Kolejny mroźny dzień. Profesor Joanna Jurewicz wychodzi na spacer z psami. Zwyczajny, krótki, codzienny, ale dla niej jest wyprawą na Mount Everest. Tylko parę minut, ale trzeba się ubrać. Warstwy, kaptur, rękawiczki. Ograniczone widzenie, wolniejsze ruchy. Co może się stać blisko domu, na znanej trasie? Zanim wróci do domu, zgubi 100 zł, przewróci się na śniegu, zapomni o worku ze śmieciami. Zauważy go, gdy pies już wyżre zawartość.

To kolejny przegrany bój ze światem. Spacer skończy się poczuciem porażki. Każde wyjście z domu to wyzwanie. Ktoś coś remontuje, gdzieś ktoś krzyczy do telefonu, gwałtownie hamuje autobus, klakson drażni uszy, pojemnik na śmieci z hukiem ląduje w śmieciarce. Dźwiękowy tor przeszkód. Nikt niczego nie zauważa.

Urocza, uśmiechająca się, ciepła kobieta, profesorka, naukowiec z osiągnięciami, matka. Uprzejma, taktowna, elegancka, cicha, wysokofunkcjonująca. Widać tylko tyle. Powierzchnię, taflę lodu, o której napisała książkę. Jej życie toczy się pod lodem.

Na zewnątrz opanowana, wewnątrz – ranne zwierzę

W autobiograficznej książce Pod lodem swoje wnętrze porównała do psa przyniesionego ze schroniska, który skurczony ze strachu czeka na cios. Drży, skulony pod krzesłem, nie ma odwagi podejść do miski. Długo nie wiedziała, dlaczego żyje w lęku. Nie było powodu. Nauczyła się działać na poziomie operacyjnym.

– Robię to od lat. Do popołudniowego wyjścia szykuję się od rana. A potem wracam, załatwiwszy swoją sprawę, i mówię do siebie: „Popatrz, to nie było wcale takie trudne”. Następnego dnia wszystko zaczyna się od nowa. Chodzę po ulicach taka teraz okutana szalikiem, czapką, i w poczuciu zagrożenia. Nie umiem powiedzieć, co miałoby się wydarzyć. Przez te zimowe ubrania nie mogę kontrolować, czy ktoś nie jest za blisko, skąd te dźwięki. To dla mnie trudne.

Z lękiem żyje od dawna

Leki pomagają fizycznie. Już nie czuje ucisku, supła w brzuchu, który nie chciał się poluzować wiele dni z rzędu, ale nadal pozostaje w gotowości, skoncentrowana na niezidentyfikowanych zagrożeniach.

– Kiedyś miałam silne lęki związane ze śmiercią, z przemijaniem. W czasach studenckich upijałam się na smutno, przypominałam innym, że wszyscy umrzemy. Dzisiaj jest lepiej, ale nadal źle znoszę, gdy dzieje się coś niespodziewanego. Ostatnio byłyśmy z córką w Paryżu. Tylko dwa dni. Na chwilę straciłam ją z oczu. Nic się nie wydarzyło. Czekała na zewnątrz, ale ja poczułam, że spoiwa mojego świata się rozjeżdżają, bo znalazłam się w zaskakującej sytuacji.

W świecie, który jest dla niej za głośny, za szybki, zbyt wymagający, niewyrozumiały, przetrwała, udając normalną. Udawała normalną córkę, normalną uczennicę, żonę, matkę, naukowczynię. Aż tama pękła i nie dało się już ukrywać autyzmu i ADHD pod lodem. Zaczęło się od łez.

– Dużo płakałam. Czasami czułam się tak strasznie przeciążona, że wszystko zawalałam, kładłam się na łóżku i przez dwie godziny płakałam. W okolicach rozwodu płakałam permanentnie. Wtedy dostałam pierwsze antydepresanty i trafiłam do psychiatry. Chodziłam na terapię. Tam usłyszałam, że powinnam się zdiagnozować w kierunku autyzmu. Niczego nie wiedziałam o autyzmie. Wydawało mi się, że skoro w cyfrach jestem tragiczna i radzę sobie w życiu codziennym, to nie może być to – a jednak było.

