Oto rytuał pierwszego spotkania... Ból odpływa z ciała. Łzy strachu, ulgi i szczęścia mieszają się ze sobą. W ukojonym sercu budzi się czułość. Patrzysz na narodzone dziecko. Oglądasz nosek z trudem łapiący powietrze i wykrzywione w pierwszym krzyku usta. Opiekuńczym gestem sprawdzasz kształt główki. Liczysz... Jeden paluszek, drugi, trzeci... czasem zdarza się, że liczyć nie ma czego...
Ogólnie dostępnych, szczegółowych
informacji o wrodzonych wadach kończyn jest niewiele. „Żeby nie
straszyć innych matek” - usłyszała Ewa na pytanie, dlaczego po
porodzie nie leży na ogólnej sali. Być może to powód, dla którego
portale internetowe lub czasopisma poświęcone macierzyństwu
traktują ten temat po... macoszemu. Czy można jednak dziwić się
mediom, skoro zdarza się, że lekarze i pielęgniarki brutalnie
ograniczają ten problem tylko do estetyki?
Ale jest i inne wyjaśnienie. Według tzw. rejestru wad (dotyczącego tylko niektórych województw, a więc obarczonego błędem statystycznym), częstość występowania wrodzonych wad kończyn to w Polsce 2-3 przypadki na 1000 osób. Rodzajów wad i ich kombinacji jest bardzo dużo. I choć każdą można nazwać czy przyporządkować do określonej kategorii, to przy stawianiu diagnozy, ustalaniu leczenia i rokowań każdą wadę należy traktować indywidualnie.
| EWA: Tuż po porodzie pamiętam przytłaczającą ciszę zakłócaną tylko moim przyśpieszonym oddechem. Nasz synek był bardzo spokojny. Nie płakał. Lekarze zerkali na siebie porozumiewawczo, bez słów. Prawie w jednej chwili na sali zaroiło się od nowych kitli. Mąż, który mi towarzyszył, posmutniał. Położna coś do mnie mówiła troskliwie. Gdyby nie ona, pewnie by mi nawet nie pokazano Piotrusia. Kiedy go zobaczyłam, zrozumiałam... Jego lewa rączka nie miała dłoni. Nadgarstek zakończony był trzema miękkimi kuleczkami, bez kostek... Cztery lata później, od jednego z lekarzy w Niemczech, do którego wysłałam zdjęcie syna, dowiedziałam się, że to wrodzona wada niegenetyczna, tzw. symbrachydaktylia. |
Amelia nie zawsze ma rączki
Wady wrodzone kończyn, jeśli powstają, to na początku życia płodowego, do 7. tygodnia, czyli wtedy, kiedy kształtują się ręce i nogi dziecka.
- Zwykle kobieta jeszcze wtedy nie wie, że zostanie mamą - mówi dr n. med. Krzysztof Szczałuba, lekarz genetyk z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. - Pierwszym badaniem, które może określić ich wystąpienie, jest USG. Drobne struktury kończyn są widoczne już od 12. tygodnia ciąży, ale ich ocenę przeprowadza się między 18. a 20., kiedy możliwe jest wykluczenie większości wad rozwojowych. Zdarza się jednak, że niektóre drobne defekty pozostają niewykryte przez obraz USG, nawet tuż przed rozwiązaniem.
Najczęściej spotykaną (ok. 70%) wadą ręki - bo tymi właśnie zajmiemy się w artykule - jest syndaktylia, czyli zrost palców tylko w obrębie skóry (syndaktylia prosta), albo skórą i kośćmi (syndaktylia złożona), na całej długości palców (syndaktylia całkowita), albo w ich połowie, czy 1/3 (syndaktylia częściowa).
Istnieje także akrosyndaktylia, kiedy palce - co najmniej trzy - połączone są płytkami paznokci, opuszkami lub pojedynczymi paliczkami. Drugą pod względem częstości jest polidaktylia, czyli dodatkowe palce. Zwykle pojawia się jeden, w dłoni, w pełni wykształcony, ruchomy i funkcjonalny albo w formie szczątkowej, choć znane są przypadki występowania 10 i więcej. Kiedy owe nadliczbowe palce zrośnięte są z pozostałymi, mamy do czynienia z polisyndaktylią.
Inną częstą wadą ręki jest brak palców - adaktylia, lub ich niedorozwój występujący pod kilkoma postaciami: brachydaktylia - krótkie palce, aphalangia - brak niektórych paliczków, klinodaktylia - zakrzywienie piątego palca, makro- i mikrodaktylia - jeden z palców jest większy/mniejszy od pozostałych, kamptodaktylia - trwały przykurcz palców.
