Tomasz Eliasz Wardzała jest prezesem Fundacji Rozwoju Edukacji, Pracy, integracji (REPi) z Tarnowa, która włączyła się w udział w emitowanym od 2023 r. na antenie stacji TVN programie „Autentyczni”. Osoby w spektrum autyzmu zadają w nim pytania gwiazdom estrady, aktorom i osobistościom życia artystycznego.

Monika Meleń: Tomku, słyszałam, że po jednym z programów „Autentyczni” pani Agnieszka Chylińska podeszła do jednej z osób w spektrum autyzmu – Edwarda Lusztyna z Waszej Fundacji i zapytała, dlaczego jest smutny. Gdy przyznał się, że nie zdążył o nic zapytać, to bez kamer i pośpiechu odpowiedziała na wszystkie przygotowane przez niego pytania. Czyż nie to jest najważniejsze – cała idea tego projektu, czyli uważność i otwarcie na relacje? Co jeszcze chcecie pokazać w programie?

Tomasz Eliasz Wardzała: To, o czym mówisz, rzeczywiście bardzo dobrze oddaje sens programu. W psychologii rozwojowej i pedagogice od lat podkreśla się, że kluczowe dla poczucia podmiotowości nie jest samo „uczestniczenie”, ale bycie zauważonym i potraktowanym poważnie jako osoba. Sytuacja z udziałem pani Agnieszki Chylińskiej i pana Edwarda Lusztyna pokazuje ten moment – przejście od formatu medialnego do relacji człowiek–człowiek. Z perspektywy psychologii relacyjnej to akt regulujący poczucie bezpieczeństwa: ktoś widzi emocję, nazywa ją i reaguje. Z perspektywy socjologii to wyjście poza role: znana artystka i „uczestnik programu” przestają być figurami społecznymi i stają się równorzędnymi rozmówcami. A z punktu widzenia pedagogiki specjalnej i pedagogiki włączającej to sytuacja modelowa: pokazanie, że komunikacja nie kończy się na czasie antenowym, tylko tam, gdzie druga osoba czuje się wysłuchana. W „Autentycznych” chcemy właśnie to pokazać – że włączenie społeczne nie polega na obecności przed kamerą ani poprawności języka. Polega na uważności, gotowości zatrzymania się i uznaniu, że każde pytanie ma wartość, nawet jeśli nie mieści się w ramie programu. Chcemy pokazać, że osoby neuroróżnorodne nie potrzebują taryfy ulgowej, ale realnej relacji: takiej, w której jest miejsce na ciszę, niedokończone pytanie i rozmowę, która trwa także wtedy, gdy kamery już są wyłączone.

Edward Lusztyn, szczupły mężczyzna w okularach i kraciastej koszuli.

Edward Lusztyn

 Dla mnie najpiękniejsze w tym programie jest to, że osoby w spektrum autyzmu stały się dziennikarzami, występują w rolach społecznych, a nie tylko ze względu na swoją neuroróżnorodność. Są szczere, bezkompromisowei bezpośrednie. Jak ważny jest dla Ciebie ten program?

Program „Autentyczni” jest dla mnie jednym z najbardziej czytelnych przykładów tego, jak neuroróżnorodność może stać się realnym zasobem. Program jest tworzony i prowadzony przez dziennikarzy w spektrum autyzmu. To oni zadają pytania, oni decydują, co jest dla nich istotne, oni nadają ton rozmowie. Fundacja REPI była jedną z czterech organizacji z Polski, które od początku brały udział w projekcie. Nasi uczestnicy nie byli statystami ani dodatkiem. Współtworzyli program od zwiastunów, pierwszych pytań i decyzji. Ten program jest dla mnie ważny także z innego powodu. Po kilkunastu latach pracy z uczestnikami Fundacji REPI możemy zobaczyć wyraźne efekty prowadzonych oddziaływań terapeutycznych i rozwojowych. jesteśmy ogromnie dumni, gdy widzimy naszych uczestników przygotowujących się do nagrań, biorących w nich udział, wchodzących w relacje i funkcjonujących w przestrzeni publicznej. Gdy przypominamy sobie osoby, które przychodziły do nas przed laty, ta duma i radość bywają tak silne, że prowadzą do wzruszenia. Takie momenty widzimy w różnych sytuacjach, ale program„Autentyczni” pozwala je zobaczyć w sposób szczególnie skumulowany i wyraźny. Bez tego formatu nie mielibyśmy tak pełnego obrazu drogi, jaką przeszli nasi uczestnicy, ani tak czytelnego potwierdzenia sensu naszej wieloletniej pracy.

