W salonie bywam rzadko, na ogół po to, żeby wyjąć z półki jakieś książki, które są mi potrzebne do pracy. Pracuję w kuchni przy okrągłym stole, przy którym także jem. Z kolei mój 23-letni syn spędza większość czasu w swojej sypialni. Rzadko wystawia nos poza swoją norę – na ogół po to, żeby w kuchni ugotować sobie makaron. Tam rozmawiamy o życiu. Zawsze pytam go, jak spał – bo sen uważam za sprawę numer jeden, tego nauczyło mnie moje doświadczenie. Człowiek niewyspany nie potrafi spędzić dnia w skupieniu, nie odbiera właściwie bodźców, nie może skutecznie pracować.
Mój syn jest NEET-em (ang. not in education, employment or training). Dwa razy zapisał się na studia, ale w obu przypadkach nie dotrwał do pierwszej sesji. Jest na moim utrzymaniu, jestem jego jedynym przyjacielem, to ze mną rozmawia, czasem po półtorej godziny, o tym, co teraz robimy.
Ale to się zmieni, bo pod koniec roku przeprowadzam się pod Warszawę. Tamtejsze mieszkanie jest małe, ponad dwa razy mniejsze niż to, w którym mieszkamy teraz. On się tam nie zmieści. Obiecałem synowi, że wynajmę mu kawalerkę w Warszawie. Ale największa zmiana polega na tym, że on tam nie będzie miał mnie, że będzie żył tam sam. Mój syn uważa moje zajęcia, między innymi pisanie felietonów do „Integracji” i „Wysokich Obcasów Extra”, za pozór pracy. W istocie, nie utrzymuję się z pisania, chociaż kiedy ktoś mnie pyta: „Kim jesteś?”, odpowiadam, że pisarzem. Piszę, ponieważ to zajęcie daje mi poczucie, że moje życie ma sens.
Wszystkiego tego wysłuchuję od młodego człowieka, który sam nie wykonuje nawet pozoru pracy, a utrzymuje się z tygodniówek, które mu regularnie wypłacam. Kiedy sam miałem 23 lata, pracowałem drugi rok jako redaktor w dziale zagranicznym „Gazety Wyborczej”. Mój syn mówi, że to były zupełnie inne czasy, i ma rację. Wystarczyło znać angielski, żeby dostać pracę, a ja znałem cztery języki. Mój syn zna angielski lepiej ode mnie – zarówno w porównaniu z tym, co umiem teraz, jak i wtedy, kiedy sam miałem tyle lat, co on dziś. Ale obecnie wszyscy mówią po angielsku i sam ten fakt nie jest przewagą na rynku pracy. Syn uczy się co prawda na Duolingo japońskiego, i to jest właściwie jedyne zajęcie, które wykonuje. Popieram to.
Problem w tym, że mój syn nie próbuje zmienić swojego życia. Nie wysyła CV do potencjalnych pracodawców. Mówi, że sztuczna inteligencja wyrzuca z rynku pracy tak zwanych juniorów, czyli pracowników zaczynających dopiero swoje zatrudnienie. I ma rację – rynek pracy stał się dla juniorów mniej przychylny. Mówi też, że ma ADHD, jak całe jego pokolenie. Myślę, że nie chodzi o znaczenie medyczne tego czteroliterowego skrótu, zresztą nawet gdyby tak było, to są na to skuteczne lekarstwa.
Piszę o tym wszystkim, bo to są moje jedyne doświadczenia z młodym pokoleniem. Ale nie jest to przypadek odosobniony. Moje koleżanki, które mają synów w podobnym wieku, opowiadają mi, że u nich jest podobnie. Wyrosło pokolenie młodych ludzi pozbawionych ambicji. Ja sam w tym wieku byłem ekstremalnie ambitny, miałem nienasyconą i zbyt dużą żądzę władzy, w wieku 25 lat zostałem w „Gazecie” szefem działu kultury. Byłem nim przez pięć lat. Później moja ambicja zaczęła znowu mnie motywować w kierunku zmiany, ale moje życie zaczynało się rozpadać, aż wreszcie zaczął się u mnie fatalny kryzys psychiczny, który pozbawił mnie możliwości działania przez następnych 12 lat – tyle samo czasu, ile spędziłem na pracy. To jednak nie jest tematem tego tekstu.
Mój syn ma okno możliwości, ale nie korzysta z niego. Prędzej czy później życie zmusi go do pracy. Chciałbym tylko, żeby to nie była praca fizyczna dla ludzi bez kwalifikacji. On ma bardzo bystry umysł, tylko brakuje mu chęci. Powiedziałem mu, że jego herbowym mottem jest nulla est mihi voluntas – „nie chce mi się”. Bez chęci nie uda się nic.


Artykuł pochodzi z numeru 3/2026 magazynu Integracja





