Od ośmiu lat trwa okres hiszpański w życiu i twórczości Krzysztofa Kosowskiego, niezwykle charakterystycznej – ze względu na motywy, kolorystykę i przesłanie jego dzieł. Wszystkie obrazy maluje on pędzlem trzymanym w ustach lub stopą. Najczęściej akrylem, akwarelą, gwaszem i pastelami oraz – ostatnio rzadziej – farbami olejnymi. Każdemu obrazowi towarzyszy pewna opowieść, narracja i metafora, choć można je odkryć, samemu oglądając obrazy, lub podczas wystaw albo spotkań z publicznością, na których Krzysztof szerzej omawia motywy i ukryte znaczenia. Czy wkrótce te opowieści zostaną spisane? Mamy nadzieję.
Agnieszka Sprycha: Doskonale pamiętam Pańskie obrazy sprzed lat, z początku współpracy z Wydawnictwem AMUN z Raciborza, z lat 90. XX w. Zwłaszcza pastelowego stracha na wróble z plakatu zapowiadającego wystawę w Muzeum Narodowym w 1997 r. Zatrzymajmy się chwilę przy motywie stracha. Nadal jest obecny na Pańskich obrazach. Obok ożywionych konewek, grzybów, domków, garnków, dzbanków i imbryków. Pańskie obrazy są jak ilustracje do książek, klimatem przypominają ten z Alicji w Krainie Czarów, Narnii albo Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Skąd taka potrzeba i pomysły?
Krzysztof Kosowski: Ze snów oraz otaczającej mnie rzeczywistości. Tak pracuje moja wyobraźnia, wzmocniona przemyśleniami, lekturami, wspomnieniami... Te motywy ożywają w moich pracach, są uczłowieczone, zawsze osadzone w jakimś kontekście, przestrzeni, a obok są inne elementy, wiele detali, często sylwetki stylizowanych zwierząt lub postaci. Wspomniała Pani o niektórych moich ulubionych lekturach z dzieciństwa, choć z pasją czytałem też książki przygodowe i podróżnicze Alfreda Szklarskiego i Arkadego Fiedlera oraz fantastykę. Inspiruje mnie także Biblia, motywy i symbole tam zawarte. Chciałbym, aby każdy z moich obrazów coś opowiadał, tak by każdy
z oglądających znalazł w nim ukryte treści i znaczenia lub odnalazł siebie z czasów dzieciństwa.
Na Pańskich obrazach dużo się dzieje, są bajecznie kolorowe, wielowymiarowe, zajęty jest każdy kawałek płótna i oczywiście nie ma na nich nic przypadkowego. Można wpatrywać się długo i odkrywać detale, które układają się w całość. I prowadzą widza dalej i głębiej. Czy taki jest Pański cel?
Tak, każdy obraz przypomina trochę pajęczą sieć lub utkaną tkaninę, którą snuję z różnych wątków. Bardzo często podczas warsztatów plastycznych z młodszą widownią zamieniam się w bajarza, który niczym babcia, robiąca swoje robótki z różnych nici, wplata tam swoje motywy i opowieści.
Młodzież, a zwłaszcza dzieci posiadają jeszcze tę plastyczną wyobraźnię i umysł oraz dużą ciekawość wszystkiego. Kiedy one pytają, ja odpowiadam albo pytam – o najprostsze rzeczy: wakacje, marzenia, pasje, radości i smutki. I wtedy porywam je w swój magiczny świat, czyli do Pana Konewki, który dba o swój ogród i o wszystko, co w nim żyje, albo przed fotel wspomnianej babci, która dzierga na drutach szal w małym domku, opowiada przy tym bajki i wspomina, a dym z komina jej chatki ulatuje, niosąc te historie aż do chmur i księżyca, który jest bardzo inspirujący, magiczny i oniryczny. Mam też swoją teorię na temat jego powstania, którą przedstawiłem na jednym z moich obrazów – pewno się domyślacie, że jest on splecionym kłębkiem z naszych marzeń i snów.
Lubi Pan też naczynia gliniane: dzbanki, imbryki, cebrzyki... Jakie opowieści są z nimi związane? Znalazłam jedną w recenzji z wystawy sprzed lat w Muzeum Narodowym w Warszawie: „Oczekiwanie na deszcz jest w baśniowym klimacie, z ulubionym motywem malarza: glinianymi garnkami i odniesieniem do architektury. Obraz ma wyraźne przesłanie – szacunek do tradycji, pracy rąk (architektura, garncarstwo) i pochwałę życia w postaci słabej, młodej, ale już owocującej jabłonki z pojedynczym małym owocem”. Jak Pan ocenia tę interpretację? Jest zbieżna z Pańską inspiracją i celem lub jakoś im bliska?
