Pamiętam tamto wrześniowe popołudnie pięć lat temu. Internat przygotowany był na przyjęcie uczniów, sale pachniały świeżością. Wtedy w drzwiach pojawili się oni – Dominik i Bartek – bliźniacy. Wysocy, uśmiechnięci, z identycznymi walizkami i takim samym niepewnym spojrzeniem. Przyjechali do Krakowa z Chrzanowa, aby zacząć naukę w szkole zawodowej i zamieszkać w internacie Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego Nr 1.

Agnieszka Korzeniowska: Stali obok siebie tak podobni, że mieliśmy obawy, czy kiedyś uda nam się ich odróżniać. Na pytania odpowiadali niemal jednocześnie, tym samym tonem. Przyjechali z wieloma marzeniami oraz z niepewnością i lękiem, którego w pierwszych dniach wcale nie próbowali ukrywać. Minęło pięć lat. Dziś Dominik i Bartek, autyści z niepełnosprawnością intelektualną, to młodzi kucharze, świetni uczniowie i dojrzali, wartościowi ludzie. Kiedy wracają pamięcią do tamtego dnia, uśmiechają się inaczej – z dystansem, wdzięcznością i dojrzałością.

Dominik Bolek: Bartek, pamiętasz, jak to się zaczęło, kiedy zaczęliśmy tutaj chodzić?

Bartosz Bolek: Ten pierwszy dzień w szkole był stresujący – byliśmy na rozpoczęciu roku, zapoznawaliśmy się z naszą nową wychowawczynią i z klasą. Potem pojechaliśmy do internatu i tam musieliśmy podpisać parę papierów. Zostaliśmy wspaniale przyjęci przez uczniów. A ty jak zapamiętałeś ten dzień?

D: Bałem się. Najbardziej tego, czy mnie rówieśnicy i starsi koledzy przyjmą. Ale było pozytywnie. A pamiętasz nasze pierwsze żarty? Byliśmy podobni do siebie i zawsze nabieraliśmy wychowawców, kto jest kto.

B: Pamiętam. Długo nam się to udawało! A pamiętasz pierwsze przyjaźnie i jak się zakochałeś?

D: Pierwszego dnia, kiedy tutaj przyszedłem, nie wiedziałem, jak poznawać przyjaciół, bo byłem zestresowany, ale z biegiem czasu nauczyłem się nawiązywać relacje i je podtrzymywać. I odnośnie do twojego pytania, czy się w kimś zakochałem, to tak, zakochałem się w Julce. Powiedziałem jej o swoich uczuciach, ale nasz związek trwał tylko miesiąc. A ty? Poznałeś tutaj przyjaciół?

B: Ja miałem trudności, żeby się z kimś dogadać, ale wtedy razem z tobą zaczynaliśmy rozmawiać. Pomagałeś mi. Razem przeszliśmy przez ten trudny początek.

D: A gdybyś jeszcze raz miał wybrać, to co byś zrobił? Wolałbyś mieszkać z rodzicami i chodzić do szkoły w pobliżu domu czy zdecydowałbyś się jeszcze raz na Kraków i mieszkanie w internacie?

B: Szczerze, gdy chodzi o wybór szkoły, to ja w ogóle nie żałuję, że jestem tutaj. Tu, w internacie, nabrałem dużej samodzielności. Byłoby to trudniejsze w domu. Wiadomo, że rodzice troszczą się o nas, ale też dużo pomagają i wyręczają. Na początku bardzo za nimi tęskniłem. Ale tylko przez pierwsze półtora tygodnia, potem już się przyzwyczaiłem. Nasza starsza siostra, która jest psychologiem, bardzo nam pomagała w tych pierwszych miesiącach. Uczyła nas też, jak gotować, jak przygotować potrawy i jak się uczyć kucharstwa. Mieszkanie poza domem było ogromnym wyzwaniem, musiałem się dużo nauczyć. Ale to bardzo przyjemne uczucie wiedzieć, że wiele potrafię zrobić sam, i czuć się coraz bardziej niezależnym.