Kolejną wadą wrodzoną jest tzw. ręka homara, czyli ektrodaktylia. Ręka w całości - od nadgarstka aż po końce palców jest podzielona na dwie części, upodabniając się właśnie do charakterystycznych nożyc homara. Może występować w kilku rodzajach, a zwykle towarzyszy jej któraś z odmian syndaktylii lub polidaktylii.
Wady wrodzone kończyn mogą polegać także na braku lub niedorozwoju kości promieniowej przedramienia lub kości łokciowej, a także na zroście ich obu w okolicy stawu łokciowego. Mogą też występować w postaci braku całej kończyny (albo obu rąk lub nóg) - amelia, braku dłoni - acheiria, niedorozwoju kości długich, kiedy dłonie (lub stopy) połączone są bezpośrednio z tułowiem, albo są krótsze lub zniekształcone - fokomelia, albo braku kości przedramienia (lub podudzia) - peromelia.
|
EWA: |
Czyja wina?
- Tak jak przy innych wadach wrodzonych, pojawienie się wady kończyny jest zdecydowanie najczęściej efektem równoczesnego zadziałania czynników środowiskowych i genetycznych - tłumaczy Krzysztof Szczałuba. - O tych pierwszych wiemy niewiele. Możemy do nich zaliczyć tzw. pasma owodniowe, które powstają albo na skutek przerwania we wczesnym okresie ciąży błony owodniowej okalającej płód, albo w wyniku złego krążenia krwi u dziecka i mogą doprowadzić do mechanicznego uszkodzenia jego wzrostu, albo szkodliwe dla płodu leki, tzw. teratogeny, np. niektóre leki przeciwzakrzepowe czy przeciwpadaczkowe. Podkreślam jednak, że te leki to tylko potencjalni winowajcy. Ich przyjmowanie w ciąży jedynie podnosi, a nie warunkuje ryzyko wystąpienia wady. Czasem jednak lekarz musi stanąć przed wyborem tzw. mniejszego zła. Nieleczona padaczka jest o wiele bardziej niebezpieczna dla płodu niż lek powstrzymujący atak.
Genów, w których defekty przyczyniają się do powstania wady kończyny, jest wiele, ale tylko niektóre z nich zostały poznane. Przykładem jest rodzina genów HOX, które decydują o tym, że np. nasze dłonie zakończone są palcami. Istnieje więc pewien niezwykle skomplikowany wzór genetyczny, według którego poszczególne organy ciała rozwijają się prawidłowo, a komórki je tworzące docierają do tych organów zawsze w sposób odpowiednio uporządkowany. Nawet niewielkie zakłócenie tej delikatnej równowagi może wywołać powstanie wady rozwojowej i dlatego jest ich tak wiele - nie tylko w obrębie kończyn.
- Na szczęście jednak nasz organizm potrafi w porę obronić się przed defektami genetycznymi, dlatego powstają one względnie rzadko - uspokaja dr Szczałuba.
Wrodzone wady kończyn występują równie często u obu płci, a więc „nosicielami” uszkodzonych genów mogą być tak matka, jak i ojciec. Wada może być przekazywana w sposób „pionowy”, dominujący: chory ojciec lub matka, chore dziecko. Może też zostać „uśpiona” i ujawnić się w następnych pokoleniach: u wnuków lub prawnuków. Może też być niewidoczna, a dopiero zdjęcie RTG ujawni niedorozwój lub brak jakiejś niewielkiej kostki w dłoni ojca lub matki. Rzadziej wady wrodzone kończyn mogą wystąpić „poziomo”, czyli u rodzeństwa chorego dziecka.
- Z oboma sposobami dziedziczenia spotykam się w praktyce klinicznej dość rzadko. W większości wypadków o powstaniu wady decyduje kombinacja czynników genetycznych i środowiskowych. Wtedy ryzyko ich pojawienia się u rodzeństwa czy potomstwa osoby chorej wynosi zaledwie 2-3% - mówi dr Szczałuba. - Wadom rozwojowym kończyn zwykle, choć istnieją wyjątki, nie towarzyszą inne wady wrodzone, a dzieci rozwijają się prawidłowo fizycznie i intelektualnie. Zawsze jednak wskazana jest konsultacja lekarza genetyka.
