Mam oryginalne hobby: szukam sportu, który wciągnie mnie na dłużej niż tydzień. Moje wymagania nie należą do niskich: chcę trenować coś, co będzie dynamiczne i męczące, a jednocześnie realne przy moim znacznym stopniu niepełnosprawności i rdzeniowym zaniku mięśni. Na szczęście rzeczy niemożliwe to moja specjalność.

Zaczęło się na jednym z turnusów rehabilitacyjnych w Wągrowcu. W ramach atrakcji organizatorzy przygotowali dla nas – dzieci z chorobami nerwowo-mięśniowymi – zajęcia z karate. Choć większość nie była w stanie zadać solidnego ciosu (o kopaniu nie wspomnę), to karatecy pokazywali nam, jak za pomocą krzyku napinać mięśnie brzucha i przyjmować uderzenia przeciwnika. Dla mnie, dziewczynki darzącej miłością Mulan i Larę Croft, możliwość jakiegokolwiek treningu sztuk walki była doświadczeniem mistycznym.

Mijały lata, dorastałam, sport i rehabilitacja nigdy nie stanowiły istotnych aspektów mojego życia. Wiedziałam, że należy ćwiczyć, ale jednocześnie byłam pewna, że pełnej sprawności nigdy nie odzyskam. Rehabilitacja wtedy była bolesna i traumatyczna, a sport kojarzył mi się z marudzeniem koleżanek po WF-ie i aktywnościami, których moje ciało by nie udźwignęło.

Dorosłam. Na Politechnice Poznańskiej po raz pierwszy musiałam brać udział w zajęciach WF-u, bo takie były zasady. Niezależnie od poziomu sprawności musieliśmy ćwiczyć, choć odnosiłam wrażenie, że trenerzy nie wiedzieli, co ze mną robić. Zaczynałam jednak rozumieć, że ruch ma znaczenie dla mojego ciała i – co ciekawe – odkryłam, że gdy solidnie się zmęczę, to jestem… szczęśliwsza. To wtedy po raz pierwszy kręciłam do upadłego na rotorze ręcznym w rytm muzyki, zaczynając od poziomu „pięć minut i zadyszka”, aż po godzinę machania łapkami bez żadnego wysiłku. Zaczęło mnie to nawet nudzić. Wtedy też odkryłam ćwiczenia w podwieszkach, w trakcie których jak opętana machałam rękami i śpiewałam pod nosem.

Medycyna i technologia szły do przodu. Nagle w moim zasięgu znalazło się wzmacnianie mięśni – dzięki nowoczesnym lekom na SMA. A systemy ćwiczeń w odciążeniu, jak Pragma czy LeviActive, pozwoliły mi dowiedzieć się o istnieniu mięśni, o których nie miałam pojęcia. Od tej pory szukam nowych możliwości, by solidnie się zmęczyć. Choć nigdy nie obejrzałam całej paralimpiady (rumieniec zawstydzenia wykwita na mojej twarzy i obiecuję poprawę) to sport osób z niepełnosprawnościami kojarzył mi się z dwiema skrajnościami. Widziałam albo osoby o sprawnej górnej części ciała, trenujące sporty kontaktowe, np. rugby na wózku, albo osoby, których umiejętności ograniczają się do mrugania – np. boule, co mi się podoba jako zabawa, ale nie dostarcza adrenaliny i zmęczenia, których poszukuję.

Oczywiście dziś wiem, że te skrajności to moje przejaskrawienie, i zarówno boule, jak i sporty kontaktowe mogą być bardzo wymagające i dostępne dla szerokiego grona osób z niepełnosprawnościami. Wciąż jednak nie czuję, by były dla mnie, choć pamiętajmy, że tylko krowa nie zmienia zdania, a ja może będę miała okazję spróbować sił w którymś z nich. Najistotniejsze jest to, że wciąż szukam. I znajduję kolejne sporty (bądź ich zmodyfikowane wersje), które można realizować, siedząc na krześle, i pracując wyłącznie górną partią ciała. I, co dla mnie ważne, są wymagające. Część już przetestowałam, część na mnie czeka.

Jeśli też szukasz sportu, który odpowie na Twoją potrzebę emocji i adrenaliny, oto krótka lista:
• speedball – wbijasz kij w ziemię i za pomocą rakiety/paletki odbijasz piłkę, która wokół kija kręci się na sznurku; prędkości są olbrzymie, a cios musisz mieć silny – mój rekord to dwa uderzenia w serii, ale się nie poddaję; istotna zaleta – sprzęt kupisz już nawet za stówkę;
• tenis na drzwi – dziecięca zabawka, którą pokazała mi fizjoterapeutka; piłka wisi na sznurku na futrynie, a Ty ją odbijasz do przeciwnika; świetna zabawa dla osób o naprawdę słabych rękach, które chcą trochę dynamiki w swoim życiu;
• tetherball – jak speedball, ale bardziej przypomina siatkówkę – piłkę „na kiju i sznurku”;
• trenażery – piłka/lotka na sznurku i Ty z paletką/rakietą próbujesz w nią trafić;
• piłka refleksowa – najdziwniejsza rzecz, jaką widziałam – piłka na sznurku, którą przyczepiasz do głowy i w nią… boksujesz; doskonale symuluje gruszkę bokserską.

To co? Siadamy i zaczynamy trening?