Początek wakacji mieszkańcy Ząbek zapamiętają na długo. W czwartkowy wieczór 3 lipca lokatorzy budynku przy ul. Powstańców stracili swoje mieszkania i dorobek życia. Ogień strawił 200 mieszkań. 500 osób zostało poszkodowanych. Wśród nich był Piotr Klepacki, chorujący na twardzinę układową. O tym, co go spotkało, opowiada ściszonym głosem. Od pożaru minął miesiąc. Piotr stracił w nim wszystko.

Ilona Berezowska: Od jak dawna mieszkał Pan przy ul. Powstańców 62 w Ząbkach?

Piotr Klepacki: Kupiliśmy to mieszkanie 19 lat temu. Razem z partnerką. Od 5 lat nie jesteśmy już razem, ale w tym mieszkaniu urodziła się moja córka. Do dnia pożaru miała tu swój pokój.

Czym się Pan zajmuje zawodowo?

Pracą biurową. Moim obszarem są liczby, statystyka, pilnowanie faktur, rozliczanie kosztów. Kiedyś pracowałem stacjonarnie, a potem ze względu na chorobę częściej zdalnie.

Od czego zaczęła się ta choroba i czym się objawia?

Początki były bardzo niepozorne, podobne do grypy. Po kilku nietrafionych diagnozach trafiłem do szpitala na ul. Szaserów w Warszawie i szybko się okazało, że to twardzina układowa. Nie do końca to wtedy rozumiałem. Byłem młody, pełen energii. Myślałem, że wezmę zapisane przez specjalistów leki i będzie dobrze. Ciężko było mi się przestawić i zacząć się uważać za chorego, niezdolnego do pracy, czy niepełnosprawnego. Choroba postępowała. Regularnie musiałem wracać do szpitala na kolejną diagnostykę. Twardzina układowa powoduje duże ograniczenia. Bóle, puchnięcia, deformacje drobnych kości i stawów, niewydolność oddechową i mięśniową. Koniecznością stało się monitorowanie płuc, nerek, wątroby, czy serducha. Obecnie choroba jest ustabilizowana, a ja przyzwyczaiłem się do chorowania.

Co Pana wtedy motywowało do działania?

To, że działaliśmy we dwoje. Bywały takie dni, że budziłem się opuchnięty i obolały. Przede wszystkim dokuczały mi nogi. Mówiłem wtedy, że nigdzie nie idę. Byłem dosłownie brany za fraki, zawożony do pracy i dostawałem informację, że o 17:00 moja partnerka mnie odbierze. Bywało, że zaczynałem pracę w całkiem dobrym stanie, a dwie godziny później miałem tak spuchniętą nogę, że spodnie chciały strzelić w szwach. Nikomu o tym nie mówiłem. Brałem proszek przeciwbólowy i pracowałem dalej. Przez lata przyzwyczaiłem się i pogodziłem żyć z bólem i niewygodą. Gdy zostałem sam, zrobiło się ciężko. Dla mnie nasz związek był wyjątkowy, a w międzyczasie pojawiła się córka. Była moim spełnieniem marzeń. Odstawiłem leki, by mogła przyjść na świat. Jest największym kołem napędowym mojego życia.

Wspomniał Pan, że córka miała w tym mieszkaniu własny pokój. Udało się Panu utrzymać bliski kontakt z córką?

Jesteśmy zżyci. Wkrótce po jej narodzinach straciłem pracę, a że akurat dostałem orzeczenie o niezdolności do pracy, zostałem z nią w domu. To był szczęśliwy okres. Spędzaliśmy mnóstwo czasu razem na spacerach, codziennych zabawach, w drodze do przedszkola. Znalazłem spełnienie w domowej codzienności. Gdy się wyprowadziła razem z mamą, straciłem napęd do działania. Zwłaszcza że to był czas po operacji bioder i rehabilitacji.

Czy możemy wrócić pamięcią do dnia pożaru? Dla Pana ten dzień zaczął się od straty psa Stefana.