| Poradnie genetyczne Szczegółowe dane poradni z całego kraju dostępne są na stronie Polskiego Towarzystwa Genetyki: www.ibb.waw.pl/~ptgc/index. php |
| Badania genetyczne Jeśli wada rozwojowa kończyny ujawniła się już w rodzinie (zwłaszcza w przypadku współwystąpienia z inną wadą), należy zasięgnąć porady genetyka jeszcze przed zaplanowaniem ciąży. Najwięcej szans na zdiagnozowanie problemu i ryzyka (a NIE pewności!) jego powtórzenia się daje badanie osoby chorej albo analiza jej przypadku na podstawie zebranych (im więcej, tym lepiej!) informacji. W następnej kolejności lekarz genetyk może zaproponować rodzicom lub rodzeństwu planowanego dziecka wykonanie badania chromosomów (zwykle z krwi) lub badania DNA. Ich wyniki decydują o dalszym postępowaniu wobec tzw. rodziny ryzyka genetycznego. Aby zgłosić się do poradni genetycznej, trzeba koniecznie mieć skierowanie od lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. |
Ręce nadziei?
Nie istnieje magiczna pigułka ani tajemnicza mikstura, dzięki którym zrośnięte palce rozdzieliłyby się. Pomocna jest tylko chirurgia.
- Zabiegi przeprowadza się już u 6-miesięcznych maluchów, jeśli tylko ważą minimum 10 kg. Górna granica wieku kwalifikacji do tego typu operacji nie istnieje, a więc można ją przeprowadzić także u osoby dorosłej - tłumaczy dr n. med. Anna Chrapusta, chirurg ręki, z Oddziału Chirurgii Plastycznej, Rekonstrukcyjnej i Oparzeń Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu.
Przy polidaktylii usuwa się dodatkowe palce. Przy syndaktylii rozdziela się je, pokrywając ubytki skórą przeszczepioną z pachwiny. Leczenie operacyjne „ręki homara” polega na rozklinowaniu nadgarstka, rozdzieleniu kości śródręcza, przecięciu zrośniętych elementów kostnych i pokryciu ubytków skórnych, jeśli istnieją. Przy braku lub niedorozwoju palców można zastosować mikrochirurgiczne przeszczepy palców stóp - sąsiadujących z paluchem, nawet po dwa z każdej stopy - całych lub niektórych paliczków - ale efekt estetyczny nie zawsze jest tolerowany przez pacjentów. Przy fokomelii lub gdy w dłoni brakuje wszystkich palców, zwykle lekarze nakłaniają do zastosowania protezy.
EWA: Pierwsza wizyta u specjalisty w Warszawie trwała może
2 minuty. Przyjął nas poza kolejnością, bo Piotruś miał wtedy
zaledwie 3 tygodnie. Obejrzał jego ręce, nogi i powiedział, że
najlepiej zrobić przeszczep, ale dopiero w wieku... 11 lat. Inna
konsultacja, u kolejnego specjalisty – tym razem z Poznania – i
kolejna propozycja: podobna operacja, ale tym razem za 2-3 lata.
Zabieg miał polegać na przeszczepie paliczków z palców stóp do
„kuleczek” lub na przeszczepie dwóch całych palców ze stóp syna (po
jednym z każdej) do jego dłoni. Nie zdecydowaliśmy się na żadną
opcję... To był niezwykle trudny wybór, z którego Piotr kiedyś nas
rozliczy. Uznaliśmy jednak, że skoro nie ma całego śródręcza, to
palce „umocowane” tuż przy nadgarstku nadal nadawałyby jego ręce
nienaturalny wygląd. Taka terapia w niczym by mu nie pomogła, a
pewnie jeszcze bardziej przyciągałaby spojrzenia i okaleczałaby
także stopy. |
Nie mniej skomplikowane zabiegi wykonuje się przy wrodzonym niedorozwoju kości promieniowej. Wada przejawia się zwykle jako brak kciuka czy pierwszej kości śródręcza, a jej leczenie polega na przeszczepie kostnym, korekcie tkanek miękkich i usztywnieniu nadgarstka. Podobnie wieloetapową kurację stosuje się przy braku lub niedorozwoju kości łokciowej, kiedy przedramię jest krótsze i odchylone w łokciową stronę.
Nie ma dwóch takich samych przypadków, a więc nie można z góry określić, że przy danym rodzaju wady zostanie zastosowana taka, a nie inna metoda chirurgiczna. Leczenie może też wymagać kilku zabiegów rekonstrukcyjnych i plastycznych.