Diagnoza nie zmieniła jej życia

Świat nie stał się cichy, miły i przyjazny, a emocje innych ludzi nie stały się otwartą księgą. Przyniosła uspokojenie, ulgę i zrozumienie. Wszystkie niezałatwione w urzędach sprawy, nieporozumienia, niezrozumiałe lęki, zawalone terminy, stracone szanse nabrały sensu.

– Kilka miesięcy po diagnozie napisałam książkę, która właściwie pisała się sama, wylewała się ze mnie. Opisałam tam, że składam się z ciała i lodu. Opisałam tę wewnętrzną szamotaninę, lęk, smutek, pokazałam to mieszkające we mnie przestraszone zwierzę. Diagnoza dała mi prawo do bycia sobą. Teraz mówię w urzędzie, że nie rozumiem, że mam autyzm, i ludzie mi pomagają. Teraz wiem, że muszę czasem szukać pomocy. Wracając z Paryża, z tej wspólnej wycieczki z córką, byłam na lotnisku zupełnie roztrzęsiona, zmęczona. Rozumiejąc, co się ze mną dzieje, poprosiłyśmy o asystencję i bardzo szybko otrzymałyśmy opiekę, a ja już wtedy kiwałam się do przodu i tyłu, nic nie rozumiejąc, chociaż przecież to nie pierwsza podróż. Doświadczenie niczego mnie nie uczy. Gdy jechałyśmy do Paryża, byłam maksymalnie skupiona, a mimo to zostawiłam portfel w pojemniku po kontroli. Przygód mi nie brakuje.

Podróży odbyła wiele

Jako indolog kilka razy odwiedziła Indie. Kraj, w którym klakson zastępuje przepisy drogowe, codzienność rządzi się odwiecznymi, niepisanymi prawami, gdzie krzyk może określać pozycję społeczną. Tam właśnie, w świecie tak odmiennym od jej codzienności, poczuła się dobrze.

– Nie wiem, jak to zrobiłam. Przerażał mnie brud, bieda, ale miałam też takie poczucie, że ja nic nie rozumiem i oglądam film z pewnego dystansu. Wszystko mnie fascynowało, ale jednocześnie było takie inne, że nie czułam potrzeby, żeby to wszystko zrozumieć i się do tego dostosować. Nie musiałam się maskować, bo i tak nie wiedziałam, jakie maski założyć. Poczułam się tam dobrze. Nawet w trudnych sytuacjach potrafiłam zachować spokój i zareagować intuicyjnie tak, jak należało.

Kultura i filozofia Indii zafascynowały ją jeszcze w dzieciństwie. W domu pełnym dyskusji, filozofii, książek jej ojciec czytał przekłady najważniejszych ksiąg filozoficznych i religijnych świata. I to on podsunął jej Bhagawadgitę [Pieśń Pana – święty tekst hinduizmu – IB].

– Przeczytałam ją jednym tchem i poczułam, że chcę właśnie o takiej kulturze, takiej filozofii się dowiadywać coraz więcej. Ważne było też to, że Bóg w tej filozofii wcale nie jest tylko dobry. Jest i dobry, i zły, co mi rozwiązywało moje różne problemy z dobrym Bogiem i cierpieniem na świecie.

Na własnym podwórku intuicja nigdy nie dochodziła do głosu

Tu jej orężem było aktorstwo, udawanie, że sobie radzi, udawanie, że wszystko jest w porządku. Wiele razy nie dostawała tego, co powinna, na czym jej zależało, co należało zrobić, bo nie mogła przyznać się przed sobą i przed ludźmi, że nie zrozumiała tajnego języka urzędników, wymagań społecznych, skomplikowanych relacji międzyludzkich. Networking jest jej obcy, nie buduje więzi zawodowych, nie wie, jak wchodzić w koalicje. Czasem jej pomysły, nawet te świetne, wyjątkowe, z szansą na zauważenie w naukowym świecie, nie wychodzą z szuflady, nie błyszczą na prezentacjach, nie przebijają się do realizacji. Nad tym jeszcze pracuje. Podobnie jak nad akceptowaniem zmian.

