Magdalena Sipowicz przeszła przez piekło wypadku kolejowego pod Szczekocinami w 2012 roku. Była wpisana na listę poszkodowanych w tej katastrofie jako 17. ofiara śmiertelna. Umierała sześć razy: raz na nasypie kolejowym tuż po wypadku i pięć razy w szpitalach. A jednak niesamowita wola życia i hart ducha pozwoliły jej nie tylko przeżyć, ale też przekuć to doświadczenie w dobro. Dziś swoim życiem inspiruje innych, motywuje i pomaga przejść przez kryzys jako mentorka i konsultantka. Kocha życie i czerpie z niego pełnymi garściami. 

Monika Meleń: Co czuje człowiek, któremu jedna chwila... tak można by pomyśleć, rujnuje resztę życia? Była Pani pełną energii młodą kobietą, w domu czekała niespełna dwuletnia córeczka, były plany, marzenia. I nagle wypadek…  

Magdalena Sipowicz: Nie da się tego opisać, nie sądzę też, żeby można było sobie to wyobrazić. Ja po wypadku, leżąc wśród innych poszkodowanych, czułam paradoksalnie... spokój.  

Niestety bardzo szybko traciłam krew, moja jedna noga była zmielona – mama bardzo nie lubi tego określenia – ale taka jest prawda. Nie miałam jednej nogi, druga była wykręcona w kolanie, miałam wieloodłamowo połamaną i przemieszczoną miednicę, mnóstwo obrażeń wewnętrznych, niemal niewyczuwalny puls... Ratownicy na moim ramieniu zostawili czarną opaskę, która kwalifikowała mnie do nieudzielania pomocy, ze względu na nikłe szanse przeżycia. To dla mnie zupełnie zrozumiałe, ale takie są podobno procedury medyczne. Gdy są takie wielkie katastrofy, w których jest ponad 200 osób poszkodowanych, to po prostu sortuje się ludzi w zależności od tego, jakie mają obrażenia. Pomaga się wtedy w pierwszej kolejności tym, którzy mogą przeżyć.  

Czy czuła Pani, że umiera? Jakie myśli przychodziły Pani do głowy?  

Leżąc na nasypie kolejowym, co chwila traciłam przytomność i budziłam się, słyszałam dobrze wszystko, co się działo wokół mnie, zdołałam nawet zadzwonić do męża i mamy, aby się pożegnać, ale coś w środku mówiło mi, że będę żyć. Stąd ten spokój. Nie było we mnie zgody na umieranie. Leżąc i czekając na pomoc, widziałam siebie, jak chodzę z protezą. Ja sobie to zaprojektowałam. Tak bardzo chciałam wrócić do mojej córki, do rodziny i życia, które jeszcze kilka minut temu było moją codziennością...  

Teraz, jeżdżąc po świecie, na przykład do Gwatemali – do starszyzny Majów czy amazońskiej dżungli, do plemienia Huni Kuin, rozmawiam z rdzennymi ludźmi. Nasze umysły są zatrute myślami, przekonaniami, ranimy słowem. A do tego wszystkiego nie mamy czasu, żeby się ze sobą spotkać i posłuchać tego, co w środku krzyczy. Spychamy siebie. Nie mamy kontaktu z naturą, a to coraz bardziej oddziela nas od pierwotnej siły. Mam świadomość tego, że każdy człowiek musi doświadczyć dokładnie tego, co jest wpisane w jego życie. Swoje życie należy przeżyć i postarać się je zrozumieć, zaakceptować, przytulić i się z nim pogodzić. Poszerzać swoją świadomość i zobaczyć, poczuć, że nasze życie jest dla nas najpiękniejszym prezentem, i każda sytuacja działa na naszą korzyść. Jesteśmy na ziemi po to, aby nieustannie poznawać i kształtować siebie jako człowieka. W każdej sekundzie naszego życia możemy dokonać wyboru. Każdego dnia możemy zacząć proces transformacji i stać się innym człowiekiem. A ból i cierpienie to nasi nauczyciele.  

Kryzys jest więc wpisany w nasze życie? Jest jego częścią? To jednak bardzo trudne pogodzić się z tym, że tak straszny wypadek musiał się zdarzyć i że w życiu często trzeba przechodzić przez cierpienie.  