Te niezwykle precyzyjne i delikatne operacje wykonywane są już w Polsce - w szpitalach publicznych (wtedy refundowane są przez Narodowy Fundusz Zdrowia), albo w lecznicach prywatnych (wtedy koszty - od kilku do kilkudziesięciu tysięcy - pokrywają rodzice).
- Wszystkie znane na świecie metody chirurgicznego leczenia wrodzonych wad rąk są stosowane w krajowych ośrodkach - zapewnia dr Chrapusta.
|
Kontakty do specjalistów i klinik (informacje pochodzą
m.in. z www.wady-dloni.org.pl
): |
Nie są sami
Rodzice odwiedzający forum pierwszej w krajowej sieci strony internetowej poświęconej wrodzonym wadom rąk - www.wady-dloni.org.pl, żalą się, że dzieci nie zostały w Polsce objęte żadnym programem opieki - chirurgicznej, psychologicznej, rehabilitacyjnej czy protetycznej.
- Zdecydowana większość z nas dowiedziała się o wadzie dziecka już po jego narodzinach. Opuszczając szpital, nie otrzymaliśmy szczegółowych danych, co to za wada, i rad - jak ją leczyć, kiedy i gdzie - mówi Ewa Fabisiak, założycielka i moderatorka ww. strony, dzięki której poznaliśmy historię Piotrusia. - Szukamy sami. W Polsce i za granicą, choć koszty leczenia w światowych ośrodkach przekraczają często nasze możliwości finansowe. Po dotarciu do specjalistów czasem okazuje się, że podają oni różne metody leczenia, w dodatku nie określając konkretnie, ile zabiegów przejdzie dziecko, jakie będą ich efekty i zrzucając na nas, laików, podjęcie decyzji. A więc decydujemy. Wspierając się miłością do naszych dzieci i ich dobrem oraz doświadczeniami innych rodziców, a także osób z wadami rąk, które już są dorosłe.
EWA: Piotruś jest radosnym, roześmianym i lubianym
4-latkiem. Robimy wszystko, aby jego życie było pełne kolorów,
pasji i radości. Staramy się, aby nie czuł się dzieckiem
niepełnosprawnym i w przyszłości nie myślał o sobie przede
wszystkim jako o osobie niepełnosprawnej. Nasz syn ma odpowiednie
orzeczenie, ale powiemy mu o nim, gdy będzie starszy. Uczymy go,
aby w miarę możliwości w codziennych czynnościach posługiwał się
lewą ręką. Już nauczył się, że np. lewy nadgarstek to świetne
miejsce na ułożenie kanapki lub ciastka, kiedy prawą ręką chce się
przewrócić stronę w książeczce, a „kuleczki” pasują jak ulał do
dziurek w płytach CD i bardzo ułatwiają ich zmianę w odtwarzaczu.
Dbamy o to, aby ufał ludziom, a tych, którzy nie wiedząc, jak się
wobec niego zachować, zranią go lub wykpią - nie traktował jak
wrogów.Nie będę przekonywać, że wychowywanie dziecka z wadą ręki jest bardzo proste. Płakałam nieraz. Na przykład wtedy, kiedy Piotruś zaproponował, abyśmy poszli do sklepu po nową rączkę. Byłam zdruzgotana, kiedy w przedszkolu jeden z chłopców na widok jego „misiowej łapki” rozpłakał się ze strachu i nie chciał się z nim przywitać. Było mi przykro, kiedy rówieśnik Piotrusia nazwał jego rękę „głupią”. Bardzo się bałam, kiedy rozmawiałam z rodzicami „sprawnych” przedszkolaków i prosiłam ich, aby wytłumaczyli swoim maluchom, na czym polega wada naszego syna i aby dali mu szansę na normalną naukę, zabawę i rozwój. Ale też wychowywanie dziecka z wadą ręki nie jest męczarnią, „karą za grzechy”, osławionym „dopustem Bożym” - choć bywa chwilami trudniejsze, bo wymaga dodatkowych zadań i większej troski. Dzięki pomocy rodziny, sprawdzonych przyjaciół, a także obcych, serdecznych ludzi (np. psychologa z Instytutu Matki i Dziecka, który wsparł nas fachowymi wskazówkami), radzimy sobie całkiem nieźle. Najważniejsze, to nie „ukrywać” dzieci z takimi i podobnymi wadami jak naszego Piotrusia w domu, kochać je i pozwalać - tak jak wszystkim innym - poznawać świat, radować się, odnosić sukcesy, popełniać błędy i poczuć smak porażki. Tylko wtedy wyrosną na szczęśliwych, spełnionych ludzi. |
|
Gdzie jeszcze tkwi problem? Jak załatwić orzeczenie o
niepełnosprawności dziecka i do czego jest ono potrzebne? Ludzie się gapią na moje dziecko, nie umiem sobie z tym
poradzić. Jak rehabilitować dziecko? Jaką wybrać protezę? |

Miałam żal. Do ginekologa w przychodni, który
zbagatelizował moje obawy, że leki na przeziębienie, które zażyłam,
nie wiedząc jeszcze, że noszę Piotrusia, mogą źle wpłynąć na rozwój
maleństwa. Obwiniałam siebie, że łyknęłam te tabletki, choć do tej
pory nikt nie potwierdził, że to one są przyczyną wady mojego syna.