Agnieszka Korzeniowska: Przeglądamy zdjęcia, strony kroniki internatu i filmiki. Na ekranie migają twarze młodsze o kilka lat. Oglądamy fotografie ze wspólnych wyjazdów, przeglądów tanecznych, teatralnych, wspólnych imprez. Czas minął niepostrzeżenie. Dopiero kiedy wracamy do tych obrazów, widać wyraźnie, jak wiele wydarzyło się po drodze. Jak bardzo zmienili się chłopcy. Jak dojrzeli. Ile rzeczy udało im się osiągnąć, nauczyć, spróbować.

D: W tej szkole pierwszy raz wystąpiliśmy na scenie. W podstawówce nie mieliśmy takich możliwości. Tutaj najpierw była akademia, potem kolejne występy – jasełka, uroczystości, różne szkolne wydarzenia. Na początku miałem do powiedzenia jedno zdanie, a i tak bardzo się bałem. Ale zauważyłem, że kiedy robię coś kilka razy, uczę się tego, i strach powoli mija. Na jasełkach wydarzyła się kiedyś śmieszna historia. Graliśmy bezdomnych mieszkających na dworcu, a koleżanka miała zaprosić nas na wigilię. Tyle że zapomniała tekstu i zapytała tylko: „Czy przyjdziecie?”. No to musiałem improwizować. Odpowiedziałem: „A gdzie niby mamy przyjść?”. I tak udało się uratować całą scenę. A pamiętasz śmieszną historię z naszego występu tanecznego? Jak losowałeś nagrodę?

B: Tak! Byliśmy w Chrzanowie na przeglądzie tanecznym i pani prowadząca imprezę wybrała mnie do losowania nagrody dla jednego z zespołów. Kiedy wyciągnąłem karteczkę, okazało się, że wylosowałem… Dance Nation, czyli naszą grupę! Wszyscy zaczęli się śmiać, a pani powiedziała, że za rok do losowania weźmie już chyba kogoś innego. I na pewno nie będzie to mój bliźniak, bo obawia się, że sytuacja mogłaby się powtórzyć!

D: Zobacz, ile ciekawych miejsc zobaczyliśmy w czasie pobytu w Ośrodku. Pierwszy raz lecieliśmy samolotem – oczywiście był stres, ale też radość, że szybko udało się go pokonać!

B: Tak, na pewno będzie nam brakować wspólnych wyjazdów. Byliśmy w Norymberdze, w Grecji, dużo podróżowaliśmy też po Polsce. Poznaliśmy wiele miejsc i ludzi, z którymi do dziś utrzymujemy kontakt.

D: No ja do dziś piszę na Messengerze z koleżankami z Norymbergi. A pamiętasz śmieszną sytuację z Norwegii? Pani kelnerka coś nam tłumaczyła po angielsku. Nie bardzo zrozumiałem, więc poprosiłem Kamila, żeby mi to przetłumaczył. Pani spojrzała na nas zdziwiona i zapytała: „Wy jesteście z Polski? To po co ja mówię po angielsku?”.

Agnieszka Korzeniowska: Kwiecień to miesiąc poświęcony budowaniu świadomości o autyzmie. Jest okazją do bardziej poważnych rozmów. Można porozmawiać o tym, co bywa trudne, niezrozumiałe czy inne. Ale optymizm chłopaków nie pozwala na zatrzymanie się tylko na trudnościach – szukają tego, co dobre, siły, wrażliwości i wyjątkowego spojrzenia na świat, które noszą w sobie każdego dnia.

D: Dobra, Bartek, ty doskonale wiesz, że my mamy autyzm, tak? Pamiętasz, kiedy się o tym dowiedzieliśmy?