Właśnie teraz podkreśliłabym to, na co się umówiłyśmy przed rozmową, że nie będziemy mówić o wypadku. Tutaj już nie ma o czym opowiadać. Przeszłość należy zostawić przeszłości. Ja się nauczyłam tego, czego miałam się nauczyć. Chciałabym powiedzieć: „Trzeba iść dalej”, ale nic nie trzeba. Właśnie na tym polega to moje zrozumienie. Ja wybieram pójście dalej, wybieram żyć tu i teraz i cieszyć się każdym oddechem. Ja już wiem, jak kruche potrafi być życie. Mamy wybór: czy siedzieć „tam” i cierpieć, czy być tu i tworzyć nowe. Z każdego doświadczenia, nawet tak traumatyzującego, można wyciągnąć coś dobrego, przekuć to na dobro. Można cieszyć się małymi rzeczami, doceniać codzienność, bliskich, żyć teraźniejszością – jeśli tylko tak wybierzemy i weźmiemy za własne życie odpowiedzialność, bez poszukiwania w świecie zewnętrznym winowajców danej sytuacji. Zmieniamy się całe życie, kształtują nas ludzie, których poznajemy, sytuacje, usłyszane słowa, zapachy, widoki, smaki, emocje, uczucia, nasze reakcje, interakcje. Człowiek jest modelem multimedialnym. I to nasze „oprogramowanie” może ulegać transformacji, której dokonujemy SAMI! Ja widzę po sobie, że nie jestem już taka, jaka byłam przed wypadkiem, po wypadku czy nawet jeszcze rok temu. Najlepiej pokazują to wywiady, które ze mną przez te lata przeprowadzono.  

Tak, kryzys jest wpisany w nasze życie, jest jego częścią. W czasie dorastania przechodzimy wiele sytuacji kryzysowych, potem pojawiają się problemy małżeńskie, śmierć kogoś bliskiego, zmiana pracy czy wypalenie zawodowe. To od nas zależy, jak skorzystamy z tej sytuacji, czego się nauczymy. Musimy sobie zadać pytanie: czego nas to uczy?, co mi daje ta sytuacja – mimo że często poczucie jest odwrotne, że coś tracimy. Ale kiedy ktoś od nas odchodzi: czy to człowiek, zwierzę czy praca, to na wolne miejsce ma szansę pojawić się coś nowego. Życie to proces, ciągła zmiana, od poczęcia aż po śmierć. W tym cyklu nie ma pustych wydarzeń. Wszystko jest ze sobą połączone i ma głęboki sens. Tylko my, jako cywilizacja mocno zanurzona w chęci „posiadania”, straciliśmy to z naszego czucia. Kryzys to dar. To moment, w którym człowiek ma okazję zatrzymać się i popatrzeć na swoje życie, zaprosić do niego prawdę i zobaczyć. Tak szczerze, sam przed sobą. Za pokorą przychodzi refleksja, zrozumienie. Wszystko należy przeżyć, przyjąć i zaakceptować. A jak już wyciągniemy z tego lekcję, to możemy się otrzepać, podziękować za to doświadczenie i żyć dalej. Nie jesteśmy więźniami swojej przeszłości, nie jesteśmy więźniami swoich doświadczeń, one są po to, żeby nas budować, wzmacniać. A jeśli się skupimy na swoim cierpieniu, to ono tylko się powiększa...  

Przez wiele lat „chodziłam” od specjalisty do specjalisty i marzyłam o tym, że ktoś w końcu mnie uzdrowi i nie będzie mnie nic bolało. Chciałam, żeby jakiś specjalista zabrał moje cierpienie, dał magiczną tabletkę albo cokolwiek. Dziś wiem, że drugi człowiek, do którego przychodzisz po pomoc, jest tylko narzędziem proponującym różne metody wyzdrowienia. Natomiast cała praca należy już do nas. Całą potrzebną wiedzę i moc mamy w sobie, a te metody czy medykamenty są tylko elementem wspierającym. Jeśli człowiek w sobie nie ma zgody na spotkanie z tym, co bolesne i trudne, nikt mu nie pomoże, bo nie ma jego zgody. Jesteśmy istotami autonomicznymi. Wszystko, co może się wydarzyć, zadziewa się, ponieważ tak wybieramy. Świadomie czy podświadomie. Zadaniem specjalisty jest wtedy być. Autentyczna obecność, empatia i wrażliwość ma moc uzdrawiania. Kiedy otoczymy człowieka taką obecnością, która jest, która słucha, człowiek ma szansę sam uzdrowić swoje rany. I naprawdę czasami wystarczy tylko być, nie potrzeba wielkich słów.  

