Pewnego letniego, ale niezbyt upalnego popołudnia Piotr Pawłowski odwiedził jednego młodzieńca, który niedawno wylądował na wózku. Odświętnie wystrojony witał gościa. Piotr zapytał: „Gdzie masz buty?”. Bo rzeczywiście w odświętnej kreacji młodzieńca brakowało obuwia. Zmieszany pytaniem wybąkał: „Po co mi? Przecież nie chodzę!” „Ja też!” – natychmiast zripostował Piotr, kierując swą lekko tylko ruchomą lewą rękę ku swoim eleganckim brązowym mokasynom. A trzeba dodać, że był dużo mniej sprawny od swego gospodarza. Wiedział jednak, co mówi – wszak od kiedy usiadł na wózku, musiał zawsze walczyć o prawo do wizerunku osób niepełnosprawnych, np. w kolejce po modną dżinsową bluzę, kiedy nie tylko kupujący, ale i ekspedientka dziwili się, po co kalece taka bluza.
Owszem, to były wczesne lata osiemdziesiąte. Wszystko było wtedy komunistycznie zgrzebne. Na takim tle Piotr Pawłowski był elegantem. W taki sposób walczył o szacunek dla osób niepełnosprawnych, zazwyczaj w tamtych czasach mocno zaniedbanych, a tym samym nieszanowanych. Bo prawdą jest, niestety, powiedzenie: „jak cię widzą, tak cię piszą”. I tego, mimo wyżej wspomnianych wysiłków, doświadczał Piotr boleśnie, gdy np. w urzędach zamiast rozmawiać z nim, zwracano się do towarzyszącej mu osoby. Wiadomo: wózkowicz jest jakiś „nie halo”. Nawet elegancko ubrany? – myślał wtedy wkurzony Piotr. I zazwyczaj rzucał jakąś inteligentną, ironiczną uwagę, czym wprowadzał lekceważącą go osobę co najmniej w zakłopotanie. To był specyficzny, ale ważny front walki Piotra ze stereotypami.
Oczywiście dzisiaj wszystko wygląda inaczej. Każda taka kreacja krzyczy, woła o uwagę, domaga się wyjątkowości – nawet za cenę hiperprzemęczonych oczu czy chorej skóry.
O stylu wypowiedzi nie wspomnę („mmm… eeeh… wow! nooo…). A może właśnie dlatego, że w osobowości nic nie ma, trzeba zwracać uwagę ciuchami, gadżetami, piercingiem (można wstawić tu jeszcze inne elementy dekoracji). Jakby już nie dało rady być zwyczajnym!
W rozkrzyczanym świecie przebodźcowanych prowokacji nie ma miejsca na zwyczajność. Jest nie do zauważenia. W tym sensie łatwiej być dzisiaj niepełnosprawnym. Ba, jeśli się odpowiednio niepełnosprawność wyeksponuje, to może ona wzbudzić zainteresowanie. Pomagają w tym mistrzowie protetyki – coraz śmielsi niepełnosprawni influencerzy.
Czy jednak wywarcie mocnego wrażenia – bo o dobrym już się dzisiaj nie mówi – wystarcza? Socjologowie mówią, że najnudniejszą czynnością dzisiaj jest… scrollowanie na ekranie. Szok za szokiem uniewrażliwia na kolejny szok. Deformuje też nasze oczekiwania i percepcję. Szukamy coraz większej niesamowitości, tracąc tym samym smak zwyczajnego dobra i piękna. Dokładnie ten sam mechanizm funkcjonuje w wyobraźni nakręconej coraz mocniejszą pornografią. Wciąż eskalujące wrażenia oprócz uzależnienia i dewiacji uniemożliwiają normalne przeżycie głębi bliskości z drugą osobą, okradają z miłości.
Tym bardziej aktualna jest biblijna historia poszukiwania przez proroka Samuela następcy króla Saula wśród synów Jessego (1 Sm 16, 1-12). Nie wybrał ani najstarszego, ani najwyższego, ani najsilniejszego: „Bóg nie patrzy na to, na co patrzy człowiek. Człowiek patrzy na to, co jest przed oczyma, ale Pan patrzy na serce (1 Sm 16, 7). Właśnie ten najmłodszy rudy Dawid o delikatnych rysach pokonuje Goliata wyśmiewającego jego cechy fizyczne, jak i uzbrojenie.
Warto o tym pamiętać, gdyż żyjemy w mocno „rozjechanych czasach”, kiedy to zewnętrzną narracją wyglądu zazwyczaj chce się zamaskować wewnętrzną pustkę. A jak to powiedział pewien pisarz-lotnik: „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Dlatego dobrze temu pomóc – a przynajmniej nie przeszkadzać. Bo właśnie to, co najważniejsze, tworzy to, co najpiękniejsze między ludźmi: poczucie zaufania, bezpieczeństwa, pokój, radość, miłość. Co ciekawe, tak właśnie działają też dobre marki – i wiedzą o tym specjaliści od brandingu: owszem, pierwsze wrażenie jest ważne, ale jeśli nie idzie za nim jakość, solidność, uczciwość, wartość, to produkt szybko zostanie odrzucony i zapomniany. Ostatecznie najbardziej nawet wytatuowane ciało, obwieszone jak najbardziej wyszukanymi gadżetami, zmieni się w garstkę popiołu. A jak powiedział poeta „Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, / Dwie tylko: poezja i dobroć... i więcej nic...
O. Bernard (Łukasz Sawicki) jest zakonnikiem w Opactwie oo. Benedyktynów w Tyńcu, a także absolwentem warszawskiej Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina (teoria muzyki; fortepian, klasa prof. Barbary Muszyńskiej). Studiował teologię w Papieskiej Akademii Teologicznej Jana Pawła II w Krakowie i w Papieskim Ateneum św. Anzelma w Rzymie.
Artykuł pochodzi z numeru 2/2026 magazynu „Integracja”.
Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.






