W piątkowy wieczór na tyłach Teatru Capitol w Warszawie trwa próba Integracyjnego Zespołu Pieśni i Tańca Mazowiacy. Tancerze szlifują choreografię przed wyjazdem na pokaz w Rydze. Anna Cybulska jest równolatką zespołu. Ma 40 lat. W zespole tańczy od 15. Uwielbia taniec, ale to nie dlatego spędza dwa dni w tygodniu na ćwiczeniach. Choreografia bywa dla niej skomplikowana, zwłaszcza do tańca z wieńcem, w którym trzeba pilnować kolejności przejść.

-Trudno mi to zapamiętać, ale lubię tutaj przychodzić, bo mam tu przyjaciół i czuję, że się rozwijam poza moją pracą. Zespół Mazowiacy to moja rodzina. Moja mama, gdy jeszcze żyła, również była w naszym zespole – mówi Anna.

Natalia Pieńkowska tańczy od 5 lat. Po próbie jest zmęczona, ale uśmiechnięta. To właśnie uczucie radości jest powodem, dla którego przychodzi na zajęcia, a najwięcej przyjemności sprawiają jej oklaski po występie.  – Pierwszy raz był trudny. Miałam tremę przed publicznym występem, ale wzięłam się w garść, dałam z siebie wszystko, i dobrze poszło – wspomina. 

Tomek Rogala podkreśla, że jest osobą z niepełnosprawnością, ale samodzielną, niezależną i pracującą. W zespole odpoczywa od pracy i codzienności. -Nabieram tu energii, bo wszyscy się lubimy i sobie pomagamy. Tu przestaje się liczyć niepełnosprawność. Ważne są talenty i to, co potrafimy.

Yahor Prylutski w zespole jest od 3 lat. Jest wolontariuszem i tancerzem. – Pomagam przy scenie, zwłaszcza przy scenografii. W zespole są wspaniali ludzie. Lubię tu być.

Sebastian Kicmal jest związany z Mazowiakami od 30 lat. Zaczynał od sekcji muzycznej, ale z przyjemnością tańczy. – Gdyby nie zespół, siedziałbym w domu, a tu poznaję ludzi i wyjeżdżam na koncerty.

Marcin Więckiewicz docenia przede wszystkim piękno tańca, kostiumów, atmosferę zespołu i przyjaciół. – Zespół pozwala mi się skupić. Muszę zwracać uwagę na szczegóły, żeby zapamiętać choreografię. To też mój trening, żeby schudnąć, i powód do uśmiechu.

Paweł tańczy dopiero od roku. O zespole dowiedział się z mediów społecznościowych. Jeszcze nie występował na scenie. Układy choreograficzne sprawiają mu problem. – Jestem pilny na próbach i powtarzam w domu. Na próby przyjeżdżam po pracy i czasami jestem zmęczony, ale wszyscy są dla mnie bardzo mili.

50 lat wcześniej

17-letni Leszek Ploch był utalentowany muzycznie. Widział się na największych scenach muzycznych świata. Szykował się do matury. Działał w harcerstwie. Nie zdawał sobie sprawy, że udział w pewnym pikniku na trawie odmieni jego życie. 

– Zostałem zaproszony do Lasu Bielańskiego. Był 1969 rok. W pikniku brały udział osoby z niepełnosprawnością, a ja miałem grać na akordeonie, żeby mogły potańczyć. To był mój pierwszy kontakt z osobami, jakich dotąd nigdy w życiu nie widziałem. Ich wyraz twarzy, ruchy, zachowania były zupełnie inne, niż te, które znałem na co dzień. Kiedy znalazłem się z nimi na tej polanie, dostrzegłem, jak fantastycznie się bawią, są spontaniczni, słowem: kapitalni. Klimat społeczny wokół osób niepełnosprawnych był wtedy inny, nie mieliśmy okazji widzieć się na ulicach. To spotkanie dla mnie było czymś niezwykłym.

Trzy tygodnie później, znowu z akordeonem w ręce, ruszył na kolejne spotkanie. W głowie tego młodego człowieka nadal tkwiły szkoły muzyczne, sceny, dyrygentura, orkiestry, ale na tym idealnym planie zaczęły pojawiać się rysy.

– Gdzieś głęboko poczułem w sobie budzenie się wątku pedagogicznego. Czas mijał, a ja uczestniczyłem w kilku kolejnych spotkaniach. Pamiętam dzień, który spędziliśmy na statku. To był rejs po Wiśle, pełen śpiewu i zabawy.