Czyli powinniśmy być bardziej narzędziem, które ta osoba wykorzysta, aby sobie pomóc? Słuchać, być obok... A co jest najgorszego, co możemy zrobić?  

Słowo „narzędzie” może nie jest tutaj najszczęśliwszym wyborem, ale tak. Jesteśmy przekaźnikami. Natomiast tym, co może wpływać na zablokowanie procesu, jest na przykład brak zrozumienia, podważanie, niechęć na ponowne wysłuchanie osoby, dawanie dobrych rad na przyszłość czy jakichkolwiek rad, bagatelizowanie tego, co dana osoba doświadczyła. Nie jesteśmy uczeni słuchać. Mówię tu o prawdziwym słuchaniu, które jest bardzo trudne, bo wymaga obecności. A zwłaszcza w kryzysie potrzebujemy obecności, żeby móc usłyszeć siebie. Kiedy słuchamy, to słuchajmy. Nie zagadujmy tej osoby swoją sytuacją, nie zapewniajmy, że wszystko będzie dobrze, po prostu bądźmy obok. Pamiętam, że gdy po wypadku słyszałam stwierdzenia typu: „Czas leczy rany” czy „Wszystko się ułoży, bądź cierpliwa” – to miałam ochotę tę osobę uderzyć... Naprawdę. Ja potrzebowałam usłyszeć: „Rozumiem, jaka jest Twoja sytuacja, teraz cierpisz, jesteś wkurzona”, potrzebowałam nazwać te emocje i je zaakceptować. Dopiero teraz jestem taką osobą, jakiej potrzebowałam wtedy, kilka lat po wypadku, kiedy miałam prawdziwy kryzys. Na początku działałam zadaniowo – dajcie mi tylko protezę, a wrócę do starego życia. Ze względu na mój wewnętrzny upór i ogromną dyscyplinę niezwykle szybko przeszłam przez etap rehabilitacji, choć lekarze w ogóle nie dawali mi szans na życie, potem na jakiekolwiek chodzenie, a już na pewno nie na urodzenie dziecka – przypomnę, że miałam zmiażdżoną miednicę. Ja to wszystko przeszłam błyskawicznie, zebrałam się do chodzenia, które było dla mnie ogromnym wyzwaniem, urodziłam syna.  

Dopiero potem okazało się, że to wszystko nie jest takie proste. Po porodzie miałam depresję, lekarze odstawili mi leki psychotropowe, przechodziłam przez załamanie nerwowe, mieszała mi się rzeczywistość z fikcją. To był bardzo ciężki okres, do tego stały, permanentny ból fantomowy. Na nowo uczyłam się po porodzie chodzić. Wszystkiego było dużo i wszędzie było trudno.  

Jak sobie Pani z tym poradziła? Czy pojawił się żal, uporczywe myśli: co by było, gdybym nie wsiadła do tego pociągu...?  

Do porodu syna radziłam sobie zadaniowo. Brałam psychotropy i garść innych tabletek od różnego rodzaju specjalistów. Potem przyszedł taki moment, że karmiąc piersią synka, musiałam je odstawić. I wtedy pojawiły się wizje mnie leżącej po wypadku na nasypie. To był moment, krótki czas, w którym widziałam siebie, jak umieram, i siebie, która karmi dziecko. Było to bardzo ciężkie, nawet teraz trudno mi powstrzymać emocje... Powiedziałam wtedy mężowi, że chyba wariuję. I poszukałam pomocy, sięgnęłam po autohipnozę, zaczęłam wsłuchiwać się w siebie, szukać tego, czego mnie nauczyła ta sytuacja, akceptować ją i starać się żyć dalej. Dodam tylko, że piszę tu o wieloletnim procesie, w trakcie którego doświadczyłam wielu metod i działań ludzi. Dużo pomogła mi też moja pasja, to, że mogłam dalej pracować jako tłumaczka języka migowego, chociaż wszystkiego po wypadku uczyłam się na nowo. Mój mąż niedawno przypomniał mi: „Magda, miałaś takie chwile, że pytałaś: dlaczego mnie to spotkało, po co mi to?”. A ja już dawno je wyparłam. Po prostu teraz wiem, że takie pytania do niczego nie prowadzą, trzeba iść do przodu. Ale nie na zasadzie wyparcia czy odcięcia. Wszystko potrzebuje być zobaczone i zaakceptowane, każda nasza część, każde doświadczenie i każda emocja. Scalone. Są osoby, które zatrzymały się na swojej tragedii, żyją przeszłością i nie chcą z tego wyjść, to także trzeba uszanować i zaakceptować. Każdy ma swój plan na to życie.  