B: No, ja pamiętam, że o autyzmie dowiedzieliśmy się, kiedy mieliśmy dziesięć lat. Wracaliśmy wtedy z poradni. Nie bardzo wiedzieliśmy, co się dzieje. Mieliśmy różne badania i właśnie wtedy zdiagnozowano u nas spektrum autyzmu. Usłyszeliśmy to po prostu w rozmowie dorosłych. Ja i Dominik tak naprawdę nie orientowaliśmy się wtedy, co to dokładnie znaczy.

D: A teraz? Czy wiesz, co to jest?

B: Wiem. To trudność w nawiązywaniu i utrzymywaniu relacji, rozpoznawaniu żartów, cynizmu i ironii. To tak w skrócie to, co najważniejsze.

D: Czy autyzm Ci w czymś przeszkadza?

B: Czasami tak. Najbardziej w tych relacjach. Bywają sytuacje, kiedy nie wiem, co powinienem powiedzieć albo jak się zachować. Mam też problem z odróżnieniem, czy ktoś żartuje, czy mówi serio. I to czasem jest trudne. Boję się, że mogę stracić przyjaciół.

D: A jest coś dobrego w autyzmie?

B: Myślę, że tak. Ja przez te lata nauczyłem się bardziej rozumieć drugiego człowieka. Wiem, że kiedy ktoś jest smutny, to trzeba podejść i zapytać. Potrafię to zrobić, umiem zacząć rozmowę. Potrafię wesprzeć taką osobę.

D: To chyba nazywa się empatia. U mnie też coś takiego jest. Widzę, kiedy ktoś ma gorszy dzień. Dostrzegam to, wyczuwam. Wtedy podchodzę i spokojnie pytam: „Czy coś się stało? Mogę ci jakoś pomóc?”. I szczerze mówiąc, dziś czuję, że autyzm wcale mnie nie ogranicza.

Agnieszka Korzeniowska: W jednej z sal zatrzymujemy się na chwilę przy zdjęciach wiszących na ścianie. To fotografie uczniów stylizowane na obrazy Tamary Łempickiej, przygotowane kilka lat temu na konkurs. Pamiętam tamtą sesję – było dużo śmiechu, profesjonalny makijaż, poprawki fryzur i stres przed aparatem. Bartek otrzymał wtedy trzecią nagrodę. Chłopcy od razu bezbłędnie wskazują, który jest który. Ja patrzę na te zdjęcia i nadal widzę ich niemal identycznie. Ten sam uśmiech, podobne spojrzenie, powaga na twarzy. A jednak przez te lata nauczyłam się dostrzegać, jak bardzo się różnią. Mają inne charaktery, inne zainteresowania, inaczej patrzą na świat. Nawet swoje sympatie wybrali zupełnie różne – dziewczyny o całkiem innym usposobieniu. I chyba właśnie w tym najlepiej widać, że choć są bliźniakami, to każdy z nich zaczął iść własną drogą.

B: Dominik, ja myślę, że jednak wcale nie jesteśmy aż tak podobni. Ty jesteś wygadany, wszędzie Cię pełno, masz mnóstwo energii. A ja jestem bardziej cichy i wrażliwy. Zgadzasz się z tym?

D: Trochę tak, ale ty też bardzo się otworzyłeś. Może chwilę później niż ja, ale pamiętam końcówkę pierwszej klasy – wtedy zacząłeś czuć się pewniej. Zawsze ja byłem tym „gadułą”, a teraz zdarza się, że przy tobie trudno mi dojść do głosu!

B: To prawda. W pierwszej klasie byłem dużo bardziej zamknięty. Zawsze byłem za tobą. I chyba moim największym sukcesem jest właśnie to, że się otworzyłem. Nie boję się rozmawiać i mam dziś naprawdę fajne grono znajomych.

D: A pamiętasz, że nasza nauka miała wyglądać zupełnie inaczej? Ja miałem być cukiernikiem, a ty kucharzem. Tyle że na cukiernika nie było już miejsc.

B: No i wtedy wymyśliłeś, że też pójdziesz na kucharza.