Ze statku schodził już z decyzją, że pójdzie na studia pedagogiczne.

– Wszyscy pukali się w głowę, bo jak to może być, że taki uzdolniony człowiek, który miał być muzykiem, rezygnuje... W rodzinie i poza nią powtarzano: „Zastanów się jeszcze sto razy, bo na garbatego konia wskakujesz”.

Ale on już się nie zastanawiał. Ukończył pedagogikę specjalną. Muzyki przy tym nigdy nie porzucił. Najpierw prowadził raz w tygodniu zajęcia artystyczne przy klubie „Przyjaciel” Towarzystwa Przyjaciół Dzieci: trochę śpiewu, trochę tańca i gry na prostych instrumentach perkusyjnych. Mimo młodego wieku już wtedy nie zgadzał się na kompromis artystyczny. Nie godził się z tezą, by niepełnosprawność tłumaczyła niższy poziom wykonania. Sztuka musiała pozostać na najwyższym poziomie.

– Zdawałem sobie sprawę z tego, jaką siłę terapeutyczną ma ukazywanie na bieżąco osiągnięć ucznia w przestrzeni publicznej. Nie tylko przed rodzicami i kolegami, ale także przed innymi w środowisku. Upublicznienie społeczeństwu tego, co są w stanie osiągnąć, bo osiągali nieprawdopodobnie dużo, stało się wyzwaniem. Wpajano mi na studiach, aby osobę niepełnosprawną intelektualnie pozostawić w spokoju, by pracować z nią jak z człowiekiem, który mało rozumie i od którego nie można zbyt wiele oczekiwać. Wszystko, co należy mu zapewnić, to podstawowe warunki socjalno-bytowe. Nie mogłem się z tym zgodzić, bo przecież człowiek rozwija się także duchowo, a przez działania muzyczne i muzyczno-ruchowe jesteśmy w stanie wiele sprawić. Możemy ubogacić dziecko w dodatkowe wrażenia estetyczne, muzyczne, artystyczne. Dzięki temu także je usamodzielniamy, usprawniamy.

Muzyka ludowa ze swoim rytmem i melodią wpadała w ucho młodym ludziom. Po ponad dwóch latach grupa stopniowo podlegała podziałowi. Część osób wykazywała talent do tańca i chciała traktować zajęcia bardziej profesjonalnie. Pojawiły się pierwsze stroje.

– Mam je do dzisiaj. Dostaliśmy na ich zakup pieniądze z ministerstwa kultury. Było ich dziesięć par. Dzisiaj mamy w swoim zbiorze ponad 200 strojów ludowych, reprezentujących różne regiony Polski, ale dotąd wspominam ze wzruszeniem tamten gest ministra.

Grupa odnosiła sukcesy, ale Leszkowi Plochowi brakowało swobody działania, entuzjazmu działaczy, wolności podejmowania decyzji. Wszelkie strategiczne działania wymagały zewnętrznych zgód, akceptacji, np. na koncerty wyjazdowe, warsztaty czy zakup instrumentów profesjonalnych.

Odważne decyzje

– Wszystko zaczęło się komplikować. Musiałem wyjaśniać, dlaczego potrzebna jest jeszcze jedna koszula na zmianę. Dostawaliśmy zaproszenie na koncerty, ale potrzebna mi była zgoda na wyjazd. Nawet nie pieniądze, lecz właśnie zgoda. A ja żyłem w świecie, w którym niemówiąca dziewczynka ze swoją mamą zaczynała nagle śpiewać, odkrywałem wciąż nowe, kolejne cuda, jako rezultat pracy terapeutycznej. Chciałem robić fajne rzeczy, wykorzystać na występach oryginalne stroje ludowe, instrumenty muzyczne, rekwizyty, rozwijać profesjonalizm pod każdym względem. Przyszedł więc czas, żebym działał po swojemu.

I tak w niecałe 15 lat po pierwszym pikniku z udziałem rodziców i młodzieży z niepełnosprawnością powstała Fundacja Krzewienia Kultury Artystycznej Osób Niepełnosprawnych. Od tamtej pory zespół Mazowiacy jak burza rozwinął serię występów w kraju i na międzynarodowych scenach, w tym przed prezydentami i królami. Kroniki wydarzeń z roku na rok zaczęły zapełniać się kolejnymi relacjami i rewelacjami dotyczącymi sukcesów estradowych.