A jak zaczęła się ta historia? Format jest przeniesiony z Francji, tam program zdobył duże uznanie widzów. Jak polscy twórcy trafili do Waszej fundacji?

Współpraca zaczęła się dzięki relacjom i zaufaniu. Maria Pietrusza-Budzyńska z Fundacji Teatroterapia Lubelska, widząc potencjał Fundacji REPI, poleciła nas producentom programu. Do Tarnowa przyjechali przedstawiciele firmy Golden Media, która odpowiada za produkcję „Autentycznych”. Rozmawiali z nami, z uczestnikami, obserwowali sposób pracy i przeprowadzili casting. Od początku było jasne, że program ma być autentyczny, a nie inscenizowany. TVN jest partnerem emisji i promocji, natomiast codzienna, robocza współpraca odbywa się z producentem.

Czy miałeś obawy, że to się w Polsce nie sprawdzi, że możecie zrobić krzywdę tak wrażliwym osobom?

Oczywiście, że to pytanie pojawiło się bardzo wcześnie i było traktowane bardzo poważnie. Pracując w obszarze wsparcia osób neuroróżnorodnych, zawsze trzeba ważyć między ochroną a rozwojem. Z perspektywy psychologii i pedagogiki wiemy jednak, że nadmierna ochrona także może być formą ograniczenia, bo odbiera możliwość uczenia się radzenia sobie z trudnymi emocjami i sytuacjami społecznymi. Dla mnie program od początku był innowacją – czymś, co zmusza do myślenia i działania inaczej, wiąże się z poznawaniem świata i wychodzeniem poza schematy. Wiedziałem, że to projekt przełomowy. Nawet jeśli nie dokona natychmiastowego wyłomu, to będzie klinem, który spowoduje pęknięcie w społecznych wyobrażeniach o osobach neuroróżnorodnych. kluczowe było to, że uczestnicy podejmowali decyzję świadomie. Proces castingu był rozciągnięty w czasie i kilka osób wycofało się na różnych etapach – i było to w pełni uszanowane. W trakcie przygotowań współpracowaliśmy z doświadczonym psychologiem klinicznym, panią Beatą Liwowską, która zabezpieczała uczestników od strony emocjonalnej i wspierała ich w rozumieniu potencjalnych konsekwencji udziału w programie. Równie ważne było bieżące omawianie tego, co się działo zarówno w czasie przygotowań, nagrań, jak i podróży. Rozmowy o emocjach, napięciach, obawach i radościach miały charakter porządkujący i uwalniający. Z punktu widzenia psychologii można powiedzieć, że pełniły funkcję regulacyjną, a w pewnym sensie także terapeutyczną – pozwalały nazywać doświadczenia, oswajać je i nadawać im sens. Przygotowywaliśmy uczestników zarówno na pozytywny odbiór, jak i negatywne komentarze, na to, co może być trudne, a nawet bolesne. I jeszcze przed pierwszym nagraniem kolejne osoby zdecydowały się wycofać. To pokazuje, że ten proces był realny, a nie deklaratywny. Nie wiem, czy słowo „krzywda” jest tu właściwe. Jesteśmy zwolennikami doświadczania także dyskomfortu – oczywiście w warunkach bezpieczeństwa i kontroli. Psychologia rozwojowa pokazuje, że im wcześniej uczymy się rozpoznawać i regulować trudne emocje, tym lepiej radzimy sobie z nimi w dorosłym życiu. W „Autentycznych” uczestnicy mieli przestrzeń, by eksperymentować, sprawdzać swoje granice i decydować, ile chcą z siebie dać. To nie było wystawienie ich na ryzyko, lecz zaproszenie do odpowiedzialnego doświadczenia świata.

W programie osoby w spektrum układają pytania, angażują się do tego stopnia, że jeśli nie uda im się zaistnieć, są zawiedzione. Czy czują się spełnione?

