroba. I po dwóch tygodniach zaczynam odczuwać, że już jest w porządku i mogę zacząć odpoczywać, a nie chorować.

Miała Pani szczęście i na każdym etapie trafiła Pani na nauczycieli, a później na pracodawców, którzy nawet jeśli nie pomagali, to przynajmniej nie przeszkadzali. Czy we współczesnej szkole jest miejsce dla uczniów neuroatypowych, dla tych ze spektrum autyzmu?

To zależy. Każde dziecko ze spektrum jest inne. Nie można porównywać dwojga dzieci, dwojga nauczycieli. Każdy powinien znaleźć takie miejsce, które będzie dla niego odpowiednie. Mam ucznia, który dopiero teraz, w czwartej klasie, dostanie orzeczenie. Wcześniej żadnego dokumentu nie miał, bo rodzice uważali, że to bzdura. I teraz proszę sobie wyobrazić dziecko, które przez 18 lat słyszało, że musi bardziej się postarać. Bardziej się postarać, żeby funkcjonować w hałasie. Bardziej się postarać, żeby być normalne. Dla autystyków – czy w ogóle dla osób neuroróżnorodnych – najgorsza rada, najgorsza rzecz, którą można usłyszeć, to: bądź w końcu normalny. Przez większość życia starałam się być normalna, ale tak się nie da. Przestałam wierzyć, że przyjdę do szkoły i będę wyglądała jak uporządkowana nauczycielka. Niezależnie od tego, jak się przygotuję dzień wcześniej, wyglądam jak „cygan”. Mam jedną torbę, drugą, trzecią, jakieś materiały, śniadanie. Moje rozpakowywanie może wyglądać jak mały chaos. Uczniowie nauczyli się to akceptować, tak samo jak ja akceptuję pewnego rodzaju dziwactwa i specyfikę funkcjonowania mojej klasy wychowawczej. Moi uczniowie mają swoje zwyczaje, które po prostu uznałam, że są ich. Nikomu nie robię krzywdy tym, że wyglądam troszeczkę śmiesznie w niektórych momentach, na przykład gdy się potykam o własne nogi. Mimo wszystko pewnych rzeczy się już nie wypracuje, a maskowanie się i dostosowywanie się do normalności bardzo męczy i wypala.

Pozwala Pani na nietypowe zachowania uczniów, ale to nie oznacza obniżania poprzeczki. Ma Pani opinię wymagającej, ale sprawiedliwej przy stawianiu ocen. Jak uczniowie to przyjmują, wiedząc, że nie zawsze jest Pani na 100 procent?

Staram się być sprawiedliwa. A moje 100 procent? Niczego nie udaję. Gdy nawalam, a czasami tak się dzieje, to ponoszę konsekwencje. Gdy się spóźnię z oddaniem sprawdzianu, to proponuję uczniom, że dopisujemy każdemu 2 punkty. Trzy razy w życiu zgubiłam pracę ucznia, to postawiłam szóstki. Oni wiedzą, że gdy coś zgubię, to się przyznam i poniosę konsekwencje. Nie chodzi o to, żeby być zawsze na 100 procent, tylko żeby pokazać, że jest jakieś działanie i jest tego skutek. Są rzeczy błahe, ale są też istotne. Tak jak w naszym dorosłym życiu. Z jednej strony jest bezduszne patrzenie na procenty ucznia, ale z drugiej strony doceniam też zaangażowanie. Uczniowie czują, że ocena jest informacją zwrotną. Nie stawiam ocen za karę. Stawiam je z intencją pokazania uczniowi, ile umie albo co jeszcze może poprawić. Największą zmorą uczniów w zakresie języka polskiego są wypracowania. Uczniowie nie czytają, w związku z czym gorzej piszą. Wprowadziłam możliwość poprawy wypracowań. Jeśli widzę potencjał w jakiejś pracy, to proszę, żeby uczeń przyszedł na konsultacje i zdanie po zdaniu pozwalam mu poprawić tak, żeby miał wyższą ocenę. Nie zależy mi na tym, żeby ocenić pracę na zero czy dziesięć procent, albo na siedzeniu w ławce i słuchaniu. Zależy mi na tym, żeby uczeń się nauczył.

A co z uczniami, którzy nie mają w sobie energii, chęci do innowacji i nie czują się dobrze z pomysłem brania udziału w grach terenowych?