Powiedziała Pani, że chciałaby być teraz dla innych taką osoba, której kiedyś sama Pani potrzebowała, w tej najcięższej chwili. To wspaniały plan. Ale czy bycie konsultantem kryzysowym da się połączyć z pracą tłumacza migowego? W swoim zawodzie jest Pani bardzo znaną i rozpoznawalną osobą.  

Język migowy kocham najbardziej na świecie, uważam, że jest magiczny, ale powoli tracę serce do tłumaczenia. Chcę w końcu mówić swoim głosem. Jest to trudne, bo wiem, jak cenne w branży jest moje 20-letnie doświadczenie, ale moja życiowa dewiza: działaj sercem i z pasją, motywuje mnie teraz do tego, aby przekazywać swoją wiedzę ludziom, którzy jej potrzebują. Swoim głosem. Chcę wspierać ludzi w przechodzeniu przez najtrudniejsze chwile. Jestem dziś kobietą, która ma w sobie ogromną pokorę, wrażliwość, autentyczność, empatię i wiedzę. Praktyczną i teoretyczną. Jestem tą, która słucha i słyszy. Rok temu zostawiliśmy z mężem nasze ponad 20-letnie życie w Skawinie koło Krakowa i wróciliśmy do rodzinnej miejscowości w Świętokrzyskiem, gdzie otworzyliśmy Strefę Zen. To miejsce, w którym świadczymy kompleksową pomoc. Podchodzimy do klienta holistycznie, zwracając uwagę na ciało – mąż pracuje na powięziach, a ja wspieram w sytuacjach różnych. Organizuję seanse z misami kryształowymi, co doskonale wycisza, odpręża, relaksuje i leczy. Śpiew, granie na gitarze i taniec to moje lekarstwa. Do tego dorzucam jeszcze uśmiech, radość i wdzięczność za życie. To jest moje remedium.  

Myślę, że takie empatyczne podejście jest najważniejsze; wysłuchanie i dzielenie się swoim doświadczeniem. Zwłaszcza że wie Pani, o czym mówi. Doskonale udało się Pani przekuć traumę w zasób. Czy gdyby mogła Pani cofnąć czas, cokolwiek by Pani zmieniła?  

Może to zabrzmi banalnie, ale niczego bym nie zmieniła. Jestem szczęśliwą, spełnioną kobietą, kocham swoje życie. Mam wspaniałą rodzinę, pracę, wiele pasji i optymistycznie patrzę w przyszłość. Oczywiście nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro, i to jest też w życiu piękne. Pamiętajmy, że człowiek przechodzi przez rozmaite doświadczenia, ale to nigdy nie są sytuacje bez wyjścia. Mamy w sobie siłę, która pozwala przejść przez najcięższe kryzysy, tylko musimy w to uwierzyć. Pamiętajmy, że słowa mają wielką moc – to, co myślimy o sobie, o swojej przyszłości. Dlatego zachęcam: mówmy do siebie na głos i mówmy do sobie dobrze, projektujmy pozytywnie swoje życie, a będzie najszczęśliwsze z możliwych. Pamiętajmy tylko, że bez naszej odpowiedzialności to się nie wydarzy. Bo żyć szczęśliwie też trzeba się nauczyć.  

Tak, wszystko jest w naszej głowie, a pozytywne myślenie to podstawa; jest jak światło, którym ogrzewamy naszą duszę. Dziękuję za rozmowę i życzę nowych, wspaniałych wyzwań. Pięknie dziękuję. 


Artykuł pochodzi z numeru 4/2025 magazynu „Integracja”. Jego głównym tematem są kryzysy, zagrożenia, katastrofy...  

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.

 Okładki numeru 4 numeru Integracji z 2025 roku. Jego tematem są kryzysy, katastrofy i zagrożenia. Na jednej jest Magdalena Sipowicz, kobieta z protezą nogi, a na drugiej Bartosz Urbaniak, młody mężczyzna chodzący o balkoniku, który trzyma w ręku rulon z napisem Paszport życia.