Wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, że jesteś właścicielem trzech lwów. Wszystko masz ładnie potwierdzone, przygotowaną dokumentację, chodzisz regularnie do weterynarza, zbierasz pieczątki i uśmiechasz się, głaszcząc delikatnie grzywy swoich pupili. W końcu dostajesz pismo, że musisz stawić się na komisję ds. orzekania o posiadaniu dzikich zwierząt. Zbierasz się rano i przygotowujesz zwierzaki. Dotarłeś w końcu, Drogi Czytelniku, do postkomunistycznego budynku tego zespołu i czekasz. Jak to w Polsce, czekasz i czekasz… i czekasz.

Widzisz właścicieli z aligatorem, tygrysami, ktoś ma na kolanach terrarium z kameleonem. Wszystko super, uśmiechacie się do siebie, ale spoglądacie też co chwilę nerwowo na zegarek. W końcu Cię wywołują. Ciebie i Twoje lwy. Wchodzicie, a tam zoolog, który mówi wam: „dzień dobry”, nie łapiąc kontaktu wzrokowego. Uśmiechasz się coraz mniej, ale starasz się mieć dobre nastawienie. Wtedy zoolog, zamiast spojrzeć do dokumentacji, gdzie są informacje o wadze, wzroście i wieku Twoich lwów, bierze łyk już zimnej rozpuszczalnej kawy i z pełnym przekonaniem w głosie mówi: „No to proszę podać mi tego warana”. Patrzysz na specjalistę ze zdziwieniem i mówisz: „Panie, ale ja mam lwy!”. Na co on: „Ach, no tak… to proszę podejść, zaraz zważymy tę panterę…”.

Absurdalne? Niby tak, w końcu nie ma takiej komisji, takiego zespołu, nie masz w domu książeczki ze stanem zdrowia swoich lwów. Ale istnieje komisja gorsza, bardziej uwłaczająca godności, gdzie ludzie spotykają się regularnie z takim zaniedbaniem i lekceważeniem – to komisja ds. orzekania o niepełnosprawności.

 To jest taki cyrk, że już nawet moja zoologiczna komisja brzmi bardziej realnie. To jest taki cyrk, że człowiek nie wie, czy ma się śmiać, czy płakać. Historia o lwach to spotkanie z ignorancją zoologa. Kiepsko. To teraz zamień lwy na osobę z paraliżem kończyn dolnych, a zoologa na neurologa. Udało się? To witamy w Polsce!

Danuta ma 49 lat. Od 2009 r. jest na wózku inwalidzkim, sparaliżowana od pasa w dół. Kiedy druzgocąca diagnoza – guz na rdzeniu kręgowym – uderzyła w nią i jej rodzinę jak grom z jasnego nieba, dzieci miały 8 i 2 lata. Ratunek – operacja obciążona dużym ryzykiem. Paraliż? Pytanie nie brzmiało: czy będzie pani sparaliżowana… tylko jak bardzo… Danuta z dniem operacji stała się beneficjentką renty. Od tamtej pory poznała też zespół ds. orzekania o niepełnosprawności. W szpitalu nie wspomnieli przy tym, że rekompensatą za utraconą sprawność jest darmowy kabaret. A jednak! Co 6 lat bierze w takowym udział. Edycja w 2026 r. była hitem! Posłuchajcie.

Danuta w końcu została wywołana do gabinetu. W pomieszczeniu czekał na nią specjalista – neurolog. Ona siedziała na wózku przed nim, a dokumentacja od lekarza prowadzącego leżała na biureczku. Format A4. Czcionka zapewne odpowiednia. Neurolog spojrzał na nią i poprosił o powstanie. Danuta rozejrzała się po pomieszczeniu i słusznie zauważyła, że nie jest na sali rozpraw. Odkładając żarty na bok, spojrzała na rozmówcę ze zdumieniem: „Proszę pana, ale ja nie chodzę!”. Na co on: „Ach, no tak… to proszę poruszyć nogą…”. Neurolog. Lekarz, człowiek z wiedzą, doświadczeniem i przede wszystkim z dokumentacją leżącą na biurku, powiedział coś takiego! A wystarczyło spojrzeć. Tylko tyle… A może aż tyle… Aż żałuję, że Danuta nie mogła poruszyć nogą i sprzedać mu kopa w tyłek… Lekarz to ten zawód, który szanuję całym sercem. W końcu w 2009 r. jeden z nich uratował Danutę, gdy guz mógł ją udusić, bo był na odcinku piersiowym. Wielu lekarzy uratowało wielu ludziom życie. To jest ten zawód, który wymaga i wiedzy, i serca. Należy go szanować ponad wszystkich. Ponad influencerów.