– Długi czas mój wydział mieścił się na głównym kampusie Uniwersytetu Warszawskiego. Miałam blisko do pracy. Teraz jest w nowej lokalizacji. Dalej, trudniej. Prosiłam, by moje zajęcia zostały w starej lokalizacji, ale nie dostałam na to zgody. Studentów mam fantastycznych. To wspaniali młodzi ludzie. Akceptują to, że mogę pomylić salę, że mam problem z rozpoznawaniem twarzy. Są pełni zrozumienia. Natomiast uczelnie są otwarte na neuroróżnorodność wśród studentów, ale nie przykładają do niej wagi wśród profesorów. Mam wrażenie, że uważają autyzm czy ADHD za coś, co przyszło z młodym pokoleniem, zwłaszcza że przecież mnie znają jako osobę radzącą sobie naukowo.

Emocje to dla niej świat nieznany

Na co dzień odcina się od tego, co czuje. Wyczuwa emocje innych, dostosowuje się do nich, i czasem pozwala, by ją zdominowały.

– Cały czas wypatruję, czy druga osoba jest na mnie zła. Dobrze odczytuję oznaki złości. Złość też odczuwam. Choćby z powodu takiego spaceru z psami. Czasami czuję za dużo. Emocje mnie zalewają i zamiast na problemie muszę się skupić na tych uczuciach, na własnym smutku albo żalu. Co ciekawe, ludzie, których znam od szkoły średniej, np. moja przyjaciółka, jakoś tak naturalnie uznali te moje różne zachowania za część mnie, zaakceptowali. Moja inność była po prostu moją cechą. Ale gdy mówię im, że część z nich wynika z autyzmu, to mi często nie wierzą.

Zrozumienie swojego wnętrza przyniosło jej ulgę

Ma jeszcze wiele planów naukowych, projektowych i grantowych. Jest w trakcie przekładu Rygwedy [najstarsza Weda, złożona z ponad 1000 hymnów – IB]. Dzięki córce odważniej myśli o podróżach i nowych życiowych doświadczeniach. W swoim tempie, na własnych warunkach, z lękiem w tle.

– Coś się we mnie otwiera, ale w zasadzie chciałabym być zdrowa i móc sobie żyć tym swoim życiem w Warszawie. Chcę spokoju, lasu, rozwoju, ale domem za miastem nad jeziorem też bym nie pogardziła. Kończę kolejną książkę. Codziennie od nowa uczę się życia. To ma swoje plusy, bo życie wydaje mi się ciekawe i bardzo interesujące. Ono mnie cieszy nieodmiennie, choćby nadejście wiosny, ono mnie raduje tak samo jak w dzieciństwie. Najlepiej opisał mnie jeden z moich psychoterapeutów: jestem sprawnym profesorem w nauce, a poza tym jestem jak pięcioletnia dziewczynka. I to jest cała prawda o mnie. 


Prof. Joanna Jurewicz – indolożka, filolożka i lingwistka kognitywna, wykładowczyni na Wydziale Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Badaczka najstarszych tekstów indyjskich i filozofii wedyjskiej, autorka uznanych monografii naukowych oraz książek literackich, w tym autobiograficznego Pod lodem. Pisarka i poetka, osoba w spektrum autyzmu.


Artykuł pochodzi z numeru 1/2026 magazynu „Integracja”. 

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja. 

Okładki 1 numeru magazynu Integracja w 2026. Na jednej jest Barbara Tukendorf a na drugiej uczestnicy programu Autentyczni.