D: Bo chciałem robić coś, co naprawdę lubię. A ja po prostu lubię gotować… I lubię dobrze zjeść. Mama próbowała mnie jeszcze przekonać: „Dominik, idź na montera, pomożesz tacie”. Ale ja chciałem sam zdecydować.

B: I pamiętam, że zrobiłem Ci wtedy awanturę. Bo pomyślałem: „Jak to? Kucharz miał być mój!”. Chyba już wtedy nie chciałem, żebyśmy znów wszystko robili razem.

D: Przez pierwsze trzy lata faktycznie tak było – zajęcia, praktyki w szkole, wszystko razem. Dopiero później wybraliśmy inne praktyki zewnętrzne i to była trudna decyzja, bo całe życie robiliśmy wszystko podobnie. Ale uznaliśmy, że pójdziemy do różnych barów, bo czas nauczyć się czegoś osobno.

B: I teraz widać, że każdy z nas pracuje trochę inaczej. Ja też się cieszę, że tak wyszło.

D: Ja też jestem zadowolony z takiego rozdziału.

B: A czy jest coś, co tobie się nie udało?

D: Jasne. Największe porażki to chyba nieudane związki. Ale dzięki nim dużo nauczyłem się o drugim człowieku i o sobie. A jeśli chodzi o sukcesy, to przede wszystkim samodzielność. Gotowanie, robienie prania, zwykłe, codzienne rzeczy. Dla wielu ludzi to może być coś normalnego, a dla mnie to było naprawdę ważne.

Agnieszka Korzeniowska: Drzwi internatu otwierają się późnym popołudniem. Większość uczniów dawno wróciła ze szkoły i praktyk. Z dołu słychać szybkie kroki – to Dominik wraca z praktyk w Barze pod Filarkami. Zwykle wchodzi spokojnie, rzuca wesołe „dzień dobry” i idzie sprawdzić, co słychać u kolegów i koleżanek. Dziś jednak niemal wbiegł na piętro. Jest wyraźnie poruszony, mówi szybciej niż zwykle, nie ukrywa emocji – widać, że wydarzyło się coś ważnego.

D: Mam niespodziankę! I pani na pewno nie zgadnie jaką! Szefowa baru poprosiła mnie dziś do siebie. Byłem strasznie zestresowany, bo kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi. Oceny już mam wystawione, więc cały czas zastanawiałem się, co mogło się stać. No i wtedy zaproponowała mi pracę na wakacje! Na razie na dwa miesiące – pomoc w kuchni i trochę na sali. Byłem naprawdę zaskoczony i bardzo szczęśliwy. Cieszę się, bo bardzo chciałbym pracować w zawodzie.

Agnieszka Korzeniowska: Późnym wieczorem na świetlicy jest już spokojnie. Większość uczniów dawno poszła do swoich pokoi. Dominik i Bartek siedzą jeszcze przy stole. Kilka godzin wcześniej pomagali przy zmianie pościeli i porządkach w internacie, więc po całym dniu są już wyraźnie zmęczeni. Teraz odpoczywają, rozmawiają półgłosem i co chwila wybuchają śmiechem. To jeden z tych zwyczajnych wieczorów, które mijają niepostrzeżenie, a po czasie okazują się najważniejszymi wspomnieniami.

D: Nas tu chyba będzie brakować. Najbardziej to przy rozdzielaniu pościeli i jej segregowaniu! Będą się musieli inni wyszkolić, jak to robić! Ciekawe, kto zagra pasterzy w jasełkach, kto będzie w poczcie sztandarowym? I będą mówić: „Szkoda, że nie ma Bartka i Dominika…”.

B: No, jak odejdziemy, to pewnie też Ksaweremu nas będzie brakować. To nasz kolega z pokoju, nie mówi i nie słyszy, ale my nauczyliśmy się z nim porozumiewać gestami. I dużo mu pomagamy, pokazujemy, jak ścielić łóżko, kiedy trzeba się ubierać, zejść na kolację i zażyć leki. Trzeba zrobić taki gest podobny do jedzenia albo innej czynności i Ksawery wtedy wszystko rozumie.