Są tacy uczniowie i są takie klasy. Jeśli to większa grupa, to dostosowuję do niej metody. Nie próbuję ich na siłę gdzieś zabierać. Jeśli są to pojedynczy uczniowie, to staram się dogadać z nimi, zapytać, czy coś jest dla nich niekomfortowe, z jakiego powodu, i znaleźć wspólne rozwiązanie. Staram się nie zwalniać ze wszystkiego. Mamy debaty albo konferencje uczniowskie, i to jest ćwiczenie, które ma przygotować uczniów do dorosłego życia, do prezentacji przed zespołem. Wiadomo, że jeżeli ktoś pierwszy raz mówi do mikrofonu, to ma tremę, i tego się nie uniknie, ale próbuję wtedy wytłumaczyć to uczniom, zapytać, czy wolą przeżyć tę tremę teraz, czy wtedy, kiedy będą mieli ważną prezentację na studiach, czy w pracy. No i oni mówią: „no w sumie to teraz”. W momencie kiedy biorą mikrofon do ręki, zachwyceni nie są, ale po czterech latach usłyszałam, że nigdy by się nie spodziewali, że na języku polskim nauczą się przede wszystkim mówienia.

A jak Pani przekonuje młodych ludzi do czytania książek?

Sama uważam, że czytanie jest wspaniałe, i bardzo dużo czytam. Uważam też, że największą szkodą, jaką można zrobić w szkole, jest przymus czytania lektur. Jeżeli ktoś z góry wie, że musi przeczytać książkę, to automatycznie będzie się buntować. Większość ludzi ma taką reakcję zwrotną. Jest tak trochę jak u Gombrowicza ze zdaniem „Słowacki wielkim poetą był”. W związku z tym bardzo często staram się bazować na fragmentach, dzięki czemu uczniowie czytają na lekcji. Nie ma takiego skutku, że zadaję do domu i potem okazuje się, że nikt nie przeczytał. U mnie przeczytają na lekcji fragmenty, a później o nich rozmawiamy. Mam przekonanie, że zachęcić uczniów do czytania można w czwartej klasie liceum, ale dlatego, że są to lektury, które ich interesują. czytają Orwella, literaturę PRL-u, która jest napisana językiem zrozumiałym dla młodzieży, i mówią, że przeczytali, i nie było źle.

A czy rozmawiacie o organizacji czasu i dotrzymywaniu terminów? Mówi Pani o swoich doświadczeniach?

Przekonywać mogę jedynie własnym przykładem. Pokazuję uczniom, z jakich narzędzi korzystam, żeby się trzymać terminów. Wiedzą, że mam swój zeszyt w kropki. często o nim wspominam. Pokazuję uczniom swój kalendarz, przypominajki. ADHD wymaga od Pani niestandardowego zarządzania czasem, ma Pani sporo obowiązków szkolnych i domowych, a mimo to zdecydowała się Pani dodać sobie pracy i prowadzić blog Cyfrowy Brulion. Blog jest przy okazji. Jest pewnego rodzaju zapisem mojej pracy. Wszystkie osoby neuroróżnorodne lubią zajmować się tym, co je interesuje. A moją pasją zawsze była szkoła. Jedynym wyzwaniem w tym planie dnia jest to, żeby mój mózg się nie nudził. W dzień, w którym przeplata się informatyka i język polski, naprawdę mniej się męczę, niż gdy mam siedem lekcji języka polskiego z rzędu. Dla mnie to połączenie jest wspaniałe, bo obecnie czytamy głównie teksty w internecie. Przestrzeń cyfrowa jest nam bardzo bliska. Dzięki temu połączeniu łatwo mi się tworzy różnego rodzaju narzędzia. chwalę sobie taki układ. Staram się jednak mieć bufory czasowe, w których mogę odpocząć, dzięki czemu szybciej motywuję się do niektórych rzeczy. Mam i autyzm, i ADHD, ale na szczęście ta część autystyczna jest odpowiedzialna za planowanie. Przeczytałam też wiele książek, które pomogły mi zorganizować czas. Jako uczennica pamiętam, że żonglowałam przedmiotami. Najpierw uczyłam się polskiego, za chwilę była matematyka, a później znowu historia i tak dalej. Mój mózg się wtedy nie nudził. Intuicyjnie czułam, że to dla mnie ważne. Jako osoba dorosła przeplatam obowiązki domowe. W szkole na przykład bardzo często chodzę. Staram się oczywiście niegłośno, żeby uczniowie mogli się skupić, na przykład na pisaniu.

