– Chciałabym mimo wszystko podkreślić, że wiem, iż ze schizofrenią da się żyć, niekiedy nawet bardzo dobrze, zwłaszcza dzisiaj, z obecnymi lekami. Potrzebne są jednak lepszy system i większa świadomość, by ludzie nie bali się leczyć – mówi Beata, córka mężczyzny ze schizofrenią. Jej rodzina na własnej skórze przekonała się, jak bardzo osoby z problemami zdrowia psychicznego i ich bliscy są zdani tylko na siebie i jak brakuje dla nich adekwatnego wsparcia.
Gdy Beata miała jedenaście lat, jej tata otrzymał diagnozę. Wcześniej, kiedy była młodsza, nie przejawiał on jeszcze mocnych objawów choroby.
Obrotny ojciec patriarchalnej rodziny
– Tata zawsze był obrotny, odważny, ale też wręcz balansujący na granicy ryzyka. Żyliśmy w mocno patriarchalnej rodzinie. Tata zawsze też mało mówił o swoich emocjach, ale tym bardziej wtedy było to coś normalnego, nikt się temu nie dziwił. Na zewnątrz moi rodzice uchodzili za idealne małżeństwo. Tata bardzo dobrze zarabiał jak na tamte czasy, miał kierownicze stanowisko. Pierwszy raz usłyszałam kłótnię, kiedy miałam siedem lat, chodziło o to, że tata stracił pracę. Okazało się, że przez pół roku to ukrywał. I ostatecznie stres związany z tym wszystkim wywołał u niego urojenia. Opowiadał, że ludzie go w pracy oszukiwali, jego były szef opowiedział potem mamie, że tata bardzo źle zachowywał się względem współpracowników.
Tak się to przez cztery lata toczyło, tata był bezrobotny naprzemiennie z krótkimi epizodami pracy, z czasem było coraz gorzej. Tata miał coraz częściej okresy, kiedy w ogóle z nami nie rozmawiał, piwnicę domu wyklejał wycinkami z gazet, nikogo tam nie wpuszczał. Coraz gorzej traktował mamę. Nigdy nie uderzył ani mnie, ani mamy, ale bywały sytuacje, że wypytywał ją „czemu z nimi współpracujesz?”, „kto ci każe to robić”, „to przez to, że chcą mnie zniszczyć”, “dlaczego grasz?”. Stosował natomiast przemoc psychiczną jak np. groźby, epitety, dyscyplinowanie jak w wojsku. W którymś momencie moja mama zdecydowała się założyć mu niebieską kartę. Przyszła w związku z tym kontrola do domu, w trakcie której tata zachowywał się strasznie, więc było w ogóle sprawdzane, czy nie należy ograniczyć praw rodzicielskich. Nigdy nie zobaczyłam potwierdzenia tego w papierach, ale ostatecznie chyba było tak, że sąd zagroził, że jeśli tata nie zacznie się leczyć, to sprawa będzie kontynuowana (konsultował go wówczas psycholog). Tknęło go wtedy, poszedł do szpitala psychiatrycznego dobrowolnie, gdzie rozpoznano schizofrenię paranoidalną. W wieku 42 lat, czyli dość późno – wspomina.
Nie mógł nawet kubka z kawą utrzymać
Pod pewnymi względami sytuacja się poprawiła, ale pod innymi było to bardzo trudne doświadczenie. Tym bardziej, że choroba zaczęła wracać.
– Dostał bardzo silny lek, Rispolept, który ma straszne skutki uboczne. Człowiek od razu wraca umysłem do rzeczywistości, ale nie jest w stanie ani trochę samodzielnie funkcjonować. Tata nie mógł nawet kubka z kawą utrzymać, tak mu się trzęsły ręce, cały czas też ślina mu ciekła po brodzie. Po trzech miesiącach w szpitalu wrócił do domu, w zasadzie jak roślina. Sytuacja zaczęła się stabilizować, a kiedy czuł się lepiej, to przestawał brać leki, co wywoływało pogorszenie choroby. Były różne epizody – tata potrafił chodzić z siekierą, grozić sąsiadom, raz podpalił samochód wykonując w nim dziwne instalacje, które były również efektem urojeń, wezwałam wtedy straż pożarną. W międzyczasie na świecie pojawiła się dwójka mojego rodzeństwa, w związku czym żyliśmy wtedy już w sześć osób. Sytuacja była więc bardzo trudna, byliśmy pod opieką Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, mama brała dorywcze prace, ale w większości musiała zajmować się małymi dziećmi sama i trudno było jej podjąć pełnoetatową. Ciągle była wiara, że tata się wyleczy, wróci do siebie. Przed chorobą tata był bardzo kochanym, dobrym człowiekiem, poświęcał się w całości rodzinie. Ja i mama to pamiętałyśmy – mówi Beata.