D: Tak, i pilnujemy, żeby jak najwięcej robił sam. Nie żeby za niego coś robić, tylko żeby się nauczył. Dwa lata temu, kiedy dziadek Ksawerego się rozchorował, to nasz tata zaproponował, że może go podwozić. I tak przez rok jeździliśmy razem do internatu.

B: Będzie mi brakować szkoły, internatu… Najbardziej tej rutyny, której się tutaj nauczyłem. Czyli o szóstej pobudka, sprzątanie, ścielenie łóżka, śniadanie, o siódmej wyjście do szkoły czy na praktyki. Po szkole obiad i zajęcia: zumba, rowery, teatr, plastyka, relaksacja…

D: Też będzie mi brakować tych zajęć. I tego, że nie będę się widział z moimi kolegami i koleżankami na co dzień. Najbardziej się boję, że nie będę mógł sobie poradzić w dorosłym życiu, że te relacje, które tu w szkole nawiązałem, mogą się utracić. Boję się też, jak będzie z pracą, czy ją znajdę i czy uda mi się ją utrzymać.

B: Przyjedziemy odwiedzić szkołę. Na pewno w czasie świąt, na jasełka, bo już tradycyjnie będzie na pewno spotkanie dla absolwentów. Ciekawe, jak się wszystko tu zmieni…

Agnieszka Korzeniowska: Przytakuję, kiedy mówią, że będą wpadać. Że jeszcze usiądziemy przy herbacie albo nawet kawie w pokoju wychowawców, pośmiejemy się z dawnych historii i znów pomylimy ich imiona. Zapraszamy ich zawsze, jak swoich. Ale gdzieś z tyłu głowy mam świadomość, że takie powroty z czasem stają się rzadsze. Że kończy się coś ważnego: etap wspólnego dorastania, codziennej obecności, rozmów prowadzonych późnym wieczorem na internackim korytarzu.

Patrzę dziś na Dominika i Bartka już inaczej niż pięć lat temu. Wtedy byli chłopcami trochę zagubionymi, choć dzielnie ukrywającymi strach pod uśmiechem. Dziś stoją przede mną młodzi mężczyźni – dojrzalsi, pewniejsi siebie, gotowi ruszyć dalej.

Świat dostaje dwóch wrażliwych, dobrych ludzi. Takich, którzy potrafią pracować, słuchać i być obok drugiego człowieka. Takich, którzy wiedzą, że życie nie zawsze jest łatwe, bo sami nieraz musieli uczyć się cierpliwości, wytrwałości i codziennego pokonywania własnych ograniczeń.

I choć przed nimi jeszcze wiele trudnych momentów, to wierzę, że sobie poradzą, tak jak radzili sobie do tej pory – wesoło, optymistycznie, uczciwie i z uporem, który pozwala iść dalej mimo przeszkód. A internat? Internat będzie toczył swoje życie dalej. Na korytarzach znów pojawią się nowi, przestraszeni pierwszoklasiści z walizkami i oczami pełnymi niepewności. Ale po Dominiku i Bartku zostanie coś więcej niż wspomnienie. Zostanie ciepło, wdzięczność i poczucie, że przez te kilka lat byli ważną częścią tego miejsca.


Agnieszka Korzeniowska – pedagog specjalny, od ponad 25 lat pracuje z dziećmi i młodzieżą z niepełnosprawnością intelektualną, autyzmem i afazją; obecnie w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym Nr 1 w Krakowie

Dominik Bolek – kucharz, tegoroczny absolwent Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego Nr 1 w Krakowie; bliźniak Bartosza

Bartosz Bolek – kucharz, tegoroczny absolwent Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego Nr 1 w Krakowie; bliźniak Dominika

 

Artykuł pochodzi z numeru 3/2026 magazynu „Integracja”. 

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.