Gdy dostaję zamówienie na kolejny felieton oraz informację, jaki będzie główny temat, szybko przychodzą skojarzenia i układa się tekst. Tym razem – pustka! Sport to radość, wolność, witalność, pasja, optymizm, relacje, wspólnota. Jak to połączyć z opieką, opiekunami? Nie, nie chcę porównywać nas do cierpliwych trenerów. Nie chcę pisać o małych codziennych zwycięstwach. Już się wszyscy o tym naczytaliśmy. Ani o tym, że opieka to samotność długodystansowca, bez rywalizacji, ale i bez medali. Nawet jako kibic nie sprawdzam się najlepiej. Aż zaintrygowała mnie ta inwencyjna inercja, kolejne ślepe uliczki. Bo jednak trzeba znaleźć jakieś wyjście. Szukam więc.
Zimą kupiłam karnet na basen. odważny krok. Korzystałam z niego regularnie przez kilka miesięcy. Bardzo z siebie zadowolona. Z tego, że daję radę. Zanurzenie w wodzie było jak katharsis, obmywanie się ze stresu. przez 30 minut moje ciało należało do mnie. wiosną przyszły dodatkowe obowiązki, a doba nie stała się dłuższa, syn nie „wyzdro wiał”, codzienne zadania nie odeszły w dal. doskonale znam ten cykl. to obracające się koło. Mieszkam w nim. gdy koło zwolni i uznam, że mogę się z niego wydostać, natychmiast zapisuję się na kolejne zajęcia, byle były blisko, w pasujących godzinach. Korzystam. do czasu, gdy koło znów przyspieszy.
Tęsknię za ruchem; kiedyś było go w moim życiu dużo. wolę używać tego słowa. Sport kojarzy się z rywalizacją, rekordami, stawianiem sobie celów. w ruchu jest coś bardziej uniwersalnego, mniej presji. Sport i opieka wciąż nie chcą mi się połączyć…
W naszej sytuacji nigdy nie wiadomo, czy uda się wyjść z domu. Harmonogramy, terapie i wizyty lekarskie, komisje i wnioski, i ten szczególny czynnik: zależność, nieprze widywalność. czy przyjdzie asystent? czy stan osoby, którą wspieramy, nie pogorszy się? czy znowu nie wydarzy się coś, co unicestwi plany? relacja z własnym ciałem staje się pragmatyczna, mało w niej czułości. ciało jest narzędziem wsparcia, przestaje być moje, nasze. czasem kontakt całkiem się urywa. ono jest ciągle w pracy. ale tym samym to nieprawda, że brak nam fizycznej aktywności. Może jednak brakować, i to bardzo, aktywności, która jest wyborem, wysiłkiem, która zamiast przebodźcowania oferuje przyjemność, poczucie sprawczości.
Kiedyś (konsekwentnie) karałam siebie za porzucanie postanowień i karnetów. teraz umiem spojrzeć na sprawy inaczej: oznaką wytrwałości jest wracać. Znów próbować. nie zapominać o potrzebach własnego ciała, nie porzucać ruchowych planów. realizo wać je we własnym rytmie. w sporcie przecież z szacunkiem mówi się o powrotach – po kontuzjach, chorobach, miesiącach czy latach przerw w treningach. Kibicujemy sportowcom, którzy próbują na nowo. tymczasem opiekunowie wracają do siebie dziesiątki razy, sami tego nie zauważając. Bo trzeba patrzeć inaczej: nasza wytrwałość to gotowość, by po raz kolejny robić coś innego. wrócić. nie chodzi o systematyczność, powszechnie nakazywaną w uprawianiu sportu, by zapewnić sobie kondycję, gibkość, atrakcyjność. ach, te niezrealizowane karnety, rozmywające postanowienia o porannym bieganiu czy jeżdżeniu rowerem… dla nas systematyczność bywa nieosiągalna.
Szukajmy innego celu: niech będzie nim spotkanie z własnym ciałem, które przestaje być narzędziem. niech już nie dźwiga, nie czuwa, niech mu będzie dobrze, niech żyje w swo im rytmie, bez oczekiwań, narzuconych zadań. przez tę godzinę, dwie, pięć… w okresie trwającym tyle, ile się da. Możemy nasze wirujące koło nazywać cyklem zależności. Można też nazwać je cyklem wiecznych powrotów.
Dziś filozoficzna idea wiecznego powrotu może oznaczać afirmatywną pochwałę życia tu i teraz (a takie przecież wiedziemy!). Już nie fatalistyczna pętla, ale idea akceptacji własnego losu.
Czy znalazłam połączenie opieki ze sportem? tak czy inaczej wolę słowo „ruch”.

Artykuł pochodzi z numeru 4/2026 magazynu „Integracja”.
Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.