Przeczytałam, że przez pewien czas żałowała Pani bycia nauczycielką, i w ogóle wyboru polonistyki i pójścia w stronę szkoły.

Do dzisiaj żałuję. Z jednej strony to jest wspaniała praca, z drugiej – moje dziecko, gdy na przykład robię ciasto w domu, to pyta, czy to jest dla uczniów, czy dla niego. I to jest pewnego rodzaju straszna diagnoza tego, jak ja pracuję. Szkoła jest przestrzenią, z której się łatwo nie wychodzi. Nawet w czasie ferii trzeba w szkole coś zrobić, na co nie ma czasu w normalnym trybie. Na przykład uporządkować salę i mieć jakiś system tego uporządkowania. Nie można tego zrobić, kiedy są uczniowie. Zaczęłam liczyć godziny pracy i wyszło mi, że np. w grudniu – mimo przerwy świątecznej – pracowałam 158 godzin.

A jak Pani sobie radzi z przestrzenią mediów społecznościowych? uczniowie spędzają tam mnóstwo czasu. Wiem, że macie grupę na WhatsAppie i jest Pani dostępna dla uczniów, ale czy nie obawia się Pani, że scrollowanie dostarcza szybkiej dopaminy mózgowi?

Znałam problem wcześniej. Mój tata był informatykiem. Już w wieku 11 lat wiedziałam, że gry komputerowe wciągają. Jestem świadoma, że media społecznościowe potrafią wciągnąć. Nakładam na nie limit, podobnie jak na seriale. To po pierwsze uzależnia, a po drugie zmienia sposób myślenia na płytszy. Nie krytykuję. Wiem, że internet stwarza szanse, otwiera możliwości, ale bywa też groźny. O tym w szkole trzeba mówić. Pani szkoła to miejsce inkluzywne i akceptujące, a jak to wygląda systemowo? System jest w ogóle nieprzygotowany. I powiem szczerze, że u mnie w szkole, mimo że się bardzo staramy, niektórych potrzeb uczniów nie da się zaspokoić. Uczeń ze spektrum autyzmu często powinien mieć nauczyciela wspomagającego. Na etapie liceum taki pedagog jest bardzo rzadko. Jeżeli tych uczniów jest więcej niż jeden w klasie, to nauczyciel nie ma szansy się rozdzielić. Mam klasę złożoną z 33 uczniów i nie jestem w stanie w ciągu 45 minut każdemu z nich poświęcić uwagi. System jest przeciążony pod względem liczbowym. Każdy ma swoje potrzeby. Niektóre dzieci, niektórzy młodzi ludzie potrzebują po prostu mniejszej szkoły. Potrzebują więcej cierpliwości. I są takie szkoły, tylko rodzice często wysyłają te dzieci do masowej placówki, a okazuje się, że one wtedy ponoszą porażki. Nie edukacyjne, tylko po prostu jest dla nich za głośno, jest za dużo ludzi, za dużo interakcji społecznych. Problemy systemu nie dotyczą jedynie uczniów neuroróżnorodnych. Powinniśmy się zastanowić nad uczniami zdolnymi, którzy nam w tym wszystkim umykają. W mojej szkole jest tutoring, ale tylko jedną godzinę w tygodniu, a powinny być specjalne ścieżki dla dzieci zdolnych.

Szkołę skończyłam bardzo dawno temu, ale zapamiętałam, że to nie było miejsce nastawione na indywidualizm ucznia. Po prostu realizowało się program. Jak jest teraz?

Jest różnie. Ja sobie nie wyobrażam, żeby patrzeć na uczniów przez pryzmat masowości, gdyż doświadczyłam edukacji, w której mogłam być sobą. Nauczyciele nas bardzo dobrze znali. Natomiast niewielu jest nauczycieli, którzy w taki sposób pracują. I to nie ich wina. Nie tylko zdolni uczniowie giną w systemie, zdolni nauczyciele też, dlatego że są niewygodni, chcą czegoś więcej, a reszta musi ich jakoś zaakceptować. W ogóle oryginalność w polskiej szkole się nie broni. Dlatego rośnie w Polsce kryzys nauczycielski.

Jak wygląda współpraca, komunikacja między szkołą a rodzicami?