– Może trudno w to uwierzyć, ale nie miałem oczekiwań, że będziemy mieli jakieś szczególne osiągnięcia. Ja tylko chciałem, żeby nikt mi się nie wtrącał i pozwolił na prowadzenie socjalizacji członków zespołu na drodze stale kontynuowanej edukacji artystycznej. Nic więcej. Czas pokazał, że osiągnęliśmy wiele. A najciekawsze jest to, że nigdy nie pojawiła się na naszej drodze konkurencja ani w kraju, ani na świecie. Zawsze walczyłem o nasz zespół. Dzisiaj mamy własne nagrania DVD, CD, kroniki, ogromny zestaw nagród i wyróżnień. Teraz są media społecznościowe, ale zaczynaliśmy od tego, że nikt nam nie wierzył, pukali się w głowę, my jednak dostawaliśmy owacje na stojąco.

Twórca zespołu nie zrezygnował ze swoich ambicji. Równolegle z prowadzeniem Mazowiaków kontynuował pracę naukową. Dzisiaj jest profesorem nauk społecznych. 

– Trochę był to wynik naturalnej drogi po zakończonych studiach, a trochę sposób, w jaki odpowiedziałem sam sobie na zarzuty niektórych rodziców, że nie rozumiem ich dzieci, bo nie jestem rodzicem dziecka z niepełnosprawnością. Stałem się więc ekspertem, a współpraca z rodzicami zaczęła się układać. Pamiętam rozmowę między 40-letnim synem i jego 60-letnią matką. Ona chciała się już wycofać, zmęczona wiekiem, życiem. Chciała odpocząć w fotelu, ale syn nie pozwolił. Twierdził, że chce mu złamać karierę i on nie może się wycofać. Dzisiaj ten pan ma 52 lata, pani ponad 70, i nadal przychodzą.

Praca zespołowa całych rodzin

Początki zespołu wymagały wynajmowania lokali, zdobywania funduszy, wsparcia decydentów. Zespół często zmieniał lokalizację. Kolejne siedziby nie zawsze były dostosowane do potrzeb osób ze szczególnymi potrzebami. Dopiero trzy lata temu osiedli na 350 mkw w pomieszczeniach wynajmowanych od Stowarzyszenia Współpracy Polska–Wschód, które sami zaadaptowali do wymagań pracy scenicznej. 

– Przyznaję, że były takie chwile, kiedy chciałem się poddać, ale wtedy ówczesna pierwsza dama Jolanta Kwaśniewska przekonała mnie, że to, co robię, muszę robić dalej, i zapraszała, byśmy wystąpili przed koronowanymi głowami i żonami prezydentów – łącznie przed osobistościami z 23 państw. Dała nam nadzieję.

Informacje o zespole oraz artykuły o artystach z niepełnosprawnością intelektualną pojawiły się również w magazynie „Integracja” wiele, wiele lat temu, chociaż ta tematyka nie była popularna. Leszek Ploch w kilku numerach pisał o ludziach, którym sztuka zmieniła życie.

Przez 40 lat przewinęło się przez zespół ponad 2 tysiące ludzi. Przychodzili na zajęcia, publicznie prezentowali swoje umiejętności, wzbudzali zachwyt, a ich występy kończyły się aplauzem. 

– Z dumą mówię o tych sukcesach. Moich własnych, bo jestem twórcą, nauczycielem i kimś, kto otworzył okna na świat dla naszych artystów, a z drugiej strony o sukcesach indywidualnych, wynikających z zaangażowania naszych tancerzy, muzyków, aktorów. Mogliby przecież ugrząźć w kokonie swojej choroby, niepełnosprawności, a doświadczają świata z perspektywy artysty, bohatera pełnego radości, szczęścia i zasługującego na oklaski. Można na nich patrzeć z perspektywy choroby, jak na ludzi, którzy nie mają predyspozycji do tańca, do sceny, a jednak dzieje się coś niezwykłego. To jak wychodzenie ze skorupy ślimaka. To coś poza logiką, matematyką i językiem polskim. Do moich artystów docieramy kolorem, smakiem, węchem – wszystkimi zmysłami.

Zespół Mazowiacy posiada w repertuarze zbiór tańców, pieśni, utworów muzycznych, spektakli muzycznych, wiązanki pieśni wojskowych i żołnierskich i wiele innych. Pracują w trzech sekcjach głównych: chór, taniec, orkiestra oraz grupa teatralna i pantomima. Na co dzień ćwiczy w nim ponad 100 osób. Jednocześnie na scenie występuje nawet 40, a koncerty odbywają się i 24 razy w roku. Choreografką zespołu jest Hanna Ploch, żona założyciela.