Uczestnicy Fundacji REPI byli widoczni od początku. To oni pojawiali się w zwiastunach programu, zadawali pytania, które były emitowane i które budowały zainteresowanie widzów. Skład zespołu zmieniał się naturalnie. Niektórzy np. podejmowali pracę na pełny etat i wybierali stabilność zawodową zamiast regularnych wyjazdów do telewizji. Dla innych intensywność nagrań była zbyt obciążająca. Jednocześnie pojawiały się nowe osoby. Dziś jedną z nich jest Wojciech Gibała. Wcześniej w takiej sytuacji byli m.in. Kamil Cedrowski, wspomniany Edward Lusztyn czy Krzysztof Mitera. Każda z tych osób miała swój czas, drogę i swoje tempo. W Fundacji REPI oraz prowadzonym przez nią Warsztacie Terapii Zajęciowej im. Jana Pawła II uczymy się tego, co już Heraklit z Efezu opisał bardzo trafnie: że jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana. W mediach to szczególnie wyraźne. Programy żyją, a dziennikarze muszą się zmieniać, by widzowie otrzymywali nowe bodźce i nowe perspektywy. Uczestnicy mają tego świadomość. jednocześnie wiedzą, że byli pierwsi. Cenią sobie dalszą współpracę, zaproszenia na nagrania i podtrzymywanie relacji. Czują się ważni i docenieni. Nie zostali zastąpieni „nowszymi” osobami – ich obecność i wkład pozostają częścią historii programu.

krzysztof Mitera, mężczyzna w okularach i zielonym swetrze.

Krzysztof Mitera 

Już wiem, że udział w programie nie kończy się, gdy gasną kamery, ale co dzieje się potem, gdy uczestnicy wracają do codziennego życia? Czy Ty widzisz, jak ten program ich otwiera, zmienia na lepsze?

Nasi uczestnicy biorą udział w kampaniach promocyjnych, takich jak „Siła w Spektrum”, pojawiają się w materiałach okołoprogramowych. Program „Uwaga TVN” poświęcił osobny materiał jednemu z uczestników Fundacji, panu Kamilowi Cedrowskiemu. Pokazał go jako mistrza pływania i wspinaczki sportowej (Tarnów jest stolicą wspinaczki sportowej, tutaj wszystko powstawało i stąd pochodzą mistrzowie olimpijscy), więc także wśród osób z neuróżnorodnością jako świetnie radzącego sobie uczestnika zajęć terapeutycznych i wrażliwego człowieka. Telewizja TVN relacjonowała także ogólnopolskie zawody pływackie organizowane przez Fundację REPI, pokazując osoby neuroróżnorodne w roli sportowców, zawodników, ludzi aktywnych fizycznie i społecznie.

Jak ważne są przygotowania, jak pomagasz uczestnikom? Czy oni się stresują? Czy bywa, że odmawiają wyjazduna nagranie?

Proces przygotowania do programu ma dla mnie i koleżanki z pracy ogromne znaczenie edukacyjne. Uczestnicy samodzielnie zbierają informacje o gościach. korzystają z internetu, ale także prasy, książek, bibliotek. Dla niektórych to jedyna dostępna droga. Łączymy tradycyjne i nowoczesne metody pozyskiwania wiedzy. W Fundacji prowadzimy regularne kolegia redakcyjne. Spotykamy się, wybieramy obszary życia gościa, które są dla nas interesujące, rozmawiamy o sensie pytań i o tym, dlaczego chcemy je zadać. To realna praca dziennikarska, a nie ćwiczenie terapeutyczne. Od lat pracujesz z osobami w spektrum autyzmu. Wiem, że nie da się ich określić jednym słowem, ale gdybyś miał wymienić cechy, które im ułatwiają i które utrudniają codzienne życie, to co by to było? Dla mnie neuroróżnorodność oznacza prawo do bycia twórcą, a nie wyłącznie odbiorcą wsparcia. Oznacza możliwość zadawania pytań, popełniania błędów, uczenia się i zmieniania swojej roli społecznej. Fundacja REPI jest miejscem, w którym neuroróżnorodność nie jest tłumaczona ani wygładzana. jest traktowana poważnie – jako element rzeczywistości, z którą pracujemy, a nie którą próbujemy dopasować do gotowych schematów. Program „Autentyczni” jest dla mnie dowodem na to, że neuroróżnorodność może być realnym zasobem, a nie etykietą. To przestrzeń, w której uczestnicy Fundacji REPI występują w rolach społecznych, współtworzą program i pokazują efekty wieloletniej pracy terapeutycznej. Dla nas to potwierdzenie sensu tego, co robimy, i ogromne źródło dumy. Te same cechy, które w codziennym życiu bywają dla nich trudnością: bezpośredniość, dosłowność, wrażliwość na bodźce czy brak skłonności do społecznych „gier”, w innych sytuacjach stają się ogromnym atutem. Ułatwiają zadawanie szczerych pytań, nazywanie rzeczy wprost i pozostawanie autentycznymi w relacjach. Problemem nie są te cechy same w sobie, lecz kontekst, który rzadko potrafi je przyjąć i docenić. W codziennym życiu bardzo często traktują deklaracje składane na serio dosłownie i z pełną odpowiedzialnością. Słowa mają dla nich realną moc, dlatego oczekują po nich konsekwencji w działaniu. To bywa trudne w świecie pełnym niedopowiedzeń i umowności, ale jednocześnie jest wyrazem uczciwości, lojalności i głębokiego szacunku do relacji.