W Biblii oraz w różnych mitologiach Bóg lub bogowie czynią lub lepią człowieka z gliny, bardzo często też ludzie są porównywani do różnych naczyń ceramicznych. W mojej młodości duże wrażenie wywierały na mnie serwisy herbaciane i kawowe, zrobione zazwyczaj z fajansu lub szlachetnej porcelany, które oglądałem w różnych domach. Jednym z moich pierwszych obrazów olejnych był namalowany wielki gliniany dzban, który składał się z mnóstwa małych dzbanuszków, imbryczków i innych naczyń, czasami lekko nadtłuczonych; dla mnie była to też alegoria ludzi, którzy tworzą jedną całość, ale wśród nich zdarzają się osoby na przykład niemające wszystkich części ciała, są jakby nadtłuczone przez życie, ale dalej potrzebne do zbudowania pełni.
W Oczekiwaniu na deszcz, z tego, co pamiętam, każdy z nas za czymś tęskni lub na coś czeka, tak jak usychająca roślina na życiodajne krople.
Na który ze swoich nowszych obrazów chciałby Pan zwrócić naszą uwagę? Proszę o opowieść o nim.
Obrazy są jak dzieci, bardzo je kochamy, kiedy uczestniczymy w ich wychowaniu i dorastaniu, tutaj: tworzeniu i pracy nad nimi, ale cieszymy się, że dorastają (a obrazy są skończone) i opuszczają dom, a nasze prace zasilają galerie i domowe kolekcje; dlatego całą uwagę i pasję poświęcam akurat temu, co jest obecnie na sztalugach, a powstałym moim obrazom pozwalam, tak jak i dzieciom, wypowiedzieć się samodzielnie. Gdybym miał wybrać najbardziej ukochany przeze mnie obraz lub dziecko, skończyłoby się na płaczu lub obrażeniem się na mnie, na przykład Pana Konewki.
Niewiele słychać o Panu w Polsce, tym bardziej więc się cieszę, że gości Pan w „Integracji”. W 31-letniej historii naszego pisma zachodzi też sytuacja wyjątkowa. Po raz pierwszy publikujemy na okładce wizerunki nie bohaterów naszych tekstów, lecz dzieła sztuki. Tym razem bohaterem jednej z okładek jest Pańskie dzieło [na drugiej okładce – grafika Karola Pabicha, młodego głuchoniewidomego twórcy ze Szczecina – AS]. W celu wyeksponowania tych obrazów zmieniamy nawet makietę okładki!
To bardzo miłe. Zapraszam przy okazji do mojej wirtualnej galerii na stronę www.krzysztofkosowski.art.pl. Prowadzi ją córka Barbara, która zajmuje się również organizacją moich wystaw, spotkań oraz warsztatów malarskich. Nasze wystawy i prezentacje służą promocji Światowego Związku Artystów Malujących Ustami i Stopami (VDMFK), którego jestem obecnie pełnoprawnym członkiem. Podczas wernisaży i pokazów malowania bardzo ważny jest kontakt z publicznością, gdyż jest on bezcenny i wzajemnie inspirujący. Od paru lat są to zazwyczaj spotkania z hiszpańską publicznością.
O Światowym Związku za chwilę porozmawiamy, ponieważ przed nim pojawiła się w Pana życiu postać wyjątkowa. Można by powiedzieć, że patronka, mecenaska albo wręcz anioł..., skoro jesteśmy blisko nieba. Sięgnijmy zatem w przeszłość, do Pańskiego dzieciństwa i dorosłości w Polsce. Wiem, że bardzo pomogła Panu dr Wanda Szuman, wielce zasłużona pedagog z Torunia. Postać absolutnie zasługująca na przypomnienie.
To prawda. Zawsze podkreślam rolę Pani dr Wandy Szuman w moim życiu. Moje dzieciństwo przerwał wypadek w 1972 r. Straciłem ręce jako 9-latek, w wyniku porażenia prądem. Od tego dnia nic nie było takie samo. Wtedy mieszkałem w Jabłonowie Pomorskim, a później w wielu innych miejscach.