– Mam wyrzuty sumienia. Żona jest miłością mojego życia, ale prawda jest taka, że przeze mnie musiała przedwcześnie zrezygnować z kariery artystycznej. Miała wspaniałe osiągnięcia. To zawodowa tancerka, niesamowita kobieta. Ukończyła Studium Taneczno-Wokalne TVP w Koszęcinie, pracowała w Music Hall w Chorzowie i Teatrze Syrena w Warszawie. I byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie podkreślił, że to za jej pieniądze kupiliśmy pierwszy samochód. Jestem szczęśliwy, że zgodziła się związać swoją drogę z zespołem, zostać jego choreografem. Pracuje, jakby posiadała czarodziejską różdżkę. Nawet przy „trudnych” artystach potrafi wydobyć przepiękną choreografię. Uwolnić w każdym tancerzu to, co jest jemu najbliższe – to fenomen. Z zespołem współpracuje także moja córka, ale przede wszystkim jest germanistką, choć ukończyła pedagogikę specjalną i swoje umiejętności wykorzystuje w pełni. Z zespołem koncertuje od chwili, kiedy ukończyła 4 latka.

W pracę zespołu angażują się rodzice i wolontariusze. Zadania elektryka, krawcowych, garderobianych, logistyków to prace, na które zespół nie mógłby sobie pozwolić komercyjnie. Żyje bowiem z dotacji, projektów i odpisu 1,5 proc. od podatków.

Hiszpańskie słońce tylko na urlopie

Zespół stał się całym światem Leszka Plocha. Pracę naukową poświęcił chorobom rzadkim i niepełnosprawności. Przebywając w środowisku osób z niepełnosprawnością intelektualną, odczuwał strach, gdy na świat miała przyjść jego córka.

– Odrzucałem możliwość choroby czy niepełnosprawności dziecka. Trzymałem się myśli, że moje dziecko będzie zdrowe. Zdawałem sobie sprawę, jak to wygląda, i uczciwie powiem, że się bałem. Jednocześnie byłem ślepo wierzącym optymistą. Gdybym nim nie był, nie stworzyłbym niczego. Córka wyrosła na wspaniałą, niezwykłą, mądrą kobietę, a zespół stał się naszym drugim dzieckiem. Nigdy nie zostawię moich artystów. Nie odejdę na emeryturę.

Kiedyś marzył o tym, że emeryturę spędzi w Hiszpanii. Chciał kupić tam dom i odpoczywać w słońcu. Tego marzenia nie zrealizuje.

– Hiszpania tylko na urlop. Tu mam jeszcze wiele do zrobienia. Od hiszpańskiego słońca wolę naszą młodzież i naszych dojrzałych artystów. Miewam chwile zwątpienia i mówię sobie wtedy, że już wystarczy, ale jednak nie mógłbym bez tego żyć.


ETR

Zespół tańca Mazowiacy istnieje już 40 lat, czyli bardzo długo.

Zespół Mazowiacy tworzą osoby z niepełnosprawnościami i ich przyjaciele.

W zespole Mazowiacy tańczą, śpiewają i grają na różnych instrumentach muzycznych.

Na scenie występuje nawet 40 osób, a rocznie jest około 20 koncertów.

Zajęcia w zespole Mazowiacy to nie tylko nauka tańca, ale też czas przyjaźni i wspólnej pracy.

Anna mówi, że Mazowiacy to jej druga rodzina.

Tomek mówi, że w zespole Mazowiacy nie liczy się niepełnosprawność, tylko talent.

Natalia lubi oklaski po występach.

Paweł cieszy się, że mimo zmęczenia zawsze spotyka miłych ludzi.

Zespół Mazowiacy założył Leszek Ploch.

Najpierw był muzykiem. Wierzył, że każdy człowiek może tworzyć i występować.

Dzięki Leszkowi Ploch powstała Fundacja Krzewienia Kultury Artystycznej Osób Niepełnosprawnych.

Dziś Mazowiacy znani są w Polsce i za na świecie. Występowali przed prezydentami i królami.

Mazowiacy to coś więcej niż zespół — to miejsce, gdzie można rozwijać talent, poznawać ludzi i czuć radość.


Artykuł pochodzi z numeru 5/2025 magazynu „Integracja”. 

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.