Konkursy i publiczne występy towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Tym razem jednak stawka jest inna. Zdecydowałem się zgłosić do konkursu „Człowiek bez barier" 2026, bo uznałem, że warto opowiedzieć o działaniach, które podejmuję na rzecz dostępności i osób z niepełnosprawnościami. Sam proces przygotowania zgłoszenia okazał się nie tylko formalnością, ale również okazją do podsumowania własnej aktywności i przekonania się, jak wiele znaczy wsparcie innych.
Konkursy i występy publiczne były obecne w moim życiu właściwie od zawsze. W szkole podstawowej wygrałem konkurs geograficzny oraz konkurs wiedzy o ekologii. Brałem też udział w różnego rodzaju wydarzeniach kulturalnych. W liceum występowałem w kabarecie, deklamowałem wiersze znanych poetów i fragmenty dzieł literackich naszych wieszczów. Wszystkie te wydarzenia odbywały się jednak w określonych ramach szkolnych. Udział był dobrowolny: zgłaszałeś się i zostawałeś jednym z uczestników. Nie trzeba było przygotowywać dossier, analizować własnych wcześniejszych osiągnięć ani zastanawiać się, czy są one wystarczająco znaczące. Tym razem miało być inaczej.
Zamiary
Kiedy na stronie internetowej „Integracji” pojawiła się informacja o kolejnej edycji konkursu „Człowiek bez barier”, przez głowę przemknęła mi myśl: dlaczego nie spróbować? To jedno z tych przedsięwzięć, które pokazują osoby aktywne społecznie, zaangażowane w działania na rzecz ludzi z niepełnosprawnościami i szeroko rozumianej dostępności.
Od ponad dwóch lat działam w stowarzyszeniu Otwarty Ursynów. W tym czasie wspólnie z Pawłem Lenarczykiem, prezesem stowarzyszenia i radnym dzielnicy, udało nam się doprowadzić między innymi do doposażenia sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniu ulic Rosoła i Rodowicza „Anody” w moduł dźwiękowy. Interwencje członków stowarzyszenia przyczyniły się także do wcześniejszego udostępnienia wind przy stacjach metra, jeszcze przed oficjalnym zakończeniem prac naprawczych.
Przemierzając Warszawę i załatwiając codzienne sprawy, fotografuję również napotkane bariery architektoniczne. Najczęściej dokumentuję problemy z windami w metrze, ale zwracam też uwagę na nierówne chodniki czy brak poręczy przy schodach. Moim zdaniem właśnie częste awarie wind przy stacjach metra są jednym z istotniejszych problemów dostępności w mieście. Dotykają nie tylko osób z niepełnosprawnościami, lecz także seniorów, rodziców z dziećmi w wózkach czy osób czasowo poruszających się z trudnością.
Być może moje dotychczasowe osiągnięcia są skromne w porównaniu z ogromem problemów, z jakimi mierzą się osoby z niepełnosprawnościami. Pomyślałem jednak: do odważnych świat należy. Podjąłem decyzję. W tegorocznej edycji konkursu „Człowiek bez barier” wystartuję.
Przygotowania
Moja żona od dawna wspiera mnie w działalności społecznej. Wie, że jest to dla mnie ważna przestrzeń aktywności i samorealizacji. Jest też osobą bardzo empatyczną, dlatego dobrze rozumie problemy osób z różnymi ograniczeniami. Kiedy powiedziałem jej o pomyśle zgłoszenia się do konkursu organizowanego przez Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji, od razu postanowiliśmy działać metodycznie.
Zaczęliśmy od spraw formalnych, czyli dokładnego przejrzenia formularza zgłoszeniowego. Pierwsze rubryki nie sprawiały większych trudności — dotyczyły podstawowych danych kandydata. Zatrzymaliśmy się dopiero przy informacji o osobie zgłaszającej. Żona natychmiast zaproponowała, że to ona może mnie zgłosić. Bardzo się ucieszyłem. To kolejny przykład tego, że jest przy mnie i wspiera moje działania.
