Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Słowa „kaleka” użyłam celowo

22.10.2013
Autor: Rozm.: Ada Prochyra

Większość niepełnosprawnych osób, które znam, jest znudzona swoją niepełnosprawnością – mówi w wywiadzie z nami Jo Walton, Walijka, autorka powieści science-fiction „Wśród innych”, w której niepełnosprawność jest ważnym wątkiem. Powieść z autografem autorki jest do wygrania w naszym konkursie!

"Wśród obcych" to pierwsza książka autorki przetłumaczona na język polski. Walton otrzymała za nią dwie najbardziej prestiżowe nagrody dla tego gatunku literackiego – nagrodę Nebula (2011) i Hugo (2012), a także British Fantasy Award (2012). O książce i zawartych w niej motywach niepełnosprawności, a także o pozycji kobiet w świecie literatury fantasy rozmawia z pisarką Ada Prochyra.

Ada Prochyra: W jakim stopniu świat, który stworzyła Pani dla Mori, głównej bohaterki „Wśród innych”, odzwierciedla Pani własne doświadczenia?

Jo Walton: Wiele realistycznych elementów w książce odzwierciedla moje doświadczenia. Tak samo jak główna bohaterka książki dorastałam w południowej Walii, chodziłam do szkoły z internatem i też miałam uraz nogi spowodowany wypadkiem samochodowym, w zasadzie taki sam, jak Mori. Jest tam więc wiele rzeczy pochodzących bezpośrednio z mojego doświadczenia. Ale jest też wiele innych rzeczy; w pewnym momencie przestajesz pisać, a zaczynasz budować historię, zmieniasz ją, opowieść się rozwija i bohaterowie stają się sobą. Poza magicznymi wątkami, które oczywiście wymyśliłam, w książce są wątki znalezione, oparte na moich osobistych przeżyciach. Zmieniałam realia czasowe i trochę je mitologizowałam. Ale cały wątek dotyczący niepełnosprawności jest prawdziwy. Niektóre rzeczy trochę przyspieszyłam, żeby nadać historii większą dynamikę. Scena, w której Mori jest w szpitalu, w rzeczywistości trwała miesiące, ale samo w sobie było to tak nudne, że w książce jest to tylko tydzień. Większość jej doświadczeń związanych z niepełnosprawnością to w rzeczywistości moje doświadczenia. Nie należy mi się żadne uznanie za pracę badawczą nad tym tematem.

Na samym końcu książki pisze Pani, że wcale nie jest łatwiej opisać rzeczy, które się zna, niż wymyślić je od początku. Dlaczego?

Dokładnie. Często można usłyszeć taką pisarską poradę, żeby pisać o tym, co się zna, ale ja się z tym nie zgadzam. Łatwiej jest pisać o rzeczach, które się wyszukuje, bada niż o własnym życiu. Pozycja, w której się jest w danym momencie swojego życia, sprawia, że trudno jest być bezstronnym. Trudno przeszukiwać pamięć i obiektywnie badać swoje życie. Jest to skomplikowane i raczej tego nie polecam.

W polskim przekładzie książki pojawia się słowo „kaleka”. Czy użyła go Pani specjalnie?

Tak, celowo użyłam tego słowa. W pewnym sensie jest to odbieranie czegoś bohaterce, bo to słowo jest używane, żeby poniżyć ludzi i sprawić, żeby czuli się bezbronni. Ludzie nazywają ją tak i to także jest moje doświadczenie z czasów, gdy byłam nastolatką. Ludzie mówili to z okrucieństwa i po to, żeby być niemiłym. Tak samo odbierane jest słowo „pedał”.
 
Użycie w książce słowa ”kaleka” to element deklaracji: „Tak, jestem kaleką – i co z tego?”. Zrobiłam to także dla osiągnięcia wrażenia szoku. Bo to jest szokujące, ale ludzie wciąż używają tego słowa w obraźliwej formie, dlatego nie chciałam łagodzić jego wydźwięku. Myślałam nad tym słowem i nad tym, czy jest ono odpowiednie, ale ludzie zdecydowanie używali tego słowa w tamtym czasie [akcja książki toczy się na przełomie 1979 i 1980 roku – przyp. red.]. Zdarzało się, że ktoś krzyczał tak za mną na ulicy. Nie ostatnio, poza tym żyję w Kanadzie, gdzie ludzie są grzeczni.

Czy to był powód, dla którego przeprowadziła się tam Pani z Walii?

Właściwie jest to jeden z powodów, dla których przeprowadziłam się do Kanady. Ludzie tam są uprzejmi, ogólny poziom grzeczności i przyjazności jest wyższy niż w Wielkiej Brytanii. Rzeczy takie jak wykrzykiwanie seksistowskich odzywek do kobiet idących ulicą zdarzają się znacznie częściej w Anglii niż w Kanadzie.