Przez pewien czas miałam żal do lekarza w prywatnej klinice, który
nowoczesnym aparatem USG nie wykrył wady. Żal za wizytę kontrolną
po porodzie. Lekarz odnosił się do mnie inaczej niż dotychczas.
Wydawało mi się, że nie chce spojrzeć mi w oczy. Domyśliłam się:
wiedział wcześniej. Dlaczego nie powiedział...? Dzisiaj jestem mu
wdzięczna za tę niewiedzę, dzięki której zyskałam kilka normalnych
miesięcy oczekiwania. Największy żal miałam do lekarzy w szpitalu.
Że bez mojej zgody położyli mnie w ponurej separatce na oddziale
patologii ciąży. Że przychodzili tylko na obchód (wciąż nowi) i
nękali od początku – „Dlaczego pani nie robiła USG między 11. a 13.
tygodniem?”. „Bo lekarz nie zalecał”; „Proszę pokazać badania”.
„Oto są”. Z powodu ich zachowania czułam się tak, jakbym urodziła
dziecko z dużo większą wadą. Czułam, że obarczają mnie winą za jej
powstanie. „Żartowali”, że powinnam się cieszyć, bo „chłopaka do
wojska nie wezmą”. Zapytali, czy zabieram dziecko do domu. A gdzie
niby miałam je zabrać?! Dali jeszcze wskazówkę, że podobno w innym
szpitalu w Warszawie jest lekarz, co „to” leczy... Wróciłam do domu
z cudownym synkiem, ale bez wiedzy, jak mu pomóc.
Pierwsza wizyta u specjalisty w Warszawie trwała może
2 minuty. Przyjął nas poza kolejnością, bo Piotruś miał wtedy
zaledwie 3 tygodnie. Obejrzał jego ręce, nogi i powiedział, że
najlepiej zrobić przeszczep, ale dopiero w wieku... 11 lat. Inna
konsultacja, u kolejnego specjalisty – tym razem z Poznania – i
kolejna propozycja: podobna operacja, ale tym razem za 2-3 lata.
Zabieg miał polegać na przeszczepie paliczków z palców stóp do
„kuleczek” lub na przeszczepie dwóch całych palców ze stóp syna (po
jednym z każdej) do jego dłoni. Nie zdecydowaliśmy się na żadną
opcję... To był niezwykle trudny wybór, z którego Piotr kiedyś nas
rozliczy. Uznaliśmy jednak, że skoro nie ma całego śródręcza, to
palce „umocowane” tuż przy nadgarstku nadal nadawałyby jego ręce
nienaturalny wygląd. Taka terapia w niczym by mu nie pomogła, a
pewnie jeszcze bardziej przyciągałaby spojrzenia i okaleczałaby
także stopy.
Piotruś jest radosnym, roześmianym i lubianym
4-latkiem. Robimy wszystko, aby jego życie było pełne kolorów,
pasji i radości. Staramy się, aby nie czuł się dzieckiem
niepełnosprawnym i w przyszłości nie myślał o sobie przede
wszystkim jako o osobie niepełnosprawnej. Nasz syn ma odpowiednie
orzeczenie, ale powiemy mu o nim, gdy będzie starszy. Uczymy go,
aby w miarę możliwości w codziennych czynnościach posługiwał się
lewą ręką. Już nauczył się, że np. lewy nadgarstek to świetne
miejsce na ułożenie kanapki lub ciastka, kiedy prawą ręką chce się
przewrócić stronę w książeczce, a „kuleczki” pasują jak ulał do
dziurek w płytach CD i bardzo ułatwiają ich zmianę w odtwarzaczu.
Dbamy o to, aby ufał ludziom, a tych, którzy nie wiedząc, jak się
wobec niego zachować, zranią go lub wykpią - nie traktował jak
wrogów.



