Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Skok do życia

21.03.2014
Autor: Piotr Stanisławski
Źródło: inf. własna, fot.: Piotr Stanisławski, arch. rodzinne Mateusza Puszkarskiego

Takiego projektu w naszym kraju jeszcze nie było. Firma Peugeot Polska i Integracja chcą pomóc Mateuszowi Puszkarskiemu, który siedem lat temu doznał urazu przerwania rdzenia kręgowego po skoku do wody i marzy o samodzielności. Może mu ją zapewnić dostosowany samochód kierowany za pomocą joysticka. Bez dwóch zdań warto wesprzeć koszt tego pionierskiego i niesamowitego przedsięwzięcia, przekazując 1% swojego podatku za 2013 r.

Mateusz nie owija w bawełnę. Przyznaje, że tamten tragiczny skok był najgłupszą decyzją, jaką w życiu podjął. Nie nazywa go "niefortunnym wypadkiem" albo "pechem", bo – niestety, skoczył do wody na główkę w niewłaściwym miejscu. To był pierwszy skok w takim miejscu. I ostatni... Nie przydały się umiejętności pływackie ani zaliczone na piątkę ratownictwo na AWF, gdzie studiował. Teraz to jego trzeba było ratować.

Unosił się na wodzie plecami do góry i czuł tylko krew w ustach. Miał świadomość, co się z nim dzieje i że poza głową nie może niczym ruszyć. Nie wpadł jednak w panikę. Nawet zaklął w myślach, że nie jest w stanie niczego zrobić. Zastanawiał się, co dalej, bo kręcenie głową na boki nie powstrzymywało wody przed dostawaniem się do płuc. To było jak zadanie, który należało szybko rozwiązać.

Koledzy siedzący w wodzie i na brzegu sądzili, że Mateusz się wygłupia. Gdy przestał ruszać głową i stracił przytomność, wskoczyli, aby go wyciągnąć, wezwali karetkę i zaczęli reanimować. Przytomność odzyskał dopiero po kilku dniach w szpitalu w Konstancinie. Diagnoza była krótka: przerwanie rdzenia kręgowego C4-C5. Nie wiedział, co to oznacza.

Podjęta nad wodą reanimacja nie była jedyną. W czasie długich miesięcy leżenia w szpitalnym łóżku reanimowano go niemal 40 razy. Jakby organizm mówił: "chcę odejść", a lekarze odpowiadali: "jeszcze nie teraz". Nie pozwoliła mu odejść także mama, gdy pewnego dnia poszła do syna jeszcze raz, o dwudziestej trzeciej, czego wcześniej nie planowała. Weszła do pokoju, a Mateusz leżał i nie oddychał. Wezwała pomoc. Lekarze znów przywrócili go do życia.

Do Mateusza powoli docierało, w jakiej znajduje się sytuacji. I że są rzeczy, które odeszły bezpowrotnie.

Szansa na olimpiadę

Po kilku miesiącach rozpoczęła się rehabilitacja. Mateusz niewiele był w stanie zrobić, choć w każde ćwiczenie wkładał maksimum wysiłku. Szybko męczył się i zwykle tracił przytomność. Potem równie szybko zapadał w sen, aby odpocząć. Miał jednak nadzieję na poprawę zdrowia, bo jak mówi: "nadzieja ciężko opuszcza człowieka". Wyczerpująca rehabilitacja, w której uniesienie ręki wydawało się wielkim wysiłkiem, uświadomiła mu, że wypadek odebrał to, co najbardziej kochał. Sport.

Od dziecka biegał, grał w piłkę, pływał, jeździł na rowerze i łyżwach. W jeździe na łyżwach pomógł mu zakochać się tata, który kiedyś uprawiał łyżwiarstwo szybkie. Mateusz, gdy skończył 15 lat, rozpoczął regularne treningi w warszawskim klubie Marymont.