Nie zdążyłem tego jeszcze przetrawić. Stefan był naszym najwierniejszym przyjacielem, wyczekanym, wymarzonym i uwielbianym członkiem rodziny. Chciany, zaplanowany, wybrany. Wszędzie z nami jeździł. Wszędzie z nami był. Niestety od dawna chorował. Gdy miał niespełna rok pękło mu naczynko w głowie. Od tamtej pory miał ataki padaczkowe. Moja choroba odbijała się na każdym aspekcie mojego życia, dlatego pies zamieszkał z moimi rodzicami. Dwa tygodnie przed pożarem przestał jeść, zrobił się osowiały. Trwała naprawdę zacięta walka o jego życie. O tym, że się nie udało, dowiedziałem się rano, w czwartek 3 lipca.

Jak Pan spędził resztę dnia?

Pojechałem do rodziców. Posiedzieliśmy, rozmawialiśmy. Do domu wróciłem przybity i usiadłem do pracy. Skończyłem koło 17:00. Zamierzałem się położyć, odpocząć, może zasnąć. Około 18:00 moja obecna partnerka wyciągnęła mnie na spacer. Pojechałem do niej. Koło 19:40 rozdzwonił się mój telefon. Dowiedziałem się, że pali się mój blok. Chciałem jak najszybciej wrócić i zobaczyć, co się dzieje. Nie zdawałem sobie sprawy, jaka jest skala tego pożaru. Stanąłem w miejscu, z którego było widać moje mieszkanie. Obserwowałem pożar z nadzieją, że zostanie opanowany, że skala zniszczeń nie będzie duża. Przed 22:00 zobaczyłem płomienie w moich oknach. Siostra mnie stamtąd zabrała, żeby na to nie patrzeć. Pierwsze dwie noce spędziłem właśnie u siostry. To był dzień pełen ekstremalnych wydarzeń.

Został Pan tylko w tym, co na sobie?

Tak. Było ciepło. T-shirt, krótkie spodenki, klapki, dokumenty w portfelu, samochód na parkingu. Tyle zostało. Przepadły orzeczenia, cała dokumentacja medyczna. Czasem myślę, że gdybym był na miejscu, może złapałbym jakąś dużą torbę, wrzucił do niej dokumenty, pamiątki, coś ważnego, ale pewnie wcale by tak nie było. Raczej włożyłbym buty i uciekał. Nic by się nie zmieniło. Nadal musiałbym odtworzyć papiery. Nadal przepadłyby zdjęcia córki, zgrywane regularnie na dyski, jej pierwsze medale taneczne, rysunki, laurki i inne prace. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mógł tam wrócić, żeby przejrzeć rzeczy, a nawet gdyby tak było, to raczej nic z tego nie przetrwało ognia. Dostrzegłem tylko gołe ściany. W miejscu, gdzie był pokój córki, jest dziura. Nie ma ściany dzielącej pokoje. Nie widać żadnych mebli

Gdzie Pan zamieszkał po tych dwóch dniach u siostry?

U znajomych, którzy wyjechali na wakacje. Pierwsze chwile musiałem wykorzystać nie na szukanie lokum, a na odtworzenie leków, bez których nie mógłbym funkcjonować. Jeździłem po SOR-ach, lekarzach, aptekach. To był absolutny priorytet. U znajomych korzystałem z podstawowych przyborów kosmetycznych i kuchennych. Gmina zaoferowała 8000 zł na nowy start. Nie wiem, gdzie zacząć od nowa. Wchodzę do sklepów, potrzebuję ubrań, bo miałem tylko to, co na sobie i nie bardzo umiem kupować. Patrzę na ten ogrom rzeczy i uświadamiam sobie, że kupno jednej bluzy na chłodniejsze dni niczego nie załatwia. Po prostu nie mam już niczego. Skarpetek, ubrań, przyborów. Nie wiem, czy już powinienem coś kupować, bo gdzie miałbym trzymać nowe rzeczy. Jestem w zawieszeniu.

Gdzie Pan zamierza mieszkać po powrocie znajomych?

Tu jeszcze nic nie powiem. Jest pewien pomysł, ale jeszcze niepotwierdzony, więc za wcześnie na mówienie o tym.