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z Fundacją?

Fundacja Rozwoju Edukacji, Pracy, Integracji nie powstałaz potrzeby formalnej ekspansji ani z ambicji tworzenia kolejnej organizacji pozarządowej. Powstała z konieczności i z odpowiedzialności. Od początku wiedziałem, że droga, którą wybieramy, nie będzie łatwa, ale miałem też przekonanie, że będzie sensowna. Miałem energię, optymizm i bardzo silną wiarę w to, że można działać inaczej: rzetelnie, długofalowo i z myślą o realnych efektach, a nie o wizerunku. Zanim powstała Fundacja REPI, zaproponowałem powołanie Stowarzyszenia „Ich Lepsze jutro”, które miało prowadzić warsztat terapii zajęciowej. Warsztat został uruchomiony i funkcjonował. W pewnym momencie pojawiła się jednak nieścisłość przy rozliczeniu kosztów związanych z jego powstaniem (wykonawca prac remontowych i adaptacyjnych złożył niewłaściwy kosztorys powykonawczy, którego nie było możliwości zamienić). konsekwencją była konieczność zwrotu około 100 tys. zł. To był moment graniczny. kluczowe pytanie nie dotyczyło tego, kto zawinił, tylko jak ochronić warsztat i ludzi, którzy z niego korzystają. Najlepszym rozwiązaniem było stworzenie nowej organizacji, która przejęłaby prowadzenie WTZ. Tak powstała Fundacja Rozwoju Edukacji, Pracy, Integracji. Fundacja przejęła warsztat, stowarzyszenie nadal istnieje, a my mogliśmy działać dalej – już w innych realiach organizacyjnych, ale z tą samą odpowiedzialnością.

A skąd nazwa Fundacji?

Myśląc o nazwie Fundacji, wiedziałem, że musi ona nieść sens. Rozważaliśmy różne warianty, ale słowo „rozwój” było kluczowe. Rozwój rozumiany jako zdolność do reagowania na zmiany, uczenia się, korygowania własnych działań. Bez rozwoju organizacja wypada z obiegu, przestaje być adekwatna, zostaje zmieciona przez zmiany systemowe i społeczne. Fundacja Rozwoju Edukacji, Pracy, Integracji miała od początku wpisaną w swoją tożsamość gotowość do zmiany.

Co obejmują działania Fundacji? na jakich obszarach się skupiacie?

W Fundacji REPI pracujemy z osobami neuroróżnorodnymi – w spektrum autyzmu, z niepełnosprawnością intelektualną, po kryzysach psychicznych. Neuroróżnorodność nie jest dla nas hasłem ani modnym pojęciem. jest faktem. Oznacza różne sposoby odbierania świata, różne tempo przetwarzania informacji, style komunikacji, potrzeby. Oznacza też konkretne kompetencje, uważność, wnikliwość, nieszablonowe myślenie.

Powiedziałeś, że neuroróżnorodność jest faktem, konkretnymi historiami. Czy możesz nam przybliżyć sylwetki kilku uczestników programu?