Mateusz był obiecującym łyżwiarzem; marzył o medalu olimpijskim
Mateusz był obiecującym łyżwiarzem; marzył o medalu olimpijskim, fot.: arch. rodzinne Mateusza Puszkarskiego

Chciał zostać panczenistą. Tą drogą poszli też dwaj młodsi bracia, dziś odnoszący coraz większe sukcesy. Mateusz śledzi ich karierę, ogląda w telewizji wszystkie zawody polskich panczenistów, swoich dawnych kolegów. On także miał sporo sukcesów – srebro na Mistrzostwach Polski Juniorów w Wieloboju, złoto w drużynie na Mistrzostwach Polski Seniorów (to był sukces również młodszego brata, który z nim biegł), wielokrotne zwycięstwa w Pucharze Polski. Za największy sukces uważa jednak wywalczenie III miejsca w Mistrzostwach Polski Seniorów na najdłuższym, trudnym dystansie 10 kilometrów. Na podium stanął tuż za Pawłem Zygmuntem i Jaromirem Radkem, słynnymi polskimi panczenistami. Miał wtedy 19 lat.

- W tym długim biegu przezwyciężyłem wiele słabości, chyba dlatego cenię go najbardziej – wspomina. – Ten i następne sukcesy były etapami w realizacji moich marzeń, aby dostać się do reprezentacji i pojechać na igrzyska olimpijskie. Marzyłem o tym jak każdy sportowiec i chciałem przywieźć z nich medal. Tak jak zrobił to teraz Zbigniew Bródka, który jest pierwszym polskim panczenistą z olimpijskim medalem w łyżwiarstwie szybkim.

Aby zrealizować to marzenie, Mateusz trenował jako student AWF w Krakowie. Robił postępy i osiągał dobre wyniki, miał więc nadzieję uzyskać minima kwalifikacyjne, by pojechać na igrzyska do Turynu w 2006 roku. To był jego cel. Podczas ostatnich zawodów w Berlinie, gdzie powinien je uzyskać, bo na treningach osiągał znakomite czasy, nie poradził sobie z nową dla niego sytuacją. Był mocno skoncentrowany i zmotywowany, rozpierała go energia i wola walki. Z takim nastawieniem i skupieniem czekał na start. I tuż przed nim, z powodu dziury w lodzie, którą trzeba było usunąć, opóźniono jego start o 15 minut. Panczeniści wiedzą, że nawet minutowe opóźnienie startu potrafi zdekoncentrować najlepszych. Taka sytuacja przytrafiła się Mateuszowi akurat w Berlinie, w najważniejszym biegu życia. I zdekoncentrowała go całkowicie.

Z każdą upływającą minutą czuł, jak uchodzi z niego powietrze, jak spala się psychicznie. Nie umiał sobie poradzić, podobnie jak większość zawodników w takiej sytuacji. Uzyskał słaby czas. Był mocno rozczarowany, miał 23 lata, a to wymarzony wiek na debiut olimpijski. Musiał poczekać do następnych igrzysk. Nie stracił jednak determinacji, aby zrealizować swoje marzenie, i trenował jeszcze ciężej.

Gen rywalizacji

Wypadek odebrał marzenie życia. Był jak cięcie gilotyną – tak Mateusz nazywa zapamiętane uczucie. Jak znaleźć nowy cel, na czym budować marzenia, będąc człowiekiem przykutym do łóżka i zależnym od innych? Do tego w towarzystwie młodych ludzi ze złamanymi kręgosłupami po skokach na główkę. Łóżka szpitala w Konstancinie każdego lata zapełniają się lekkomyślnymi "skoczkami".

Mateusz nie był w stanie myśleć o swojej przyszłości, o tym, jak będzie żył i co robił, gdy opuści szpital. Nic nie mogło zastąpić mu sportu. Kiedy jednak patrzył na leżących obok "towarzyszy niedoli", znajdujących się w lepszej sytuacji niż on, na ich monitory pokazujące lepszą saturację, pojawiała się chęć rywalizacji. Podjęcia z nimi walki. Jak na torze łyżwiarskim – o lepszy wynik. Chwycił się tego pragnienia. I rozpoczął walkę. Jeszcze nie wiedział, że ten bieg będzie długi, z wieloma zakrętami, na których trzeba przezwyciężać ból i chwile rezygnacji. Jak na wyczerpującym dystansie 10 kilometrów. Nie zdawał sobie też wtedy sprawy, że sport, który tak pokochał i który został odebrany przez wypadek, wszczepił mu gen rywalizacji, który teraz stał się impulsem do rozpoczęcia nowego wyścigu. O życie.