Na zdjęciu: Jo Walton
Na zdjęciuL Jo Walton, fot.: mat. prasowe

Nie był to główny powód mojej przeprowadzki do Kanady, ale na pewno jest to wielki plus. Kiedy przyjeżdżam do Wielkiej Brytanii odwiedzić rodzinę, zauważam, że poziom chamskich odzywek jest znacznie wyższy. Jest to przykre i tym bardziej zauważalne, że nie spotykam się z tym w Kanadzie.

Mówi się, że czytelnikami science-fiction są głównie mężczyźni, a kobiety autorki, mimo odnoszonych sukcesów literackich, długo pozostawały w ukryciu ze względu na swoją płeć. Jak ta sytuacja wygląda teraz?

Pokutuje taka opinia. Nie wiem, czy czytelnicy to głównie mężczyźni, nie wiem, czy kiedykolwiek tak było. Tak naprawdę nikt nie wie, kto kupuje książki, dopóki nie zacznie się ludzi śledzić. W latach 70-tych pojawiły się feministyczne pisarki science-fiction: Ursula Le Guin, James Tiptree Jr, która pisała pod męskim nazwiskiem właśnie z tego powodu, Joanna Russ, masa ludzi, która zmieniła ten stan w ramach drugiej fali feminizmu. Teraz jest nas mnóstwo i jest to normalne. Prawie realizujemy parytet; stosunek autorów płci męskiej i żeńskiej to – powiedzmy – 40 do 60. Jest znacznie lepiej – mniej więcej od dekady. W Stanach nigdy nie doświadczyłam żadnych ograniczeń czy problemów z powodu bycia kobietą, ale aż do tego roku moje książki nie były publikowane w Wielkiej Brytanii. Bardzo niewiele pisarek science-fiction doczekało się publikacji na Wyspach.

W swojej książce wspomina Pani James Tiptree, o której prawdziwej płci dowiaduje się Mori. Czy jest to rodzaj odniesienia do Pani własnej osoby?

Tak. W zasadzie jest to doświadczenie wielu osób. Ona publikowała pod męskim nazwiskiem i była bardzo dobra, doskonała. Naprawdę nazywała się Alice Sheldon. Opublikowała wiele książek, zdobyła wiele nagród i zdobyła dużą popularność – jako mężczyzna. Ludzie wiedzieli, że była agentką CIA i była to prawda. Ale to był fałszywy powód jej ukrywania się. Prawdziwy był taki, że była kobietą. W końcu, kiedy się do tego przyznała, ludzie byli zszokowani, zdumieni i zaskoczeni. Chciałam, żeby Mori przeszła przez to odkrycie, tak samo jak wszyscy w tamtym okresie. Ja akurat wiedziałam od początku, ponieważ jej coming-out wydarzył się zanim sięgnęłam po jej książki. Ustanowiono nagrodę jej imienia – Tiptree Award” – dla autorów fantasy i science-fiction, którzy interesująco podchodzą do tematyki gender. Przyznaje się ją co roku podczas Wiscon – feministycznej konwencji science-fiction w Madison.

Zauważyłam, że większość kobiecych postaci w książce jest negatywna. Czy wzięło się to z Pani własnego doświadczenia, czy taki był Pani zamiar?

Jest tam postać matki, która jest bardzo, bardzo negatywna, siostra jest martwa, a ciotki są czarownicami. Starałam się to zrównoważyć postacią pani Caroll, bibliotekarki, i Janine, z którą Mori się w pewnym momencie zaprzyjaźnia. Byłam tego świadoma i był to dla mnie pewien problem, dlatego próbowałam trochę zbalansować tę sytuację. Jest to i tak niesamowicie kobieca książka; jej akcja ma miejsce w żeńskiej szkole, jest tam mnóstwo kobiet, a wiele z nich jest rzeczywiście negatywna. Sama nie miałam bliskich przyjaciółek, dopóki nie zaczęłam korzystać z internetu. Bardzo trudno było spotkać dziewczyny zainteresowane tym, czym ja się interesowałam, czyli książkami science-fiction. W tamtym czasie można było spotkać takich chłopaków, ale dziewczyn – nie. Teraz mam wiele przyjaciółek i jest to wspaniałe. Prawie wszystkie są ode mnie młodsze. One dorastały w poczuciu, że mogą być trochę inne, dziwne, ja byłam z tym sama. Teraz moje zainteresowania nie są już takie niezwykłe, podoba mi się to. Ale to tamta rzeczywistość znalazła odbicie w książce. Mori jest bardzo odizolowana, czego jednym z powodów jest jej zainteresowanie science-fiction – tradycyjnie męskie. Poza tym pozytywna postać daje pisarzowi mniej fabuły.