Oczywiście. Zacznę od Justyny. justyna Pałka od lat uczestniczy w procesie rehabilitacji społeczno-zawodowej, w którym kluczowe znaczenie ma stopniowe poszerzanie samodzielności, odpowiedzialności i gotowości do podejmowania nowych ról społecznych. Wyróżnia się obowiązkowością, dużym zaangażowaniem w powierzone zadania i gotowością do uczenia się przez działanie. Dobrze odnajduje się w sytuacjach wymagających organizacji pracy, systematyczności i dbałości o szczegóły, co wielokrotnie potwierdzała w pracy warsztatowej, podczas praktyk wewnętrznych i działań realizowanych poza siedzibą warsztatu. Niestety, te same cechy, decyzją komisji lekarzy orzeczników ZUS, odebrały jej rentę socjalną. Dwa lata trwała rozprawa w sądzie o przywrócenie świadczenia. Udział w programie „Autentyczni” był dla Justyny ważnym doświadczeniem wykraczającym poza dotychczasowe formy aktywności. Praca w formule medialnej, kontakt z profesjonalnym zespołem telewizyjnym i wystąpienia przed kamerą wymagały od niej odwagi, koncentracji i umiejętności odnalezienia się w nowym, wymagającym środowisku. Justyna podjęła to wyzwanie w sposób świadomy i odpowiedzialny, traktując je jako szansę na sprawdzenie swoich możliwości i wzmocnienie poczucia sprawczości. W programie dała się Poznać jako osoba konkretna, rzeczowa i autentyczna w przekazie. jej wypowiedzi cechuje bezpośredniość oraz umiejętność mówienia o własnych doświadczeniach w sposób jasny i zrozumiały. To właśnie ta autentyczność stała się jednym z jej największych atutów – zarówno w pracy nad materiałami dziennikarskimi, jak i w relacjach z uczestnikami programu.

Justyna Pałka, kobieta w okularach wykonująca gest uciszenia.

Justyna Pałka

Widać to od początku: autentyczność i to przekonanie, tak bliskie mojemu sercu, bo w swojej pracy zawodowej, realizując reportaże o tematyce społecznej, zawsze chcę pokazywać autentyczność, pasje i równość. bo wszyscy, oczywiście na miarę swoich możliwości, mają prawo uczestniczyć w życiu publicznym na równych prawach.

Działania podejmowane przez Fundację REPI zakładają, że osoby z niepełnosprawnościami mogą i powinny uczestniczyć w życiu publicznym na równych prawach, także w obszarach tradycyjnie uznawanych za trudne lub niedostępne. Udział Justyny Pałki w „Autentycznych” wpisuje się w ten model wsparcia, w którym rehabilitacja nie kończy się na treningu umiejętności, lecz prowadzi do obecności w przestrzeni społecznej, zawodowej i medialnej. Sylwetka Justyny pokazuje, że odpowiednio zaplanowane wsparcie, połączone z indywidualnym wysiłkiem i gotowością do podejmowania wyzwań, może prowadzić do poszerzania granic samodzielności. jej udział w programie TVN nie jest jednorazowym wydarzeniem, lecz elementem dłuższego procesu budowania podmiotowości, w którym głos osoby z niepełnosprawnością staje się pełnoprawną częścią debaty publicznej.

A jak odnajdują się w roli dziennikarzy?