Opuszczenie szpitala i przyjazd do domu były najważniejszym tego etapem. Ale i najtrudniejszym. W domu jeszcze bardziej uświadomił sobie, jak mocno jest zależny od innych, w tym najbliższych mu osób. To był najtrudniejszy zakręt nowego biegu. Rodzicom i braciom, którzy wspierali go i pomagali mu wszelkimi możliwymi sposobami, wydawało się, że podda się i zrezygnuje.

- Wiedziałem, że nic samoczynnie się nie zmieni, że dopóki sobie nie pomogę, będę płakał w nieskończoność – mówi Mateusz. – Zmieniłem nastawienie, zacząłem doceniać wiele małych rzeczy i być za nie wdzięczny. Dzięki temu zacząłem zastanawiać się, co mogę ze sobą zrobić, co od siebie dać i czego chcę. Czytałem książki, które mnie inspirowały, codziennie przyjeżdżała karetka i zawoziła mnie w pozycji leżącej na rehabilitację. Nadal byłem słaby, traciłem siły dosłownie po kilku minutach ćwiczeń i zasypiałem. Rehabilitant dawał mi trochę pospać, ale potem budził i zaczynaliśmy ćwiczenia od nowa.

W codziennych trudnościach dużym wsparciem dla Mateusza są jego rodzice i rodzeństwo
W codziennych trudnościach dużym wsparciem dla Mateusza są jego rodzice i rodzeństwo, fot.: Piotr Stanisławski

Trzy lata po wypadku Mateusz mógł poruszać rękami, siedzieć na wózku i wykonywać niektóre czynności. Nie było powrotu na AWF. Przy wsparciu rodziny rozpoczął studia prawnicze, a na zajęcia do Warszawy zawozi go i przywozi z nich tata. Mateusz jest na III roku. Wraca do domu wyczerpany, ale ogromne pragnienie samodzielności i niezależności motywują go do nowych wyzwań. Z tego względu wziął dodatkowy przedmiot z prawa nieruchomości i jeździ na zajęcia dwie godziny wcześniej lub gdy jest jeszcze ciemno. W domu uczy się języków. Chce po studiach zwiększyć swoje szanse na pracę, również na opłacenie asystenta. Wie, że bez jego pomocy niektórych czynności nie będzie w stanie wykonać. Chciałby jeździć samochodem, choć to ogromne wyzwanie dla osoby, która nie może obracać kierownicą.

Dobry adres

W ubiegłym roku Mateusz wysłał do warszawskiej organizacji SPiNKa e-mail z pytaniem, czy mają projekt, który pomógłby mu zwiększyć aktywność i mobilność. Organizacja zainteresowała tym firmę Peugeot Polska, która prowadzi projekt "Peugeot bez Barier" i wspiera program Stowarzyszenia Przyjaciół Integracji "Kierowca bez barier". I tak skrzyżowały się drogi Mateusza i firmy Peugeot, która zdecydowała się pomóc zrealizować jedyny w swoim rodzaju projekt w Polsce, a być może w Europie. Wspiera ją w tym oczywiście także Integracja.

- Chcemy zrealizować bezprecedensową adaptację samochodu, umożliwiającą Mateuszowi, który ma sparaliżowane nogi i ograniczony ruch rąk, samodzielną jazdę samochodem – zapowiada Zofia Siołkowska z Peugeot Polska.

Firma Peugeot Polska postanowiła wyposażyć Mateusza w samochód Peugeot Partner, który w całości sfinansowała, oraz znaleźć firmę, która wykona adaptację samochodu umożliwiającą prowadzenie auta z wózka oraz za pomocą joysticka. W Polsce nie udało się takiej znaleźć. Długie poszukiwania zakończyły się dopiero w Berlinie. Realizacji tak skomplikowanego projektu podjęła się firma adaptująca samochody dla osób z niepełnosprawnością – TMN Europe. Pod koniec marca br. Mateusz pojedzie do Berlina, gdzie będą dopasowywane do jego potrzeb wszystkie niezbędne elementy wyposażenia samochodu. Wyzwań, jakim trzeba sprostać, jest bardzo wiele. Poza tym Mateusz nie może stwarzać na drodze zagrożenia dla siebie i innych. Wszyscy zdają sobie sprawę, że projekt dostosowania – nie licząc ceny samochodu i wkładu – będzie wiązał się ze sporymi kosztami. Prawdopodobnie na poziomie ceny drogiego auta. Tu jednak nie ma miejsca na kompromisy i niepewne rozwiązania.