Policja bała się wejść do mieszkania
Później były kolejne hospitalizacje, w 2007 roku, 2010 roku, w 2014 roku.
– Wszystkie z interwencji policji i pogotowia, bo wiedząc już, z czym to się wiąże, tata nie chciał się leczyć. W ubiegłym roku znów do tego doszło i była to tak okropna sytuacja, że prawdę mówiąc nie mam pojęcia, w jaki sposób radziłam sobie z tym, kiedy byłam znacznie młodsza. Tym bardziej, że to ja wzywałam wtedy policję i pogotowie, Wpierw dzwoni się na pogotowie, tam dostaje się informację, że jak człowiek jest agresywny, to należy wezwać policję. Ta z kolei mówi, że bez pogotowia nie przyjedzie. Błaga się wszystkich, by ktoś przybył, mówi, że to przez chorobę, w końcu ktoś się pojawia, ale nawet policja często boi się wejść do mieszkania, bo wie, że ktoś może być nieobliczalny. Zdarzało się, że to ja, razem z policjantem, wchodziłam do piwnicy, gdzie przebywał tata. I ja się w sumie nie dziwię się temu strachowi, bo tata kiedyś pobił policjanta. Wszystko to prowadzi jednak do tego, że rodzina będąca w sytuacji zagrożenia ma trudność z otrzymaniem pomocy – podkreśla Beata.
Uratuj mnie, córeczko
Do tego przepisy są takie, że nie zawsze można coś zrobić.
– Kiedy był agresywny i pobił policjanta, zabrali go do szpitala. Ale potem tata nauczył się, że nie może się tak zachowywać i przy kolejnej okazji był miły, zaprosił policję na kawę. I wytłumacz, że jeszcze przed chwilą tata stał z siekierą i nie wiadomo było, co zrobi. Prosi się sąsiadów o potwierdzenie, w końcu tata zostaje zabrany, co niestety raz wiązało się też z użyciem paralizatora. Dla dziecka sceny te były po prostu koszmarem. Zwłaszcza te zmiany. W jednej chwili tata ma w ręku siekierę, w drugiej wręcz błaga „uratuj mnie, córeczko”. Straszny miszmasz psychiczny, emocjonalny. Tym bardziej, że znałam tatę też jako kochającą, spędzającą ze mną czas osobę. A tymczasem, żeby mu pomóc trzeba było „naskarżyć”, opowiedzieć o tym, co potrafi robić i jak się zachowywać, a co jest oczywiście spowodowane schizofrenią. Trzeba też niekiedy błagać lekarzy w szpitalu, żeby go przyjęli. A gdy wychodzi i przestaje brać leki, wszystko się powtarza – opowiada Beata.
Pieluchy kojarzyły się z obciążeniem
Wywarło to ogromny wpływ na Beatę.
– Wszystko to stało się dla mnie ogromnym piętnem. Gdy tata zaczął coraz poważniej chorować, byłam osobą, która przejmowała rolę drugiego rodzica w kwestiach organizacyjnych życia codziennego i wychowywania młodszego rodzeństwa. Większość decyzji ustalałam z mamą lub czasem podejmowałam je nawet sama, np. gdy potrzeba było dzwonić na służby w sprawie taty, prowadziłam rodzinny budżet i gospodarowałam pieniędzmi. Brałam na siebie zdecydowanie za dużo odpowiedzialności. Efekt był taki, że zrezygnowałam z bardzo wielu rzeczy na etapie dorastania. Nigdy nigdzie nie wyjechałam, podjęłam się nawet z mamą budowy mniejszego domu, bo poprzedni musieliśmy sprzedać i znaleźć coś na co będzie nas stać. To ja w dużym stopniu wychowałam moje rodzeństwo. Długo nie chciałam mieć dzieci, bo pieluchy kojarzyły mi się z obciążeniem przerastającą odpowiedzialnością i brakiem pomocy i wsparcia ze strony dorosłych. Do dziś też wspieram finansowo oboje rodziców. Dziś na szczęście pomaga mi też w tym rodzeństwo. Bardzo długo nie wchodziłam w żadne związki, a jeśli już się to wydarzyło, to często byli to partnerzy przemocowi. Poświęciłam naprawdę dużo, żeby wyciągnąć naszą rodzinę z bagna. To co pozytywne, to niepowtarzalna więź z rodzeństwem w tym wszystkim jestem bardzo wdzięczna, że potrafimy i jesteśmy blisko.
Plotki były
Bywało to dla niej też trudne towarzysko.