Opowiem o dwóch panach; pierwszy to Kamil Cedrowski, który jest w Warsztacie Terapii Zajęciowej im. Jana Pawła II w Tarnowie od początku. To długi czas, wystarczający, by zobaczyć nie tylko zmiany w miejscu, ale przede wszystkim w sobie. Dziś Kamil jest dorosłym, samodzielnym mężczyzną, który jasno wie, co lubi robić, w czym jest dobry i za co bierze odpowiedzialność. Ma 45 lat. Mieszka z rodzicami w Pogórskiej Woli. W dzieciństwie często zmieniał miejsce zamieszkania – życie rodziny wyznaczała służba wojskowa ojca. Gliwice, Mrągowo, Tarnów, Chrzanów – to nie tylko punkty na mapie, ale doświadczenie adaptacji i odnajdywania się w nowym otoczeniu. Dziś Kamil jest mocno osadzony w swoim miejscu i relacjach, które tworzy. Pracę traktuje poważnie – zarówno tę warsztatową, jak i wykonywaną w domu czy w najbliższym otoczeniu. Wycinka drzew, rąbanie i przygotowywanie drewna na opał, koszenie trawy to dla niego codzienne, konkretne obowiązki. Mówi wprost, że w ten sposób odciąża domowników. Po takich pracach najchętniej idzie nad wodę. Wędkowanie to jego sposób na odpoczynek, wyciszenie i zebranie myśli. Największą złowioną przez niego rybą był 15-kilogramowy sum, ale nie rozmiar zdobyczy jest tu najważniejszy – liczy się czas i spokój. Kamil ma wiele pasji, które rozwija konsekwentnie i z dużą dbałością o szczegóły. Maluje obrazy, pracuje w technikach witrażowych, sięga po haft diamentowy. Lubi zajęcia wymagające precyzji i cierpliwości. Zaskakuje tym, że bardzo lubi szyć – z filcu uszył rekordową liczbę nietoperzy podkowców. To zajęcie, które przełamuje stereotypy i pokazuje, jak bardzo umowne bywają podziały na „męskie” i „niemęskie” aktywności. jest także sportowcem. Odnosi sukcesy w pływaniu i we wspinaczce sportowej na szczeblu ogólnopolskim, wielokrotnie stawał na podium. Reprezentował region podczas ogólnopolskich igrzysk, zdobywał medale i potwierdzał, że systematyczna praca przynosi efekty. Sport jest dla niego nie tylko rywalizacją, ale też szkołą dyscypliny, wytrwałości i wiary we własne możliwości. Kamil bywa postrzegany jako osoba stanowcza. Mówi donośnym głosem, ma silną osobowość, co czasem onieśmiela nowych uczestników. Z czasem jednak staje się dla nich autorytetem i kimś, na kim można polegać. Kilkakrotnie był wybierany do Prezydium Samorządu Uczestników. Nie toleruje niesprawiedliwości, przemocy i złego traktowania ludzi. Jest wrażliwy i lojalny wobec tych, z którymi tworzy wspólnotę. Historia Kamila została zauważona także poza lokalnym środowiskiem. Był bohaterem reportażu programu „Uwaga TVN”, a wspólnie ze swoją dziewczyną wziął udział w kampanii społecznej stacji TVN „Siła w spektrum: kochamy i chcemy być kochani”. Ten wątek nie jest dodatkiem medialnym, lecz ważnym głosem o prawie osób w spektrum do bliskości, relacji i miłości. Pokazuje Kamila nie jako „przypadek”, lecz dorosłego mężczyznę w związku – z emocjami, potrzebą bycia z kimś i bycia traktowanym poważnie. Z biegiem lat przeszedł wyraźną przemianę – od osoby przywiązanej do utrwalonych schematów do kogoś, kto potrafi inicjować zmiany i brać za nie odpowiedzialność. Warsztat jest dla niego miejscem pracy i rozwoju, ale też przestrzenią relacji i sensu. Dba o to miejsce bardzo konkretnie: maluje ściany, porządkuje teren, uczy innych, jak wykonywać prace dokładnie i rzetelnie. Historia Kamila nie jest opowieścią o „wyjątkowości”, ale o normalności rozumianej jako praca, pasja, odpowiedzialność i prawo do własnej drogi. O dorosłości, która nie potrzebuje wielkich słów, bo wyraża się w codziennych czynnościach, wyborach i konsekwencji. I właśnie w tym jest najbardziej przekonująca. Kamil jest gotowy psychicznie podjąć zatrudnienie, dojrzał do tej decyzji. Poprosił nas o kolejne działania w zakresie aktywizacji zawodowej, dla nas ostatnie – znalezienie odpowiedniego pracodawcy i stanowiska pracy.

Justyna Pałka stoi obok Kamila Cedrowskiego i trzyma mu ręce na ramieniu.

Justyna Pałka i Kamil Cedrowski

To niesamowite, jak przy odpowiednim wsparciu można rozwinąć skrzydła...