Aby Mateusz mógł wjechać do samochodu, obniżona zostanie tylna część podłogi. Zamontowana będzie też specjalna rampa najazdowa, a także zmieniona konstrukcja mocowania tylnej kanapy, którą da się łatwo złożyć i rozłożyć, aby mógł przejechać do miejsca kierowcy. Za pomocą pilota będzie mógł otwierać i zamykać tylne drzwi, a także opuszczać rampę. Ponadto na miejscu kierowcy zamontowane zostanie urządzenie "dokujące" wózek elektryczny Mateusza.

Światowe rozwiązania

Odrębnym wyzwaniem jest prowadzenie, a właściwie sterowanie samochodem. Umożliwi to Mateuszowi urządzenie Joysteer. To wymyślony przez Szwajcarów elektroniczny, modułowy system prowadzenia pojazdu za pomocą wielofunkcyjnego joysticka. Jest bardzo bezpieczny i komfortowy w użyciu i można go zaprogramować do indywidualnych potrzeb kierowcy. Także wtedy, gdy zmieniają się one w czasie. Prowadzenie samochodu – z przyspieszaniem i hamowaniem – odbywa się całkowicie za pośrednictwem połączenia elektronicznego z układem jezdnym samochodu. To technologia "Drive-by-wire" stosowana w samolotach, w której nie ma fizycznego połączenia kierownicy z kołami samochodu, a mechaniczne i hydrauliczne układy sterowania zastąpione są elektromechanicznymi siłownikami.

Aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo – na wypadek awarii systemu – instaluje się dwa moduły i każdy z nich monitoruje pracę drugiego. Kierowca, operując tylko jedną ręką i joystickiem, posiada więc całkowitą kontrolę nad wszystkimi układami samochodu. Co więcej, trzymając joystick, będzie odbierał – podobnie jak dzieje się to, gdy trzyma się kierownicę – sygnały zwrotne z pojazdu. Pozwoli to na jeszcze większą kontrolę auta i lepsze reagowanie na zmieniające się sytuacje w czasie jazdy.

Dostosowane auto pomogłoby Mateuszowi odzyskać samodzielność, a w przyszłości może także dojeżdżać na treningi
Dostosowane auto pomogłoby Mateuszowi odzyskać samodzielność, a w przyszłości może także umożliwiło dojazd na treningi, fot.: Piotr Stanisławski

- Projekt dostosowania samochodu jest technologicznie bardzo zaawansowany – mówi Mateusz. – Ale tylko w taki sposób mam szansę na samodzielność i mobilność, na dojazd na uczelnię, spotkania z osobami zmagającymi się z trudnościami, by je motywować, i później na dojazd do pracy. Może i na treningi, jeśli uda mi się znaleźć dyscyplinę, którą mógłbym uprawiać. To byłoby przełamanie kolejnej bariery.


1% na projekt Bez Barier

Podczas marcowej wizyty Mateusza Puszkarskiego w Berlinie firma TMN Europe ustali, jakie specjalistyczne elementy wyposażenia, uwzględniające potrzeby i ograniczenia ruchowe, będą potrzebne. Obecnie do rozwiązania pozostaje kwestia sfinansowania Mateuszowi adaptacji (samochód finansuje Peugeot Polska).

W związku z tym, Peugeot Polska i Fundacja Integracja zachęcają do przekazania 1% podatku na rzecz realizacji bezprecedensowego projektu pod nazwą „Bez Barier”.

Aby przekazać 1% podatku na powyższy cel, wystarczy wpisać w odpowiednie rubryki w formularzu PIT: nr KRS Fundacji Integracja: 0000 144 578, kwotę 1% podatku na rzecz OPP oraz cel szczegółowy: Bez Barier.

Dziękujemy za pomoc!

Komentarz

  • a co homologacją?
    Artur
    27.03.2014, 20:31
    gdy usłyszałem kilka lat temu o taksówkach niemieckich sterowanych drążkiem - pomyślałem, że też mógłbym taki pojazd prowadzić. Niestety zostałem uziemiony informacją, że polskie przepisy nie przewidują dopuszczenia do ruchu pojazdu bez mechanicznego połączenia kierownicy z kołami. I tak rozwiało się moje marzenie o sterowaniu drive-by-wire...

Dodaj odpowiedź na komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin
Prawy panel

Wspierają nas