W pożarze stracił Pan laptop i telefon, jak wygląda kwestia Pana pracy?

Sprzęt z pomocą pracodawcy jest do odzyskania. Praca jest dla mnie ważna. Chcę się czuć potrzebnym. Chciałbym wrócić do moich zadań, do rutyny. Jeszcze nie mogę o tym myśleć, ale to jest mój cel.

Korzysta Pan z pomocy psychologa?

Nie. Taka myśl mi przemknęła, ale nie. Sam chcę to sobie poukładać. Jestem zadaniowy i czasami uparty. Wiem z doświadczenia, że w innej sytuacji nie bardzo mi się sprawdziło chodzenie do psychologa. W tym roku miałem więcej ekstremalnych przygód. W marcu straciłem przytomność w sklepie i trafiłem do szpitala. Okazało się, że mam chory błędnik i całkowicie utraciłem słuch w prawym uchu. Powiem szczerze, to był ciężki moment. Najcięższy, gdy przyszła pani doktor i powiedziała, że jutro wracam do domu. A ja trochę się rozsiadłem w tym szpitalu i czułem się już tam bezpiecznie. I było to dla mnie ciężkie, żeby wrócić w momencie, kiedy nie mogłem zrobić kilku kroków. Chwiałem się i wywracałem. Potem chodziłem przy ścianie. Natomiast powrót do codzienności, w której jestem sam, był dla mnie niewyobrażalny. Bałem się.

Jakie ma Pan plany?

Skupiam się bardziej na małych krokach i funkcjonowaniu z dnia na dzień, czyli przede wszystkim na tym, co trzeba załatwić. Urzędy, papiery i inne sprawy. Pochłaniają mnie sprawy bankowe, ubezpieczenia. Jeśli chodzi o plany dalekosiężne, to nie mam, bo taka perspektywa odległego czasu jeszcze mnie przeraża.

Na platformie Się Pomaga trwa zbiórka na Pana nowy początek. Spodziewał się Pan takiego odzewu?

Nie, kompletnie nie. Jeśli chodzi o zbiórkę, to mocno się zastanawiałem, czy to uruchomić. Po namowach stwierdziłem, że spróbuję i zobaczę, jak to się potoczy. Staram się odszukiwać osoby, które się podpisały i im osobiście dziękować. Dla mnie to ogromna kwota. Pozwala mi myśleć, że może będzie chociaż odrobinę łatwiej.

Pomysłodawczynią zbiórki jest Magdalena Kamińska, która mieszka w pobliżu miejsca pożaru. Piotra Klepackiego poznała późnym wieczorem 3 lipca b.r. Oto jej wspomnienie z dnia pożaru:

„Mieszkam w pobliżu tego budynku. Usłyszałam sygnał straży pożarnej. Na grupie mieszkańców na Facebooku były już pierwsze informacje, że coś się dzieje. Poszłam tam. Zobaczyłam całą tę tragedię i efekt dopiero co zakończonego urlopu, ulotnił się ze mnie natychmiast. Stres był ogromny. Na miejscu spędziłam 3 godziny i jako psycholog miałam taką myśl, że muszę coś zrobić, komuś pomóc. Pytałam Boga, co ja mogę zrobić wobec takiego dramatu. Skupiłam się na tym, że znajdę jedną osobę, może rodzinę, której będę mogła pomóc. Moją uwagę przykuł mężczyzna siedzący na chodniku. Poczułam, że to jest właśnie ta osoba, której powinnam pomóc.”

Magdalena wkrótce zaczyna intensywne, wyjazdowe projekty służbowe. Jest psychologiem i szkoleniowcem. Prowadzi własną firmę.

„Będę w to włączać innych ludzi. Będę się starała, żeby ludzie, których porusza historia Piotra, stawali się jego ambasadorami, mówili o nim i nie zostawili go samego. Boję się, że z upływem czasu ludzie zapomną o tym, co się tu wydarzyło, a trzeba szukać wspólnoty, rozmawiać, nie wolno trzymać emocji w sobie. Najbardziej pomaga zaangażowanie”