Opowiem jeszcze o Wojtku. Wojciech Gibała nie przyspiesza rozmowy. Nie dlatego, że nie potrafi, lecz dlatego, że uważa to za nieuczciwe. jego sposób bycia w dialogu opiera się na uważności, powrocie do wątków i zgodzie na ciszę – elementach, które we współczesnych mediach coraz częściej uznawane są za zbędne. Dla niego są fundamentem rozmowy. To ta postawa sprawia, że jego pytania nie prowadzą do szybkich puent, lecz do znaczeń. Pan Wojciech jest osobą w spektrum autyzmu. Otwarcie mówi o tym, że norm społecznych i komunikacyjnych uczył się wolniej, w innym rytmie. To doświadczenie nie stało się dla niego powodem wycofania, lecz źródłem szczególnej wrażliwości na sens słów, intencje rozmówców i to, co pozostaje niewypowiedziane. Kiedy mówi, że nie zawsze od razu rozumie, co ktoś ma na myśli, nie jest to deklaracja słabości, lecz uczciwe określenie punktu wyjścia do rozmowy. Dlatego pyta. I dlatego potrafi zapytać jeszcze raz. jako dziennikarz programu „Autentyczni” Wojciech Gibała nie korzysta z gotowych schematów medialnych. Nie domyka wątków na siłę, nie skraca ciszy, nie neutralizuje napięcia. jego pytania są proste w formie, ale konsekwentne w treści. Wraca do nich, doprecyzowuje, sprawdza, czy dobrze zrozumiał. Ten styl bywa ryzykowny w świecie szybkiej informacji, ale w „Autentycznych” okazuje się kluczowy – to on nadaje rozmowom kierunek i głębię. Szczególną cechą jego pracy są pytania graniczne, dotykające tematów trudnych i niejednoznacznych: cierpienia, odpowiedzialności, konfliktów wartości, sytuacji bez dobrych rozwiązań. Wojciech nie zadaje ich dla prowokacji ani efektu. Pyta, ponieważ – jak sam mówi – one istnieją w realnym życiu ludzi, zwłaszcza osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin. Nie oczekuje jednoznacznych odpowiedzi. Sprawdza raczej, czy rozmówca potrafi pozostać w pytaniu, bez uciekania w slogany i uproszczenia. Jego pytania często stają się zapowiedzią tego, czym dany odcinek „Autentycznych” naprawdę będzie – zanim jeszcze rozmowa nabierze tempa, widz wie, że stawką nie jest forma, lecz sens. Nie każda rozmowa jest dla niego łatwa. Odcinki konfrontacyjne, pełne ostrych sądów i jednoznacznego języka, bywają doświadczeniem obciążającym. Wojciech nie ukrywa, że nie ze wszystkim się zgadza i że niektóre wypowiedzi go ranią lub bulwersują. Mimo to nie wycofuje się. Pozostaje w rozmowie. To właśnie ta zdolność – pozostania mimo dyskomfortu – najlepiej opisuje jego rozumie- nie autentyczności. Dla niego nie oznacza ona bezpieczeństwa, lecz uczciwość. Wojciech Gibała do programu trafił za pośrednictwem Fundacji Rozwoju Edukacji, Pracy, Integracji, z którą jest związany jako uczestnik i dziennikarz. W zespole „Autentycznych” nie pełni funkcji lidera w klasycznym sensie. jest raczej punktem odniesienia – kimś, kto pokazuje, że neuroróżnorodność nie wymaga maskowania ani kompensowania, lecz może stać się realną kompetencją. jego obecność w mediach jest dowodem na to, że uważność, spowolnienie i zgoda na złożoność nie są przeszkodą w komunikacji, lecz jej warunkiem. Doświadczenie pracy zawodowej, podjętej jeszcze w okresie oczekiwania na miejsce w warsztacie, jest dla niego naturalnym elementem dorosłego funkcjonowania, a nie osobnym projektem integracyjnym. W świecie, który nagradza tempo, skrót i efekt, Wojciech Gibała wybiera coś innego. Pyta. Słucha. Zostaje. I właśnie dlatego jego pytania prowadzą tam, gdzie rozmowa zaczyna mieć znaczenie.

Wojciech Gibała, mężczyzna w okularach, ubrany w marynarkę stoi z założonymi rękami.

Wojciech Gibała

Dziękuję za te sylwetki dziennikarzy, a Ciebie, Tomku, poproszę jeszcze o refleksję: co powinno się zmienić w naszych głowach, nazewnictwie i ustawodawstwie, by osobom neuroróżnorodnym żyło się po prostu lepiej, by mogły być zrozumiane i w pełni akceptowane?

