Uczyłem się dobrze. W rodzinie przetrwała opowiastka o tym, że kiedy zapytano mnie, sześcioletniego, kim chciałbym być, odpowiedziałem: „Będę ubiegał się o profesurę”. (Kiedyś na loteryjce u Wisławy Szymborskiej, na którą zostałem zaproszony, należało wpisać do sztambucha odpowiedź na pytanie: „Kim chciałbym być”. „Strażakiem”, wpisał Czesław Miłosz).
Jako dziecko chciałem wiedzieć wszystko, czytałem słowniki zoologiczne i botaniczne, zapamiętywałem nazwy łacińskie gatunków. Puchacz, Bubo bubo. Rekin długoszpar, Cetorhinus maximus. Daty wydarzeń historycznych wchodziły mi łatwo do głowy. W liceum chciałem zostać biochemikiem, ale sześć tygodni przed maturą postanowiłem zdawać na historię.
Bardzo lubiłem się uczyć, ale ciekawe, że nie pamiętam w ogóle, o czym na przykład pisałem maturę z polskiego. Czyli musiał to być wielki stres. Do dzisiaj śni mi się czasem, że jestem w klasie maturalnej, jest już kwiecień, a ja jeszcze ani razu nie byłem na lekcji matematyki. Szukam klasy, ale nie wiem, która to, bo przecież jeszcze ani razu w niej nie byłem.
Przekonałem się, że im stres większy, tym bardziej jestem w stanie się skoncentrować. Osiągałem stan jakby umysłowego nadprzewodnictwa. Dzisiaj wiem, że to była droga do choroby. Chciałem zostać na uczelni i „ubiegać się o profesurę”, ale akurat wydarzyła się rewolucja 1989 roku i zacząłem pracować w nowo powstałej „Gazecie Wyborczej”.
Praca w dzienniku jest pracą w wielkim stresie i odpowiadało mi to; przecież to właśnie dawało mi napęd. Wiedziałem, że jeśli odłożę pracę na ostatni moment przed deadline’em, przyjdzie ten cudowny stan absolutnej koncentracji i wszystko samo zrobi się idealnie. Potem mechanizm się zaciął. Miesiącami trudno mi było wstać z łóżka. Musiałem wziąć zwolnienie z pracy z powodu depresji.
Potem się okazało, że ta depresja ma postać dwubiegunową. Że moje okresy umysłowego nadprzewodnictwa były w istocie maniami, z biegiem czasu coraz mocniejszymi, aż do potężnych urojeń i psychoz.
Byłem kompletnie bezradny. Umysł, mój największy atut, wypowiedział mi posłuszeństwo. Choroba dwubiegunowa zmiażdżyła mi 12 lat życia. Musiałem odejść z pracy. Nie umiałem odpowiedzieć psychiatrze na pytanie: „Ile pan dzisiaj spał?”. Nie zwracałem na takie rzeczy w ogóle uwagi. Przecież żyłem pomysłami na teksty. Tylko to się liczyło.
Z biegiem czasu dotarło do mnie, że mój głodny od dzieciństwa umysł był głównym sprawcą mojego nieszczęścia. Że zamiast żyć – jak inni – pomiędzy ludźmi, w poszukiwaniu w ludzkich relacjach emocjonalnego nasycenia i równowagi, ja żyłem wyłącznie w umyśle, byłem stale wychylony w stronę nierównowagi i napięcia.
Zacząłem dbać o wysypianie się. To jest w chorobie dwubiegunowej absolutnie najważniejsza sprawa. Mania nigdy nie spada z nieba. To zawsze zaczyna się od niewyspania. Są dobre leki, olanzapina i kwetiapina, które pozwalają mi się wyspać. Ale leki to tylko połowa. Leki pozwolą ci się wyspać, ale nie nauczą cię żyć. Tu potrzeba było czegoś jeszcze.
Dla mnie tym, czym dla innych psychoterapia, okazała się medytacja. To dzięki niej dotarło do mnie, że ja w ogóle mam jakieś emocje. Nauczyłem się je odczuwać i rozpoznawać. Nauczyłem się, gdzie w życiu szukać spokoju i radości. Nie euforycznego wzlotu, który znałem z manii, tylko spokojnej przyjemności z dobrej rozmowy z bliską duszą nad talerzem włoskiego makaronu i kieliszkiem bordeaux.
Sześć lat temu zacząłem prowadzić własną grupę medytacyjną. Śpię. Tańczę. Czuję. A także myślę, ale jest to już zupełnie inne myślenie niż kiedyś. Mój umysł z głodnego stał się nasycony. Z niespokojnego – spokojny.
Z wielkiego nieszczęścia wyniknęło niespodziewanie małe, codzienne szczęście.
Felieton pochodzi z numeru 3/2025 magazynu „Integracja”
Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.