Przeszedłem długą rehabilitację, w większości poza domem. Nie pamiętam, jak rodzice nawiązali kontakt z dr Szuman, ale to jej zawdzięczam zainteresowanie sztuką i wejście na drogę, którą idę do dziś. Pojawiła się w naszym domu z farbami, kredkami, papierem i zadbała o mój rozwój artystyczny. Pani Wanda miała szerokie kontakty w Polsce i na świecie, szczególnie dbała o osoby niewidome i z porażonymi kończynami, poruszające się na wózkach, z różnych rodzin i miejscowości, a także o dzieci osierocone i osamotnione. Wiedziała o działającym od lat 50. w Liechtensteinie VDMFK (niem. Vereinigung der mund- und fussmalenden Künstler in aller Welt e.V.) – Światowym Związku Artystów Malujących Ustami i Stopami, doskonałej kooperatywie twórców, udzielającej na całym świecie stypendiów osobom z niepełnosprawnością, sparaliżowanym lub bez rąk, które są utalentowane, ale tworzą inaczej: pędzel malarski trzymają w ustach lub palcach stopy (www.vdmfk.com/de). W Polsce Pani Wanda pomogła już wtedy trzem stypendystom (od 1978 r.): Józefowi Sikorze, Jarosławowi Orłowskiemu „Jaroszkowi” i Jerzemu Omelczukowi. Z dwoma ostatnimi poznałem się w czasie powstawania w Polsce Wydawnictwa AMUN, którego pierwsze spotkanie z artystami odbyło się w 1993 r., w hotelu pod Gliwicami.
Jeżeli chodzi o Światowy Związek Artystów Malujących Ustami i Stopami z siedzibą w Liechtensteinie, to w 1988 r. zostałem jego stypendystą, a od 2015 r. reprezentuję to Stowarzyszenie już jako pełnoprawny członek. Polskie wydawnictwo AMUN, należące do VDMFK, działa do dziś, podobnie jak inne analogiczne oddziały w ponad 70 krajach – wszystkie na takich samych zasadach – wspierając twórców, organizując dla nich plenery i wystawy, a także upowszechniając ich twórczość przez sprzedaż reprodukcji w postaci m.in. kartek świątecznych i okolicznościowych, kalendarzy, notesów, bilecików do prezentów, puzzli, papierów ozdobnych i innej galanterii papierniczej.
Czy ma Pan wykształcenie artystyczne?
Zanim zostałem stypendystą, studiowałem we Wrocławiu historię sztuki. Przerwałem studia z powodów rodzinnych, i już do nich nie wróciłem. Jestem samoukiem, spotkałem na swojej drodze kilku nauczycieli, instruktorów, dzięki którym poznałem podstawy warsztatu. Wśród nich jest m.in. satyryk Tadeusz Mróz z Wrocławia. Reszta to własna praca i wieloletnie wsparcie Światowego Związku, pozwalające na ciągły rozwój, dobór odpowiednich narzędzi i farb, plenery, wystawy, pokazy malowania.
Podczas wspomnianego spotkania w hotelu pod Gliwicami poznał Pan Piotra Pawłowskiego, który został wówczas rzecznikiem prasowym wydawnictwa i za kilka miesięcy zaczął wydawać magazyn „Integracja”.
Tak, poznaliśmy się wtedy ze wszystkim polskimi stypendystami VDMFK, było to grono dziewięciorga osób [Jarosław Orłowski „Jaroszek”, Krzysztof Kosowski, Piotr Pawłowski, Józefa Łaciak, Stanisław Kmiecik, Jerzy Omelczuk, Ireneusz Betlewicz, Monika Kamińska i Jadwiga Markur – AS]. Piotr zajął się promocją malarzy, choć oczywiście także malował – wszyscy gościliśmy na łamach „Integracji” i prezentowaliśmy siebie i swoje obrazy. Zebrał te wywiady w książkę zatytułowaną Malarstwo moja pasja, terapia, zawód. Organizował też wraz z dyrektor wydawnictwa AMUN Dorotą Bakaj pierwsze wystawy w Warszawie, od razu w prestiżowych galeriach, a nawet dwukrotnie w Muzeum Narodowym, i to pod patronatem małżonki ówczesnego Prezydenta RP, pani Jolanty Kwaśniewskiej.
Przyznam, że było to wielkie wydarzenie, gdyż wystawa w 1997/1998 r. „Nie Inaczej” prezentowała prace wszystkich polskich stypendystów VDMFK. A niepisaną zasadą jest, że w muzeach narodowych wystawia się dzieła tylko twórców nieżyjących...