Myślę, że najwięcej musi zmienić się w naszym sposobie myślenia. Wciąż zbyt często patrzymy na neuroróżnorodność przez pryzmat deficytu, a nie różnicy. Tymczasem to nie osoby neuroróżnorodne „nie pasują” do świata, lecz świat jest projektowany zbyt wąsko, pod jeden styl funkcjonowania. W nazewnictwie potrzebujemy odejścia od języka, który etykietuje i upraszcza, na rzecz języka, który opisuje i szanuje. Słowa kształtują postawy – jeśli mówimy o ludziach jako o „problemie”, to system zaczyna ich tak traktować. A w ustawodawstwie potrzebujemy rozwiązań elastycznych, opartych na realnym życiu, a nie sztywnych kategoriach. Takich, które pozwalają łączyć wsparcie z aktywnością, bezpieczeństwo z rozwojem, a ochronę z prawem do ryzyka. Dopiero wtedy osoby neuroróżnorodne będą mogły nie tylko być rozumiane, ale naprawdę uczestniczyć w życiu społecznym na własnych zasadach. Myślę o zmianach, które mają bardzo prosty, ale głęboki sens: przesunięcie akcentu z samego trwania w systemie wsparcia na realne przygotowanie do dorosłego życia. Chodzi o to, by wymagania nie były karą ani presją, lecz zachętą do próbowania, do uczenia się samodzielności w bezpiecznych warunkach, zanim życie samo zacznie tych umiejętności wymagać. Coraz wyraźniej widzimy, że społeczeństwo się starzeje, wielu rodziców i opiekunów osób neuroróżnorodnych nie będzie w stanie towarzyszyć im przez całe życie. Dlatego wsparcie powinno dziś koncentrować się na rozwoju kompetencji, podejmowania ról społecznych, pracy, relacjach i odpowiedzialności – na miarę możliwości każdej osoby. Nie po to, by kogokolwiek wypychać z systemu, ale by zmniejszać lęk przed przyszłością, kiedy opiekunów zabraknie. W tym sensie możliwość próbowania, popełniania błędów i uczenia się na nich jest formą troski, a nie zagrożenia. To inwestycja w bezpieczną i możliwie komfortową przyszłość osób, które potrzebują wsparcia – przyszłość opartą nie tylko na opiece, lecz też na sprawczości, relacjach i realnym miejscu w społeczeństwie.

Dziękuję za rozmowę i życzę nam wszystkim tej pięknej zmiany na lepsze.


Tekst łatwy do czytania

Tekst opowiada o programie telewizyjnym pod tytułem „Autentyczni”.

Można go oglądać w telewizji, w stacji TVN.

Przy przygotowywaniu programu pomaga Fundacja REPI z Tarnowa.

Fundacja ta wspiera osoby z niepełnosprawnościami.

Bohaterami programu są osoby w spektrum autyzmu.

Występują one w roli dziennikarzy.

Rozmawiają ze znanymi ludźmi i zadają im pytania.

Nie są to zwykłe wywiady.

Pytania są bardzo szczere i bezpośrednie.

Uczestnicy sami decydują, o co chcą zapytać.

Goście odpowiadają im bez pośpiechu i udawania.

Tomasz Wardzała jest prezesem Fundacji REPI. Mówi on, że udział w programie

jest bardzo ważny dla uczestników.

Dzięki niemu czują się oni zauważeni i docenieni.

Nie są tylko tłem dla innych.

Są autorami programu.

Czują, że są ważni.

W tekście poznajemy historie konkretnych osób.

Program „Autentyczni” zmienia nasze spojrzenie na autyzm.

Pokazuje, że osoby neuroróżnorodne mają wiele talentów.

Ich szczerość i bezpośredniość są zaletami.

Warto dawać im szansę na pracę i rozwój.

Dzięki temu mogą uczestniczyć w życiu społecznym tak samo jak inne osoby.


Artykuł pochodzi z numeru 1/2026 magazynu „Integracja”. 

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach i jak można otrzymać magazyn Integracja.

Okładki 1 numeru magazynu Integracja w 2026. Na jednej jest Barbara Tukendorf a na drugiej uczestnicy programu Autentyczni.