Krótki życiorys również nie stanowił większego problemu. Podobnie było z uzasadnieniem kandydatury. Więcej zastanowienia wymagało natomiast przygotowanie aktualnych zdjęć oraz rekomendacji.
Ze zdjęciem sprawa jest stosunkowo prosta — zawsze można udać się do fotografa. Trudniejsze wydają się rekomendacje. Regulamin wskazuje, że mogą je przygotować osoby fizyczne lub prawne, nie narzuca jednak szczegółowej formy.
Dla osób pracujących w dużych organizacjach, instytucjach czy firmach listy poparcia i referencje nie są niczym nadzwyczajnym. Dla kogoś, kto po raz pierwszy przygotowuje takie zgłoszenie, może się jednak pojawić pytanie: co właściwie powinno znaleźć się w takim dokumencie?
Uznaliśmy, że najlepiej postawić na prostotę. Rekomendacja przygotowana przez moją żonę zawierała miejscowość, datę oraz opis mojej działalności związanej z dostępnością i wspieraniem osób z niepełnosprawnościami.
Kiedy doszliśmy do tego etapu kompletowania dokumentów, pojawiła się kolejna wątpliwość: kto jeszcze znajdzie czas, aby przygotować rekomendację i poprzeć moją kandydaturę do tytułu „Człowieka bez barier 2026”? Na szczęście wystarczyło kilka wiadomości do bliskich znajomych. Obawy szybko minęły.
Oczywiście zebranie wszystkich dokumentów wymagało trochę czasu i zaangażowania, ale czego się nie robi, żeby spróbować swoich sił w takim przedsięwzięciu? Przy okazji przekonałem się także, że podobne działania mają dodatkową wartość. Pozwalają odnowić kontakty, porozmawiać z ludźmi, a czasami po prostu przypomnieć sobie, że wokół nas są osoby gotowe wesprzeć dobry pomysł. Moje zgłoszenie spotkało się z dużą życzliwością. Kiedy opowiadałem o konkursie „Człowiek bez barier”, wiele osób słuchało z autentycznym zainteresowaniem.
Uważam, że takie inicjatywy zasługują na szeroką promocję - w mediach społecznościowych, na stronach internetowych i w tradycyjnej prasie. Dzięki nim można pokazywać osoby, które często bez wielkiego rozgłosu próbują zmieniać swoje otoczenie.
Zwieńczenie
Kiedy miałem już w ręku podpisane rekomendacje, poczułem, że zbliża się ważny moment. Jeszcze raz przeczytałem regulamin i dokładnie sprawdziłem wszystkie dokumenty. Chciałem mieć pewność, że niczego nie brakuje i że zgłoszenie spełnia wymagania formalne. Potem pozostało już tylko je wysłać. Zdecydowałem się na tradycyjną, papierową formę. Być może jest to pewne zawodowe przyzwyczajenie, ale lubię mieć w ręku fizyczne potwierdzenie nadania przesyłki na poczcie. I tak zgłoszenie ruszyło w drogę.
Dla mnie sam udział w tym przedsięwzięciu jest już nowym doświadczeniem. To również okazja, żeby spojrzeć na własną działalność z innej perspektywy i zobaczyć, ile rzeczy udało się zrobić dzięki współpracy z innymi. Nie wiem, jaki będzie finał tej historii. Wiem natomiast jedno: warto próbować. Bo czasami najważniejszym krokiem okazuje się po prostu decyzja, żeby się zgłosić.
Michał Sadziński ukończył aplikację adwokacką. Zawodowo zajmuje się prawem konsumentów, zamówień publicznych oraz karnym. Członek stowarzyszenia „Otwarty Ursynów", w którym działa na rzecz osób z niepełnosprawnoścami. Jest koordynatorem akcji „Dostępny Ursynów". Prywatnie wielbiciel kina, teatru i kryminałów.