– Dziecko w takiej rodzinie uczy się po prostu przetrwania. Ja wykształciłam w sobie też tak dużą umiejętność udawania, że wszystko jest w porządku, że wielu przyjaciół dopiero po wielu, wielu latach dowiedziało się o mojej historii rodzinnej. Zarówno w podstawówce, jak i gimnazjum nie mogłam nikogo zaprosić do siebie. Pierwszy raz zaprosiłam kogoś do domu bez stresu, jak się wyprowadziłam o rodziny. I za pierwszym razem trudno było mi uwierzyć, że mogę to zrobić, że nie muszę obawiać się, że wydarzy się coś nieprzewidywalnego, bo tata powie lub zrobi coś złego. Jakieś plotki były, bo nasz dom był dość blisko szkoły, więc niektórzy kojarzyli, że coś się u nas dzieje, ale nikt nie wiedział dokładnie co, ja zawsze się świetnie uczyłam, więc pod tym względem nie było powodu do niepokoju np. dla nauczycieli. Gorzej zrobiło się, jak trafiliśmy pod opiekę MOPR, bo kiedyś w trakcie lekcji przyszła pani z informacją, że przyszły dla mnie paczki z pomocy społecznej. Mocno mnie to wykluczyło.
Przyznaje, że na wielu polach dziś jest o wiele lepiej.
– Mam bardzo dobrą pracę, rodzeństwo – poza najmłodszą siostrą – też jest już wykształcone i pracuje, ma swoje pieniądze. I wiem, że nie byłoby to możliwe bez systemu, który mamy w Polsce, to znaczy chociażby darmowej edukacji. W Polsce mimo trudnej sytuacji często można zdobyć wykształcenie, mieć opiekę zdrowotną. Wiadomo, można dużo narzekać, jednak jakoś to wciąż działa. Jestem wdzięczna za to, cieszę się też – mimo żalu, że nie było inaczej – z miejsca, w którym jestem w życiu obecnie. Mam partnera, że jest mi bliski, spokojny, w końcu mam przestrzeń, by po tych wszystkich latach trochę odetchnąć. Pozwoliłam sobie na to dopiero po dziesięciu latach terapii. Jednocześnie pojawiają się czasem myśli, czy zdążę zrobić różne rzeczy, na przykład założyć rodzinę.
Kiedyś to KGB go ścigało
Obecnie sytuacja z tatą jest jednak bardzo skomplikowana.
– Mama wyprowadziła się, mieszka razem z najmłodszą siostrą, która w zeszłym roku skończyła osiemnaście lat. Pozostawałam z tatą w kontakcie, czasem dostajemy też informacje o stanie zdrowia taty od sąsiadów i lekarza, jeśli ze względu na formalności związane z rentą tata się u niego pojawi. Mieszka sam od czterech lat. Przez jedenaście lat, od 2014 roku, wytrzymał bez hospitalizacji, udawało mu się regulować mimo gorszych momentów. W drugiej połowie 2025 roku zaproponowałam, by przeprowadził się do mieszkania po dziadkach, które można by trochę odremontować, by wrócił do miasta, bo tutaj ma szybszy dostęp do lekarzy, gdyby coś się działo, w końcu też jest coraz starszy, może potrzebować więcej wsparcia. Od tamtej chwili przestał się kontaktować, odstawił leki, zaczął za to dużo pić alkoholu i grozić mi mailowo, a mamie słownie, gdy go odwiedziła. Obecnie jego stan znów jest bardzo ciężki, ma urojenia. Kiedyś to KGB go ścigało, dziś chyba uważa, że żyje w zaborze pruskim, bo wszystkie wiadomości sprowadzają się do tego, że Niemcy go podsłuchują, narzucają zasady, którym musi się podporządkować.
Właśnie to było powodem wspomnianej interwencji pod koniec zeszłego roku.
– Nie został przyjęty jednak do szpitala, prawdopodobnie nikt go nie przebadał porządnie. Jakby tego było mało, dyżurna lekarka, która rozmawiała ze mną, zrobiła notatki i której opowiedziałam bardzo dużo rzeczy, by potem skonfrontowała to z tatą, po przekazaniu ich do lekarza, zostały one oddane tacie. W związku z tym nie mam obecnie kontaktu z tatą, bo się go zwyczajnie boję. Tym bardziej, że przez wiele lat starał się o pozwolenie na broń. Brzmi to absurdalnie, ale był już naprawdę blisko pozytywnej decyzji, tylko w ostatniej chwili mama się o tym dowiedziała i zablokowała sprawę. Procedura trwa wiele miesięcy, między innymi trzeba brać udział w różnych turniejach strzeleckich, a ostatnim etapem jest podanie kontaktu do osoby, z którą się mieszka, albo ma jakąś relację. Najlepiej, żeby było to dziecko lub partner, partnerka. Chodzi o dodatkowe poświadczenie, że ktoś może dostać broń. Tata nie miał wyboru, musiał dać kontakt do żony, do której zadzwonił błagając, by wyraziła zgodę, bo jak nie, to – może nie będę przytaczać różnych gróźb i epitetów– mówi Beata.
