Wspinam się od ponad 30 lat. Zaczęłam w wieku dojrzałym. Najpierw była Śnieżka w Karkonoszach. Potem Tatry – polskie i słowackie. I na wiele lat mi wystarczyły. A później pojechałam w Alpy. Po nich przyszło ekstremalne marzenie: najwyższe góry świata. I odbyłam wyprawę do Nepalu..., do stóp Himalajów. Poniżej kilka zapisków – robię tak po każdej wyprawie.

Ścianka wspinaczkowa

Przy ul. Obozowej w Warszawie ćwiczyłyśmy z Ulą prawie 6 lat – raz w tygodniu. Pierwsze zajęcia odbywały się pod opieką prezeski Stowarzyszenia Skocznia (skocznia.org.pl) Anny Radziejowskiej, także pełnomocniczki zarządu Polskiego Związku Alpinizmu ds. Parawspinaczki. Mając wiele obowiązków, poleciła nas Mariannie Syrokomskiej-Kanteckiej, opiekującej się ścianką przy ul. Obozowej wspólnie z mężem i ściankowymi bywalcami. 

Trafiłyśmy w ręce wielkiej osobowości: córki wybitnej himalaistki, która została pod K2. 

Bardzo polubiłyśmy Mariannę, jej cierpliwość, wyrozumiałość, szczególnie dla mnie, obecnie 71-letniej seniorki.

Jest uważna, empatyczna i nie boi się mojej niepełnosprawności. Mogłam krzyczeć ze strachu na całą halę wspinaczkową. wiele razy trzymałam się kurczowo chwytów, kiedy trzeba się było puścić, by zjechać ze ściany. Stopniowo, bardzo powoli, oswajałam się ze swoimi lękami i je pokonywałam.

Po 25 latach działalności centrum wspinaczkowe On Sight na Obozowej w Warszawie niestety zakończyło swoją historię. Obiekt przestał funkcjonować w kwietniu br. Było to trudne przeżycie dla wszystkich; nic dwa razy się nie zdarza… 

Od maja ćwiczymy w hali Warszawianki. Inny klimat, ale dobre i to. Nadal towarzyszy nam i opiekuje się nami Marianna. I niechaj tak zostanie.

21.07.2024 Jura Krakowsko-Częstochowska

Wyprawa na jeden dzień. Ula zabrała mnie samochodem raniutko. Marianna przyjechała z mężem i z dwoma psami, które wzięli ze schroniska. 

Elementy wspinaczki na poziomie całkiem początkowym, a radochy po pachy! Żałuję, że tak późno poznałam wspinanie. Naprawdę! Co mi dało wspinanie? To, co dają mi góry, tylko dawka jest kosmiczna. Poczucie wolności, ćwiczenia z odwagi, zaufanie do siebie, jak i osoby asekurującej, zapomnienie na ścianie o Bożym świecie. Zdecydowanie lepiej wspinać się w plenerze niż na ściankach sztucznych, ale… na bezrybiu i rak ryba.

Zamiast Rysów-Mnich (2068 m n.p.m.)

W głowie miałam Rysy, pod te Rysy szukałam przewodnika, ponieważ Ula miała wątpliwości, czy poradzi sobie ze mną jako przewodnik. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. 

Zabukowałam miejsce w schronisku Morskie Oko na 5–9 sierpnia 2024 r. Następnie szukałam w necie przewodnika, myśląc oczywiście o Rysach, na których byłam 30 lat temu.

Szukałam przewodnika i wpadła mi w oczy Zosia Bachleda. Z racji nazwiska ją wybrałam. Nie znam osoby, ale ujęło mnie góralskie nazwisko. Stary ród. Kawałek tradycji górskiej. Cytuję ze strony https:// zosiabachleda.pl/about.html: „Wysokogórski Przewodnik Tatrzański I klasy, Międzynarodowy Przewodnik Górski UIMLA, Instruktor Barciarstwa Wysokogórskiego PzA, Instruktor Narciarski PZN, Instruktor Turystyki Wysokogórskiej VHT, Kaskader. Do tego wszystkiego osiągnięcia – megawrażenie robią np. zjazd na nartach z wulkanu Damavand w iranie (5610 m n.p.m.), z Łomnicy (2632 m n.p.m.), z Mera Peak w Himalajach (6476 m n.p.m.).

Aż mnie zatkało.

Zosia była wtedy w Norwegii, ale od razu odpisała, że gdy wróci, to ustalimy szczegóły. „Proszę do mnie koniecznie napisać po moim powrocie” – dodała. Wróciła, ustaliła dzień zero na 6 sierpnia, bo tylko ten miała wolny w czasie mego pobytu. Za jej radą uzna łam, że wybieram Mnicha, bo sama na niego nie wejdę.

Czułam w dziwny niepokój. Za wiele niewiadomych. Spotkanie z przewodniczką, którą zobaczę pierwszy raz. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że pojawi się druga uczestniczka, Magda, mieszkająca w Holandii, która wybrała się na Mnicha między badaniami onkologicznymi, ultramaratonem na 100 km i czekającą ją operacją. Niebywała kobietka w średnim wieku, mocna osobowość. Zosia miała wtedy 60 lat, a ja (coraz częściej najstarsza) miałam ukończone 69 lat.

Rano w schronisku spotkałam Zosię. Kogoś miała prowadzić… Jej uśmiech, parę słów, podziękowanie – taka klasa – za wspólną wyprawę.

Bardzo chwaliła mnie później, podczas wspinaczki, że jestem zwinna i znakomicie sobie radzę ze skałami. Oj, czemu tego nie słyszała nasza Marianna ze ścianki! Ile od niej dostałam w kość, ile się u niej „nabałam”, nakrzyczałam, że nie dam rady… 

Dzięki temu udał się ten Mnich, dopuścił mnie do siebie, podarował się Jance... 

Pierwsze podejście, rękami i nogami – jak w skałkach, gdzie niedawno byłam, tyle że trudniej i nie ma czasu na uświadamianie sobie, że nie dam rady. Idę jako pierwsza, nie mogę hamować ruchu, wtedy Magda za mną znajduje się w niebezpieczeństwie. Szybka lekcja współpracy i odpowiedzialności za inną osobę. Pewnie wolałabym być sama. Ale z faktami się nie dyskutuje. Następny chwyt za skałę i według pokazanej drogi przez Zosię: „Dawaj, Janka, dobrze, dalej, nie czekaj, bo Magda jest za tobą…”. Pierwsze nieśmiałe wymioty mam przed wejściem na Mnicha. Rzygnęłam raz i myślałam, że po sprawie. Drugi atak przyszedł, gdy Zosia mi dała do zjedzenia wyciskane owoce. Po zjechaniu na linie ulało mi się, ale poczułam ulgę. Istotę mojego stanu uchwyciła Magda w swoim filmiku na samym szczycie. Siedzę (przed zjazdem jeszcze) skulona, a dziewczyny krzyczą nade mną jak kruki i wrony: „Janka, jesteś szczęśliwa, jesteś szczęśliwa?”. Miałam ochotę je rozerwać!

Słowacja rok temu

Zaczynamy – ku pamięci – od symbolicznego cmentarza położonego nieopodal Popradzkiego stawu. Nasz cel tego dnia: wierzchołek igły w Osterwie (1877 m n.p.m.). Nie prowadzą na nią żadne znakowane szlaki turystyczne. Pomoc przewodnika jest konieczna dla takich amatorek jak my.

Artykuł pochodzi z numeru 4/2026 magazynu „Integracja”. 

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.