Zauważyłam też, że Mori niespecjalnie przywiązuje wagę do swojej niepełnosprawności. Na bolącą nogę zwraca minimalną uwagę.

Tak jest. Częściowo jest to wyparcie. Ona wie, że nie będzie lepiej. Po części też jest to spowodowane tym, jak żyją ludzie z niepełnosprawnością – nie tylko ja, ale też inni ludzie, których znam. W literaturze ludzie z niepełnosprawnością często otrzymują jakieś ekstramoce z tego tytułu, ta niepełnosprawność jest efektowna. W rzeczywistości tak nie jest, większość niepełnosprawnych osób, które znam, jest znudzonych swoją niepełnosprawnością. Są do niej przyzwyczajeni, wiedzą, jak z nią żyć i się z nią obchodzić, jakie problemy wynikają z jej powodu i nie chcą o tym rozmawiać. Dla nich jest to nudne, choć może być interesujące dla innych. Ta książka jest dziennikiem Mori, ona pisze do siebie. Ból jest nudny. Chciałam, żeby to był realistyczny obraz, który oddaje też moje doświadczenia. Ta scena na stacji, kiedy ktoś krzyczy do niej, że nie potrzebuje ona kuli do chodzenia – przydarzyło mi się to kilkakrotnie. Moja zdolność chodzenia jest zmienna i może się skończyć w dowolnym momencie. Dlatego potrzebuję kuli przez cały czas, mimo że nie cały czas jej używam. Chodzenie idzie mi dużo lepiej niż stanie czy wchodzenie po schodach. Czasami, kiedy nie używam jej do chodzenia, ludzie mówią, że jej nie potrzebuję i jest to irytujące. Chciałam to zawrzeć w powieści, żeby ta świadomość dotarła do ludzi, jak bardzo niegrzeczni i pełni ignorancji są, mówiąc takie rzeczy.
 
Jest też taki sposób postrzegania – nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale funkcjonuje to w innych krajach – że niepełnosprawność równa się wózek, a w każdym razie musi to być widoczna niepełnosprawność. Teraz jest dużo rodzajów zaopatrzenia i różnych specjalnych urządzeń, których nie było w 1980 roku. Ale nie bardzo myśli się o osobach, które mogą chodzić, ale mają z tym problemy, o takich półsprawnych. Pomyślałam więc, że byłoby to interesujące, żeby stworzyć postać z tego rodzaju ograniczeniami.

Proszę zdradzić, nad czym pracuje Pani teraz.

W maju w Stanach wychodzi moja nowa książka pt. „My real children” (pol. Moje prawdziwe dzieci). Opowiada ona o kobiecie, która ma demencję i pamięta dwie różne wersje własnego życia. Rozdziały przeplatają się. Jej życie się rozdziera, a ona dokonuje wyboru pomiędzy tymi wersjami pamięci o drugiej połowie XX wieku. Czytelnik widzi splot tych dwóch żyć. To opowieść o dwóch osobach, tyle że chodzi o tę samą kobietę.

Dziękujemy za rozmowę.


UWAGA! Dla naszych Czytelników przygotowaliśmy konkurs, w którym do wygrania są dwa egzemplarze książki Jo Walton "Wśród obcych" z autografem autorki.

Okładka książki Jo Walton pt.

By wygrać jedną z książek, wystarczy przesłać na adres e-mail: redakcja@niepelnosprawni.pl:
1. Krótką odpowiedź na pytanie: Jaki jest Twój stosunek do słowa „kaleka”?
2. Dane adresowe do przesłania ew. wygranej.

Najciekawsze odpowiedzi zostaną nagrodzone książką „Wśród obcych” z autografem autorki. Zwycięzcy (i tylko oni) zostaną powiadomieni mailowo.

Więcej w regulaminie konkursu.

Komentarz

  • Świat się zmienia...
    Aga
    25.10.2013, 20:48
    Nie zgadzam się z przedmówcami - w języku polskim czas również dokonał wielu zmian i uważam, że nawet w nazewnictwie trzeba być otwartym. Według mnie słowo kaleka brzmi nieprzyjemnie.Bardzo dobrze, że zastępuje się je słowem niepełnosprawny. Brzmi lepiej, godniej i bardziej po europejsku.Ja wolę żeby o mnie mówiono niepełnosprawna niż kaleka.Każdy jednak powinien mieć prawo wyboru...

Dodaj odpowiedź na komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin
Prawy panel

Sonda

Jak w tym roku spędzisz wakacje?

Biuletyn

Wspierają nas