Nóż wbity w podłogę
Beata ma też sporo pretensji do tego, jak zorganizowany jest system prewencji.
– Obecnie, jako dorosła, potrafię inaczej rozmawiać z policjantami, tłumaczyć, że to nie jest pierwszy raz, kiedy tata się tak zachowuje, że trzeba go zabrać na leczenie, bo to jedyne, co może mu pomóc. Tyle, że cały czas słyszę, że po człowieku musi być mocno widać różne rzeczy, bo ja przecież mogę kłamać, żeby go pogrążyć. Ale ja przecież mam papiery z całego przebiegu choroby. Nie zawsze ktoś chce je oglądać. Miałam sytuację, że przyjechała karetka z ratownikiem, który od razu opryskliwie zapytał, po co ich w ogóle wzywam. No to mówię, że chodzi o tatę, który przed chwilą mi groził, pokazuję wszelkie dokumenty, w tym te z poprzednich hospitalizacji. A on na to, że nic nie będzie czytać i krzyczy, że może w sumie wejść do mieszkania, ale nie widzi sensu. Proszę, żeby mówił ciszej, bo nie chcę, żeby tata dowiedział się, że to ja poprosiłam o interwencję. Ratownik na to, że będzie mówić tak głośno, jak mu się podoba. I tak nie raz trzeba się męczyć, przejść gehennę związaną z tym, żeby ktoś przyjechał, zabrał bliską osobę i by została ona przyjęta w jednym lub drugim szpitalu oraz dostała wsparcie. Wydaje mi się, że dużo by pomogło, gdyby chociaż zsynchronizować systemy, by każda służba – przy jakiejś anonimizacji danych – mogła szybko sprawdzić, że to, o czym mówię jest prawdą, albo żeby komuś takiemu, jak mój tata, nie wydawać pozwolenia na broń. Nie chcę się bardzo czepiać służb, wiem, że mają swoje problemy, bardziej więc oczekiwałabym lepszej koordynacji systemowej.
Ale nie są to jedyne bolączki systemu według niej.
– Niedawno złożyliśmy pozew o przymusowe leczenie taty, skoro nie zawsze udaje się z interwencji umieścić go w szpitalu. Procedura trwa z rok. Przychodzą do taty specjaliści, by sprawdzić różne rzeczy. Jako pierwsza pojawiła się reprezentacja ośrodka pomocy społecznej. Z uprzejmości poinformowano nas po wizycie, że tata jest czysto ubrany, zaprosił na herbatę, dobrze i miło się z nim rozmawiało. I dodaje, że jedyne, co było dziwne, to nóż wbity w podłogę oraz atrapa broni leżąca na stole. Ale jest w bardzo dobrym stanie i czy naprawdę nam zależy, by trafił do szpitala. Jest to załamujące, mam wrażenie, że wciąż bardzo brakuje świadomości, czym jest schizofrenia. Ja chcę dobrze dla taty, chcę, by wrócił do normalnego siebie. Myślę też o ludziach mieszkających dookoła, mających dzieci, nie chcę mieć na sumieniu, jeśli tata komuś – albo sobie – coś zrobi.
Do dziś więc nie potrafi i nie chce w pełni zostawić przeszłości za sobą.
– Najtrudniejsze w tym jest to, że naprawdę szczerze kocham tatę. Zawsze był mi bardzo bliski, potrafił spędzać ze mną dużo czasu, zainteresować się moim życiem, pobawić się ze mną. Kiedy teraz widzę, że wysyła maile, w których grozi, albo pisze o tym, że nie jestem jego córką, bo grupa krwi się nie zgadza, to łamie to serce. Nawet jeżeli wie się, że to jest kwestia schizofrenii – zaznacza Beata i dodaje: – Chciałabym mimo wszystko podkreślić, że wiem, iż ze schizofrenią da się żyć, niekiedy nawet bardzo dobrze, zwłaszcza dzisiaj, z obecnymi lekami. Potrzebne są jednak lepszy system i większa świadomość, by ludzie nie bali się leczyć. Wszystko to sprawia, że odczuwam ogromny żal, że tak potoczyło się moje życie i zastanawiam się czasem, czy coś nie mogło wyglądać inaczej.