Można zrozumieć zmęczenie, znudzenie siedzącego w komisji, gorszy humor albo frustrację tym, że ten jakiś pacan znowu zaparkował na naszym miejscu przed blokiem, ale do jasnej ciasnej… Wystarczy spojrzeć na dokumentację, gdzie jest cała historia choroby. Dla neurologa to papier, a dla Danuty – 17 lat życia. Chyba można poświęcić chwilę i przeczytać to jedno słowo: sparaliżowana. Neurolog uniknie gafy, a osoba przed nim – upokorzenia, stresu i traumy. Historia Danuty jest zaledwie kroplą w morzu „komedii”, którą zespołu ds. orzekania o niepełnosprawności i komisje fundują ludziom każdego dnia. Tyle mówi się w mediach o patologii, jaką wszyscy znamy: alkoholu, patostreamach, przemocy, ćpaniu itd. Niestety, jako społeczeństwo zabrnęliśmy już tak daleko w wir tego syfu, że mamy nawet komisje patologii. Bo innej nazwy dla takiego stanu rzeczy nie potrafię znaleźć. Znajdujemy recepty na alkoholizm, na patostreaming, na narkotyki wśród młodzieży, zapobiegamy przemocy, ale na takie komisje dalej nie znaleźliśmy sposobu. Ale jak to powiedział jeden z polityków, znany z komicznych bon motów: „głowa psuje się od góry”…

Więc co z tego, że wzięlibyśmy się za cały ten zespół ds. orzekania o niepełnosprawności? Co z tego, że sprawilibyśmy, iż cała procedura ubiegania się o stopień niepełnosprawności, byłaby bardziej przyjazna dla tych schorowanych ludzi, skoro zaraz wszystko by upadło, bo to „góra”, czy – jak w poprawnej wersji powiedzenia – głowa jest zepsuta. Służba zdrowia leży i kwiczy. Wszystko poszłoby zaraz jak krew w piach.

Chciałabym żyć w takim kraju, gdzie jeśli już politycy drą się na siebie, to przynajmniej w słusznym celu. Gdzie poseł pędzi nie na autostradzie, ale żeby z kolegami politykami walczyć o służbę zdrowia. Żeby osoby z niepełnosprawnością pomimo trudności dnia codziennego mogły żyć godnie i być godnie traktowane na tych wszystkich komisjach. Żeby matka dwójki dzieci, która od 17 lat nie chodzi i już nigdy nie wstanie, nie została poproszona przez lekarza specjalistę, żeby wstać. Utopijne, nieprawdaż? A trzeba tylko tyle, i aż tyle. Nie wymagam od tych komisji cudów na kiju. Czerwonych dywanów na podjeździe, kieliszków z szampanem w poczekalni czy bardzo entuzjastycznego „dzień dobry!”.

Realia to dziurawy podjazd albo jego brak, niedziałający dystrybutor z wodą i mruknięcie pod nosem zamiast przywitania. Wymagam jednak poszanowania godności, czyli prawa człowieka. Bo lekarze i specjaliści z komisji czasem zapominają, że naprzeciw nich są ludzie. Nie zwierzęta z mojej wstępnej opowieści o lwach i innych stworzeniach. Tylko ludzie. Tak więc, Drogi Czytelniku, jeśli chcesz patologii, to włącz ten patostream! Przyjdź z kimś na komisję! Są tam grube dymy! A Danuta, skoro nie mogła skopać tyłka lekarzowi, to zrobiła to słownie w odwołaniu. Mamo, jestem z Ciebie dumna, pokazałaś im!


Artykuł pochodzi z numeru 3/2026 magazynu „Integracja”. 

Na zdjęciu dwie okładki magazynu. Po lewej dwóch mężczyzn ubranych na biało leży na zielonym tle. Po prawej uśmiechnięta dziewczynka z burzą rudych loków, ubrana w różową kamizelkę do pływania