Może dlatego tam się znaleźliśmy, że niepełnosprawni są trochę jakby zawieszeni między życiem i śmiercią... [śmiech].
Może tak, ale myślę, że nie z tego powodu muzeum zdecydowało się na takie wydarzenie, gdyż po zaledwie 5 latach odbyła się kolejna wystawa w Muzeum Narodowym (2003/2004 r.), pod hasłem „Sztuka bez barier”. Obie wystawy cieszyły się ogromną popularnością, a podczas tej drugiej pokazano prace wielu zagranicznych twórców z VDMFK oraz założyciela i dożywotniego szefa Światowego Związku Arnulfa E. Stegmanna (już wtedy nieżyjącego), ponadto ówczesnego szefa VDMFK Erosa Bonaminiego oraz Tomihiro Hoshino, niezwykle popularnego w swoim kraju malarza kwiatów. Obok wystawianych w Europie po raz pierwszy obrazów tego Japończyka zaprezentowano też jego wiersze w polskim tłumaczeniu Anny Omi i Edyty Nowickiej.
Aż tyle nie pamiętałem, ale jak widać, Pani i „Integracja” macie pełną wiedzę i pielęgnujecie pamięć o artystach z niepełnosprawnością i ich osiągnięciach. To miłe.
To prawda. Mamy w siedzibie Integracji minigalerię prac Piotra Pawłowskiego, a co roku 6 września przypominamy wraz z wydawnictwem AMUN i artystami o Światowym Dniu Artystów Malujących Ustami i Stopami. Chętnie zorganizujemy w Warszawie Pańską wystawę. Proszę tylko dać zielone światło... Od 8 lat jest Pan mieszkańcem urokliwego hiszpańskiego miasteczka Estepona. Proszę nam opowiedzieć co nieco o sobie – o żonie, córkach, Waszym domu i okolicy.
Jestem mężem, ojcem i dziadkiem – gdyż właśnie oczekujemy narodzin wnuczki. Mieszkam z moją cudowną żoną Małgorzatą oraz z najmłodszą córką w przepięknej nadmorskiej andaluzyjskiej miejscowości Estepona, obecnie dynamicznie się rozwijającej. Wybraliśmy ją między innymi z powodów zdrowotnych, gdyż potrzebuję suchego i ciepłego klimatu; niskie temperatury w miejscu, w którym mieszkam, są rzadkością. Poza tym Hiszpania to doskonałe miejsce do życia: z bogatą historią, morzami, miłymi ludźmi – a także mieszanką wielokulturową, doskonałą kuchnią, owocami, winem. Zawodowo jestem też związany z hiszpańskim oddziałem wydawnictwa VDMFK – APBP (Asociación de Pintores con la Boca y con el Pie), analogicznym do polskiego AMUN-u.
Co lubi Pan robić na co dzień – poza malowaniem oczywiście?
Lubię pływać w ciepłym morzu, spotykać się z przyjaciółmi, spędzać czas z żoną oraz naszymi trzema córkami, Barbarą, Julią i Antoniną, oraz z Panem Konewką, z którym podlewamy rośliny przed naszym domem. Poza tym gram w szachy, czytam książki fantastyczne, popularnonaukowe, podróżnicze, historyczne i wiele innych. Kolejną moją pasją są gry komputerowe RPG, taktyczne i strategiczne, gdyż przenikający je świat fantastyczny współgra z moim realizmem magicznym, i ma to odzwierciedlenie w obrazach i towarzyszących im opowieściach. Mam nadzieję, że przede mną pozostaje jeszcze dużo czasu na wszelkie pasje, między innymi na podróże po przepięknej i magicznej Andaluzji, która bardzo mnie inspiruje, wzbogacając mój świat wyobraźni.
Ostatnia wystawa Pańskich obrazów gościła w Polsce w 2015 r. Mija 10 lat, zatem ponawiam propozycję spotkania z publicznością w Warszawie 6 września 2026 r.
Bardzo dziękuję za propozycję zorganizowania wystawy w Warszawie. Jeśli będzie to możliwe, chętnie skorzystam z Waszego zaproszenia w najbliższych latach.
Pozostając z nadzieją, bardzo dziękuję za rozmowę.
Artykuł pochodzi z numeru 5/2025 magazynu „Integracja”.
Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.