Muszę powiedzieć, że w mojej klasie mam cudownych rodziców. Natomiast spotykam się z wieloma rodzicami i zdarzają się niewspółpracujący. Najbardziej jednak drażnią mnie ci, którzy próbują oszukać system: usprawiedliwiają wagary, dają przyzwolenie na unikanie klasówek, pomagają unikać konsekwencji. Zdarzają się też demotywujące uwagi ze strony rodziców. Staram się być sprawiedliwa przy ocenianiu, co czasami oznacza słabe oceny. Wtedy dzieją się różne rzeczy: ktoś przekręca to, co powiedziałam na lekcji, są też niezgodności co do terminowości i inne sytuacje. Na szczęście jest ich coraz mniej. Nie wystawiam ocen na podstawie swojego humoru i nie lubię wystawiać jedynek.

Czy tytuł nauczyciela Roku coś zmienia w Pani pracy?

Jedynie to, że instytucje, które wcześniej nie chciały ze mną rozmawiać, stają się bardziej otwarte na patronaty czy współpracę, ale na moją codzienną pracę to nie wpłynęło.

Jakie ma Pani marzenia dotyczące szkoły? Jaka ona powinna być?

Chciałabym, żeby uczniowie wychodzili ze szkoły z przekonaniem, że był to czas rozwoju i poznawania przyjaciół, rozwijania siebie i żeby wspominali ten okres z dużym sentymentem. Nie mam jednej konkretnej wizji szkoły. Każdy uczeń potrzebuje czegoś innego. Mam marzenie, żeby szkoła była miejscem dialogu, takim, w którym jest przestrzeń dla innych, dla atypowych, różnorodnych uczniów. Żeby każdy mógł rozwijać się w swoim tempie i na swój sposób, bo wtedy naprawdę możemy odkryć talenty.

A czego życzyłaby Pani sobie?

Na pewno zostanę w szkole, przynajmniej w jakiejś części, a tytuł Nauczyciela Roku dodał mi trochę odwagi do działania. Może też przełoży się to na inną działalność. chciałabym poszukać równowagi, spokoju w swoim życiu i w pracy.


Tekst łatwy do czytania 

Tekst opowiada o Agnieszce Kopacz.
Jest ona nauczycielką języka polskiego i informatyki.
W 2025 roku dostała ważną nagrodę – tytuł Nauczyciela Roku.
Pani Agnieszka jest osobą neuroróżnorodną.
Oznacza to, że jej mózg pracuje trochę inaczej.
Jako dziecko pani Agnieszka miała duże problemy w szkole.
Nauczyciele zauważyli jej trudności z czytaniem i pisaniem.
Przez 9 lat musiała chodzić na różne terapie.
Mimo to udało jej się skończyć szkołę.
Pani Agnieszka musiała dalej dużo się uczyć i napisała ważne książki.
Dziś sama pomaga uczniom.
Pani Agnieszka uczy w szkole w sali numer 28.
To wyjątkowe miejsce.
Są tam kolorowe pomoce, słuchawki wyciszające.
Są w tej sali też specjalne gniotki dla uczniów, którzy potrzebują spokoju.
Nauczycielka prowadzi ciekawe lekcje, na przykład pokoje zagadek.
Współpracuje z innym nauczycielem, Krzysztofem, przygotowują gry dla uczniów.
Pani Agnieszka jest bardzo szczera.
Jeśli zgubi pracę ucznia, przyznaje się do błędu i stawia mu dobrą ocenę
jako przeprosiny.
Nie każe nikomu być „normalnym” na siłę, czyli udawać kogoś innego.
Uważa, że udawanie kogoś innego bardzo męczy.
Sama czasem przychodzi do szkoły z wieloma torbami i wygląda
na nieuporządkowaną. Uczniowie akceptują panią Agnieszkę taką, jaka jest.
Praca w hałasie jest dla niej trudna.
W czerwcu, czyli pod koniec roku szkolnego, często choruje ze zmęczenia.
Marzy o szkole, w której każdy uczeń znajdzie dla siebie bezpieczne miejsce i przyjaciół.


Artykuł pochodzi z numeru 1/2026 magazynu „Integracja”. 

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.

Okładki 1 numeru magazynu Integracja w 2026. Na jednej jest Barbara Tukendorf a na drugiej uczestnicy programu Autentyczni.